13.11.2025, 02:28 ✶
Oddychałem ciężko, każdy wdech ranił mi płuca, a mój głos wychodził z gardła chrapliwie, przerywany kaszlem. Próbowałem powiedzieć coś sensownego, ale słowa rozmywały się w charczeniu i chlupocie wody, którą wciąż odkrztuszałem. Zawahałem się, kaszląc ponownie, łapiąc powietrze w gwałtownych szarpnięciach. Jej dotyk, ciepło ramion, które objęły mnie w pełni, było jedynym punktem oparcia w tym świecie, który jeszcze chwilę temu chciał mnie wciągnąć pod wodę. Powoli zaczynałem orientować się w tym, że żyję, udało mi się wydostać. Chciałem, żeby i ona czuła, że nie znikam, wciąż byłem tu, w tym miejscu, chociaż jeszcze przed chwilą każdy ruch kosztował mnie niemal wszystko.
A potem powiedziała te słowa. Otarłem wodę z twarzy i spojrzałem na nią, z trudem unosząc głowę, ale wciąż próbując wyglądać przekornie. Charczałem i kaszlałem, ale w oczach miałem to, co zawsze - upór i nieco nonszalanckiej odwagi, która sprawiała, że mimo całego chaosu i bliskości śmierci, wciąż byłem całkiem… Żywy, gotowy, żeby ją irytować, nawet po tym wszystkim. Oburzenie przyszło naturalnie, chociaż każdy mięsień w ciele palił mnie od wysiłku, a oddech wciąż ranił gardło. Zacisnąłem powieki, próbując zebrać siły, i wymamrotałem:
- A więs… Po tym wsystkim… - Zrobiłem dramatyczną pauzę, przymrużając oczy. - I… Nie poswolis mi zamoczyś? - Głos mi drżał, chropowaty, pełen niedowierzania i wyraźnej prowokacji, nawet w doborze słów. - To jest… Absolutnie niesplawiedliwe… - Próbowałem podnieść brew, co wyszło dość krzywo, bo ciało wciąż pamiętało napór wody, ciemność i zimno, ale mimo to w oczach miałem ten błysk. Odwróciłem głowę lekko, patrząc na nią spod mokrych włosów, które przywarły do moich policzków. - Naplawdę? Po tym, jak mnie plawie utopiliśmy, nie mogę liczyś na… Odlobinę upszejmości? - To było tylko zaczepianie, chociaż w tym momencie nawet ono wymagało ode mnie sporo. Jej prowokacja kosztowała mnie zdecydowanie zbyt wiele słów, na które nie miałem siły, ale nie mogłem tak tego zostawić. Przepraszam - jakie znowu lata?
W końcu uśmiechnąłem się krzywo, bo czysta potrzeba bliskości i ciepła wygrała z każdą próbą bycia poważnym. Jej obecność, ciepło jej ciała przy moim, które powoli walczyło z lodowatym chłodem przeszywającym moje mięśnie, działało jednak jak kotwica. Zacisnąłem powoli ręce na jej ramionach, przyciągając ją bliżej, mocniej, niż to było konieczne do prostego podtrzymania się. Moje dłonie powędrowały jeszcze raz wzdłuż jej pleców, mocniej przyciągając ją do siebie, a usta ledwie musknęły jej włosy, zanim oparłem brodę na jej ramieniu. Chciałem, żeby poczuła, że nadal byłem w pełni przytomny, chociaż ciało protestowało z każdym ruchem.
- Nie maltw szię… - Wyszeptałem w końcu, z lekkim uśmiechem, który chyba zdołał przekazać coś więcej niż słowa. - Obiecuję, sze nie umlę po dlodze, ale… - Lekki uśmiech, mrugnięcie. - Ale najpielw… potszebuję się… Wysuszyś. - Wskazałem głową na domek. - Jeśli mosemy… Tam, zanim… Będę balso wdzięszny. - Serce biło mi mocno, oddech wciąż miałem nierówny, ale chyba starałem się wmówić jej, że wszystko kontroluję - przynajmniej na tyle, na ile mogłem po tym wszystkim, w rzeczywistości ledwo docierając do nie tak oddalonego miejsca, które pozostawiało wiele do życzenia, ale przynajmniej było suche.
A potem powiedziała te słowa. Otarłem wodę z twarzy i spojrzałem na nią, z trudem unosząc głowę, ale wciąż próbując wyglądać przekornie. Charczałem i kaszlałem, ale w oczach miałem to, co zawsze - upór i nieco nonszalanckiej odwagi, która sprawiała, że mimo całego chaosu i bliskości śmierci, wciąż byłem całkiem… Żywy, gotowy, żeby ją irytować, nawet po tym wszystkim. Oburzenie przyszło naturalnie, chociaż każdy mięsień w ciele palił mnie od wysiłku, a oddech wciąż ranił gardło. Zacisnąłem powieki, próbując zebrać siły, i wymamrotałem:
- A więs… Po tym wsystkim… - Zrobiłem dramatyczną pauzę, przymrużając oczy. - I… Nie poswolis mi zamoczyś? - Głos mi drżał, chropowaty, pełen niedowierzania i wyraźnej prowokacji, nawet w doborze słów. - To jest… Absolutnie niesplawiedliwe… - Próbowałem podnieść brew, co wyszło dość krzywo, bo ciało wciąż pamiętało napór wody, ciemność i zimno, ale mimo to w oczach miałem ten błysk. Odwróciłem głowę lekko, patrząc na nią spod mokrych włosów, które przywarły do moich policzków. - Naplawdę? Po tym, jak mnie plawie utopiliśmy, nie mogę liczyś na… Odlobinę upszejmości? - To było tylko zaczepianie, chociaż w tym momencie nawet ono wymagało ode mnie sporo. Jej prowokacja kosztowała mnie zdecydowanie zbyt wiele słów, na które nie miałem siły, ale nie mogłem tak tego zostawić. Przepraszam - jakie znowu lata?
W końcu uśmiechnąłem się krzywo, bo czysta potrzeba bliskości i ciepła wygrała z każdą próbą bycia poważnym. Jej obecność, ciepło jej ciała przy moim, które powoli walczyło z lodowatym chłodem przeszywającym moje mięśnie, działało jednak jak kotwica. Zacisnąłem powoli ręce na jej ramionach, przyciągając ją bliżej, mocniej, niż to było konieczne do prostego podtrzymania się. Moje dłonie powędrowały jeszcze raz wzdłuż jej pleców, mocniej przyciągając ją do siebie, a usta ledwie musknęły jej włosy, zanim oparłem brodę na jej ramieniu. Chciałem, żeby poczuła, że nadal byłem w pełni przytomny, chociaż ciało protestowało z każdym ruchem.
- Nie maltw szię… - Wyszeptałem w końcu, z lekkim uśmiechem, który chyba zdołał przekazać coś więcej niż słowa. - Obiecuję, sze nie umlę po dlodze, ale… - Lekki uśmiech, mrugnięcie. - Ale najpielw… potszebuję się… Wysuszyś. - Wskazałem głową na domek. - Jeśli mosemy… Tam, zanim… Będę balso wdzięszny. - Serce biło mi mocno, oddech wciąż miałem nierówny, ale chyba starałem się wmówić jej, że wszystko kontroluję - przynajmniej na tyle, na ile mogłem po tym wszystkim, w rzeczywistości ledwo docierając do nie tak oddalonego miejsca, które pozostawiało wiele do życzenia, ale przynajmniej było suche.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)