13.11.2025, 03:11 ✶
Zastygła w bezruchu, wpatrzona w powierzchnię herbaty, która drżała lekko w filiżance od ciepła. Jej odbicie w bursztynowym płynie było zniekształcone, nieostre - jak wszystko, co czuła, odkąd pojawił się on. Nie potrafiła odczytać jego intencji, a może po prostu bała się, że zrobi to zbyt dobrze. Czy naprawdę chodziło mu o troskę? O szczere zainteresowanie jej stanem, o coś tak zwyczajnego, tak ludzkiego, że aż niemożliwego w jego wydaniu?
Nie potrafiła w to uwierzyć.
Ale gdy przez krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, serce - to wadliwe, nieposłuszne - zabiło odrobinę zbyt szybko. Jakby zdradzało ją wbrew woli.
- Daruj sobie ten protekcjonalny ton - powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta chłodu, ostrzejsza niż chciała. Patrzyła na niego z kamiennym wyrazem twarzy, bo wciąż miała wrażenie, że za każdym jego słowem kryje się coś więcej, jakiś drobiazg, którego jeszcze nie odczytała.
- Nie wierzę w bezinteresowność, Rodolphusie. Nie w twoim wydaniu. - Słowa wypowiedziała powoli, miękko, ale z tym charakterystycznym jadem, który smakował jak dobrze dobrany eliksir: słodki tylko przez pierwszą sekundę. Odchyliła się i splotła dłonie na kolanach, słuchając go uważnie, jakby szukała drugiego dna.
- Chcesz, żebym uwierzyła w twoje altruistyczne pobudki? Po tym wszystkim? - zapytała, czując, jak drży w niej napięcie. Nie potrafiła odgadnąć, czy bardziej irytowało ją to, że próbował ją przekonać o własnej bezinteresowności, czy to, że część niej chciała mu uwierzyć. Nie powinna z nim dyskutować. Nie powinna w ogóle prowadzić tej rozmowy. A jednak coś w jego głosie, w tej łagodności, która tak bardzo kłóciła się z obrazem człowieka, którego znała, wzbudzało niebezpieczną ciekawość.
- To piękne, co mówisz. A jednak rozsądek podpowiada mi, że kryje się za tym coś więcej. Może chciałeś mieć mój dług wdzięczności, może zareagowałeś instynktownie, a może chciałeś zamazać złe wrażenie z galerii... - mówiła, uparcie doszukując się egoistycznych motywów, jego interesu w tym wszystkim. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógł po prostu chcieć ją uratować. I wtedy zaproponował coś, co tylko potwierdziło jej przypuszczenia.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, w którym mieszały się gniew, zdumienie i coś jeszcze - coś, czego nie chciała nazwać, bo wymagałoby to przyznania, że jego słowa w ogóle ją dotknęły.
- Moje towarzystwo nie jest na sprzedaż - odparła ostro. W jej głosie nie było wahania, choć wewnątrz coś w niej drgnęło, może echo niedawnej słabości, może zwykła, ludzka potrzeba zrozumienia, której nienawidziła w sobie najbardziej.
Wstała, a wraz z tym ruchem cała atmosfera w pokoju zgęstniała. Szelest materiału jej sukni zabrzmiał niemal złowrogo w tej ciszy, która zapadła między nimi.
- Myślę, że nadużyłeś mojej gościnności - powiedziała po chwili ciszy, której ciężar niemal wciskał ją w ziemię. Cofnęła się o krok, jakby potrzebowała między nimi przestrzeni, by móc oddychać. W jej głowie tłukły się sprzeczne myśli, których nie chciała teraz roztrząsać. Wierzyła, że to wszystko to tylko zgrabna manipulacja z jego strony. Dlatego ruszyła do drzwi, z dumnie uniesioną głową, decydując o końcu tego spotkania.
- Dziękuję za eliksiry - rzuciła jeszcze, bez cienia emocji, zatrzymując się na progu. - Ale nie zamierzam być częścią twoich gier, Lestrange.
Nie potrafiła w to uwierzyć.
Ale gdy przez krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, serce - to wadliwe, nieposłuszne - zabiło odrobinę zbyt szybko. Jakby zdradzało ją wbrew woli.
- Daruj sobie ten protekcjonalny ton - powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta chłodu, ostrzejsza niż chciała. Patrzyła na niego z kamiennym wyrazem twarzy, bo wciąż miała wrażenie, że za każdym jego słowem kryje się coś więcej, jakiś drobiazg, którego jeszcze nie odczytała.
- Nie wierzę w bezinteresowność, Rodolphusie. Nie w twoim wydaniu. - Słowa wypowiedziała powoli, miękko, ale z tym charakterystycznym jadem, który smakował jak dobrze dobrany eliksir: słodki tylko przez pierwszą sekundę. Odchyliła się i splotła dłonie na kolanach, słuchając go uważnie, jakby szukała drugiego dna.
- Chcesz, żebym uwierzyła w twoje altruistyczne pobudki? Po tym wszystkim? - zapytała, czując, jak drży w niej napięcie. Nie potrafiła odgadnąć, czy bardziej irytowało ją to, że próbował ją przekonać o własnej bezinteresowności, czy to, że część niej chciała mu uwierzyć. Nie powinna z nim dyskutować. Nie powinna w ogóle prowadzić tej rozmowy. A jednak coś w jego głosie, w tej łagodności, która tak bardzo kłóciła się z obrazem człowieka, którego znała, wzbudzało niebezpieczną ciekawość.
- To piękne, co mówisz. A jednak rozsądek podpowiada mi, że kryje się za tym coś więcej. Może chciałeś mieć mój dług wdzięczności, może zareagowałeś instynktownie, a może chciałeś zamazać złe wrażenie z galerii... - mówiła, uparcie doszukując się egoistycznych motywów, jego interesu w tym wszystkim. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógł po prostu chcieć ją uratować. I wtedy zaproponował coś, co tylko potwierdziło jej przypuszczenia.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, w którym mieszały się gniew, zdumienie i coś jeszcze - coś, czego nie chciała nazwać, bo wymagałoby to przyznania, że jego słowa w ogóle ją dotknęły.
- Moje towarzystwo nie jest na sprzedaż - odparła ostro. W jej głosie nie było wahania, choć wewnątrz coś w niej drgnęło, może echo niedawnej słabości, może zwykła, ludzka potrzeba zrozumienia, której nienawidziła w sobie najbardziej.
Wstała, a wraz z tym ruchem cała atmosfera w pokoju zgęstniała. Szelest materiału jej sukni zabrzmiał niemal złowrogo w tej ciszy, która zapadła między nimi.
- Myślę, że nadużyłeś mojej gościnności - powiedziała po chwili ciszy, której ciężar niemal wciskał ją w ziemię. Cofnęła się o krok, jakby potrzebowała między nimi przestrzeni, by móc oddychać. W jej głowie tłukły się sprzeczne myśli, których nie chciała teraz roztrząsać. Wierzyła, że to wszystko to tylko zgrabna manipulacja z jego strony. Dlatego ruszyła do drzwi, z dumnie uniesioną głową, decydując o końcu tego spotkania.
- Dziękuję za eliksiry - rzuciła jeszcze, bez cienia emocji, zatrzymując się na progu. - Ale nie zamierzam być częścią twoich gier, Lestrange.