12.11.2025, 21:35 ✶
W Curtea de Argeș było zimno, ciemno i cholernie cicho - idealnie, bo w środku czułem się dokładnie tak samo. Niebo było tak niskie i ciężkie, że miałem wrażenie, jakby miało opaść nam na głowę. Deszcz nie ustawał od momentu, w którym minęliśmy granicę hrabstwa Argeș. Najpierw lało w sposób uporczywy, równy, potem w sposób bardziej złośliwy - krótkie, nerwowe uderzenia, które przypominały o tym, że już dawno powinniśmy byli być w środku, przy ogniu, w suchych ubraniach. Miasteczko wyglądało jak zapomniana przez wszystkich kraina duchów, może miało to coś wspólnego z pogodą, może z porą roku i końcem sezonu - wszystko tonęło w szarości i wilgoci, jakby sam czas postanowił się tu zatrzymać. Wieczór zapadał zbyt wcześnie, jak na październik, a latarnie przy głównej ulicy tylko udawały, że rozświetlają ciemność. Nie mówiłem tego głośno, ale to miejsce pasowało do mnie aż za dobrze - ten chłód, ten przesiąknięty wodą zapach ziemi, to przygasłe, obce światło. Zbyt dobrze znałem podobne miejsca - zaułki w Buenos Aires, ruderę w Veracruz, górskie wioski w Kolumbii, w których życie toczyło się na granicy milczenia i zapomnienia, wszystko to wróciło, kiedy patrzyłem przez zamglone okno wynajętego mieszkania. Niby był tu stół, krzesła, nawet kanapa - wszystko, czego potrzebowaliśmy, a jednak czułem się, jakbym znów nocował w przejściowym punkcie, czekając tylko na kolejną granicę do przekroczenia. Nie miałem już swojego miejsca, nie od dawna. Każdy dom, w którym się zatrzymywałem, był tylko przystankiem. Każdy język, którym próbowałem mówić, był obcym dialektem. Każdy człowiek, którego zostawiałem za sobą, był cieniem, którego już nie chciałem gonić. Gdybym miał tu cokolwiek mocniejszego, piłbym to, ażby mnie wyłączyło, ale racjonalna część umysłu stwierdziła, że nie dało się tego zrobić, nie przy konieczności odbywania tak długiej podróży, niosąc dostatecznie dużo, w trudnych warunkach terenowych.
Ciasnota tego miejsca uderzyła mnie od razu. Stół w kuchni wyglądał, jakby pamiętał czasy pierwszych komunistycznych zebrań, jeszcze przed czterdziestym siódmym, był tak mały, że każdy z nas miał kolana prawie pod brodą, a nasze ramiona ocierały się o siebie. Zerknąłem w stronę okna - ulica pod nami była pusta, ciemna, ledwie oświetlona żółtym światłem jednej latarni. Poprawiłem się na krześle, które skrzypnęło niebezpiecznie. Moje rzeczy spoczywały na kanapie w aneksie, rozrzucone w nieregularnym porządku, tak jak moje życie - bo co innego mógłbym zrobić, skoro para młoda miała pierwszeństwo w tym, co mogło być ich przestrzenią na kilka dni załatwiania spraw zamiast pełnoprawnego miesiąca miodowego? Zresztą, w innym świecie i przy innych warunkach, ja też bym sobie zagarnął kawałek wygody, tyle że w innym stylu, bardziej bezceremonialnie. Tutaj wszyscy musieliśmy iść na ustępstwa, bo nie chodziło o nas. Podniosłem się nieco, by się przeciągnąć, uderzając łokciem o kant stołu, tłumiąc przekleństwo.
Astaroth… Brat Geraldine. Wampir, którego ostatnio stan pogorszył się tak bardzo, że kontakt z nim stawał się coraz trudniejszy, a niebezpieczeństwo coraz bardziej namacalne. Nie wyglądał najlepiej, nawet jak na martwego - to, co się z nim działo, nie było zwykłym załamaniem, coś w nim pękało, jakby jego ciało miało dość własnej natury. Nie wiedziałem, czy bardziej mnie to przerażało, czy fascynowało. Z czasem człowiek przyzwyczajał się do patrzenia na rozkład - zawodowo, ale kiedy dotyczyło to kogoś, kogo znałeś jeszcze jako człowieka, zanim wszystko poszło w diabły… To inna sprawa. Dlatego tu byłem, nie z obowiązku, nie z lojalności wobec ojca Geraldine, chociaż to on nas wysłał. Po prostu… Nie mogłem inaczej. Nie po tym, co już wcześniej zostawiłem za sobą, zbyt wielu ludzi straciłem z powodu własnych decyzji, nie chciałem, żeby ten był kolejnym.
Podniosłem filiżankę, a światło z taniej żarówki padło na moje dłonie. Knykcie miałem poobijane, skóra była przecięta w kilku miejscach, wciąż lekko spuchnięta - zdarzenie sprzed kilku dni, Londyn, pewien idiota w barze i jeszcze większy idiota - ja - który postanowił nie puścić komentarza o „dupodajkach z Pokątnej”. Może gdybym nie był wtedy tak wściekły, nic by się nie stało, ale byłem, i nawet nie do końca na niego. Siniak na szczęce pulsował, kiedy piłem, przypominał mi, że mimo całego doświadczenia, mimo tylu lat spędzonych między światami, wciąż potrafiłem dać się sprowokować. Może dlatego, że coś we mnie pękło na dobre. Nie mówiłem o tym nikomu, nawet Ambroise’owi, wiedział, że byłem nie do końca trzeźwy emocjonalnie, ale nie zadawał pytań. Znał mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, że są rzeczy, które się zostawia w spokoju, może właśnie dlatego był moim przyjacielem. Przeciągnąłem dłonią po szczęce, czując tępy ból pod skórą. Siniak rozlewał się od żuchwy aż po ucho, fioletowy, ciężki, przypominający o tym, że parę dni temu popełniłem ten sam błąd, co zwykle. Przez pół życia przemierzałem Ameryki, wchodziłem w układy z ludźmi, którzy byli gorsi i lepsi ode mnie, zajmowałem się rzeczami, których dziś wolałbym nie pamiętać. Nie musiałem nic mówić, nie musiałem nawet się zdradzać z tym, co czułem. Wystarczyło, że siedziałem.
Nie powinienem był odchodzić w taki sposób, ale gdybym został, zniszczyłbym to, co między nami jeszcze było. Czasem odejście to jedyna forma troski, jaką jesteś w stanie dać, czasem to po prostu tchórzostwo w ładnym opakowaniu. W każdym razie - bolało. Bardziej, niż chciałem przyznać, tym razem bolało inaczej. Może dlatego, że sam do tego doprowadziłem. Może dlatego, że tym razem nie mogłem nawet zrzucić winy na nikogo innego. Długie godziny podróży z UK, przepełnione deszczem, ciemnością i rozmowami, które nie niosły w sobie żadnej ulgi, nie poprawiły mojego nastroju.
A teraz siedziałem tutaj, w górach, z ludźmi, których los związał ze mną w zupełnie inny sposób, próbując ratować istotę, która dawno już nie należała do naszego świata, i wszystkich, którzy mieli to nieszczęście mierzyć się z konsekwencjami postępującej utraty kontroli nad młodym wampirem. Uniosłem filiżankę z herbatą, starając się poczuć ciepło, które w rzeczywistości nie dotykało mnie wcale. Wewnątrz mnie kłębiła się frustracja, bezradność, żal, złość, ale z zewnątrz byłem nadzwyczaj spokojny.
- Ósma będzie w posządku. - Rzuciłem, przyglądając się deszczowi uderzającemu w szyby. - Lepiej nie spieszyś się na siłę. Zlesztą, pszy tym tempie i tak nadlobimy czas w dlodze. Jeśli ktoś chce pszespaś polanek, nie będę plotestował. - Dodałem, bo w końcu pół życia spędziłem w ciągłym ruchu, i powiem szczerze, że chwilowy odpoczynek nie wydawał mi się grzechem.
Ciasnota tego miejsca uderzyła mnie od razu. Stół w kuchni wyglądał, jakby pamiętał czasy pierwszych komunistycznych zebrań, jeszcze przed czterdziestym siódmym, był tak mały, że każdy z nas miał kolana prawie pod brodą, a nasze ramiona ocierały się o siebie. Zerknąłem w stronę okna - ulica pod nami była pusta, ciemna, ledwie oświetlona żółtym światłem jednej latarni. Poprawiłem się na krześle, które skrzypnęło niebezpiecznie. Moje rzeczy spoczywały na kanapie w aneksie, rozrzucone w nieregularnym porządku, tak jak moje życie - bo co innego mógłbym zrobić, skoro para młoda miała pierwszeństwo w tym, co mogło być ich przestrzenią na kilka dni załatwiania spraw zamiast pełnoprawnego miesiąca miodowego? Zresztą, w innym świecie i przy innych warunkach, ja też bym sobie zagarnął kawałek wygody, tyle że w innym stylu, bardziej bezceremonialnie. Tutaj wszyscy musieliśmy iść na ustępstwa, bo nie chodziło o nas. Podniosłem się nieco, by się przeciągnąć, uderzając łokciem o kant stołu, tłumiąc przekleństwo.
Astaroth… Brat Geraldine. Wampir, którego ostatnio stan pogorszył się tak bardzo, że kontakt z nim stawał się coraz trudniejszy, a niebezpieczeństwo coraz bardziej namacalne. Nie wyglądał najlepiej, nawet jak na martwego - to, co się z nim działo, nie było zwykłym załamaniem, coś w nim pękało, jakby jego ciało miało dość własnej natury. Nie wiedziałem, czy bardziej mnie to przerażało, czy fascynowało. Z czasem człowiek przyzwyczajał się do patrzenia na rozkład - zawodowo, ale kiedy dotyczyło to kogoś, kogo znałeś jeszcze jako człowieka, zanim wszystko poszło w diabły… To inna sprawa. Dlatego tu byłem, nie z obowiązku, nie z lojalności wobec ojca Geraldine, chociaż to on nas wysłał. Po prostu… Nie mogłem inaczej. Nie po tym, co już wcześniej zostawiłem za sobą, zbyt wielu ludzi straciłem z powodu własnych decyzji, nie chciałem, żeby ten był kolejnym.
Podniosłem filiżankę, a światło z taniej żarówki padło na moje dłonie. Knykcie miałem poobijane, skóra była przecięta w kilku miejscach, wciąż lekko spuchnięta - zdarzenie sprzed kilku dni, Londyn, pewien idiota w barze i jeszcze większy idiota - ja - który postanowił nie puścić komentarza o „dupodajkach z Pokątnej”. Może gdybym nie był wtedy tak wściekły, nic by się nie stało, ale byłem, i nawet nie do końca na niego. Siniak na szczęce pulsował, kiedy piłem, przypominał mi, że mimo całego doświadczenia, mimo tylu lat spędzonych między światami, wciąż potrafiłem dać się sprowokować. Może dlatego, że coś we mnie pękło na dobre. Nie mówiłem o tym nikomu, nawet Ambroise’owi, wiedział, że byłem nie do końca trzeźwy emocjonalnie, ale nie zadawał pytań. Znał mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, że są rzeczy, które się zostawia w spokoju, może właśnie dlatego był moim przyjacielem. Przeciągnąłem dłonią po szczęce, czując tępy ból pod skórą. Siniak rozlewał się od żuchwy aż po ucho, fioletowy, ciężki, przypominający o tym, że parę dni temu popełniłem ten sam błąd, co zwykle. Przez pół życia przemierzałem Ameryki, wchodziłem w układy z ludźmi, którzy byli gorsi i lepsi ode mnie, zajmowałem się rzeczami, których dziś wolałbym nie pamiętać. Nie musiałem nic mówić, nie musiałem nawet się zdradzać z tym, co czułem. Wystarczyło, że siedziałem.
Nie powinienem był odchodzić w taki sposób, ale gdybym został, zniszczyłbym to, co między nami jeszcze było. Czasem odejście to jedyna forma troski, jaką jesteś w stanie dać, czasem to po prostu tchórzostwo w ładnym opakowaniu. W każdym razie - bolało. Bardziej, niż chciałem przyznać, tym razem bolało inaczej. Może dlatego, że sam do tego doprowadziłem. Może dlatego, że tym razem nie mogłem nawet zrzucić winy na nikogo innego. Długie godziny podróży z UK, przepełnione deszczem, ciemnością i rozmowami, które nie niosły w sobie żadnej ulgi, nie poprawiły mojego nastroju.
A teraz siedziałem tutaj, w górach, z ludźmi, których los związał ze mną w zupełnie inny sposób, próbując ratować istotę, która dawno już nie należała do naszego świata, i wszystkich, którzy mieli to nieszczęście mierzyć się z konsekwencjami postępującej utraty kontroli nad młodym wampirem. Uniosłem filiżankę z herbatą, starając się poczuć ciepło, które w rzeczywistości nie dotykało mnie wcale. Wewnątrz mnie kłębiła się frustracja, bezradność, żal, złość, ale z zewnątrz byłem nadzwyczaj spokojny.
- Ósma będzie w posządku. - Rzuciłem, przyglądając się deszczowi uderzającemu w szyby. - Lepiej nie spieszyś się na siłę. Zlesztą, pszy tym tempie i tak nadlobimy czas w dlodze. Jeśli ktoś chce pszespaś polanek, nie będę plotestował. - Dodałem, bo w końcu pół życia spędziłem w ciągłym ruchu, i powiem szczerze, że chwilowy odpoczynek nie wydawał mi się grzechem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)