13.11.2025, 21:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:55 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Nie wiedziałem, kiedy to się zaczęło psuć - może wtedy, gdy w jej głosie przestałem słyszeć to lekkie drżenie rozbawienia, które zawsze pojawiało się między słowami, jakie do mnie wypowiadała - Prudence śmiała się cicho, takim śmiechem, który zostawał mi w głowie jeszcze długo po tym, jak szedłem do dormitorium. A może, kiedy zauważyłem, że przestaje mnie szukać wzrokiem w tłumie, już nie pojawiając się na meczach Quidditcha, szczególnie gdy nie dotyczyły Ravenclawu. A może wcześniej, kiedy zaczęła nosić włosy inaczej, puszczając je luźno, wokół twarzy, tak gęsto, że zrobiła się z tego kurtyna. Kiedyś odgarnąłbym jej je z oczu, mówiąc coś o kurzej ślepocie, i śmiałbym się z tego razem z nią, ale teraz tylko patrzyłem, jak przechodziła, z książkami przyciśniętymi do piersi, i udawałem, że akurat muszę poprawić torbę albo zawiązać sznurówkę. Chociaż z czasem przestałem sięgać i po te wymówki, otwarcie odwracając wzrok, ignorując jej obecność, jakby nigdy nic nas nie łączyło. A więc może właściwsze byłoby powiedzieć, że raczej to ja pierwszy odsunąłem się krok w bok, potem drugi, trzeci - aż między nami stanęła przepaść, której nie potrafiłem już przeskoczyć.
Jeszcze dwa lata temu wszystko było proste - siadaliśmy razem na murku przy szklarni, rzucaliśmy w błoto grudkami ziemi, gadaliśmy o bzdurach. Prudence była... No, właśnie. Kiedyś była po prostu Prue - czasem uszczypliwa, częściej śmieszna, czasem mówiła rzeczy, które trudno było mi zrozumieć, ale brzmiały mądrze. Mieliśmy swoje żarty, swoje głupoty, a na lekcjach run zgrywaliśmy mądrzejszych, niż byliśmy. Nigdy mnie nie obchodziło, czyja krew płynie w jej żyłach. Nie myślałem o tym wtedy, nie musiałem, byliśmy po prostu... Kumplami, a przynajmniej tak mi się wydawało, była po prostu kimś, kto wtedy w pociągu wyglądał na pozbawionego towarzystwa, a ja lubiłem z nią być, bo przy niej świat wydawał się trochę mniej duszny. Nie myślałem wtedy, że to może być coś złego - że ktoś w ogóle mógłby tak pomyśleć. Tylko w domu, instynktownie, nie mówiłem nic o tym, z kim się trzymałem w szkole, nie licząc oczywistych przykładów - wiedziałem, że to nie był temat, który można było ruszyć przy stole. Matka i ojciec mieli swoje zdania o wszystkim, zwłaszcza o „odpowiednich towarzystwach”, a ja nauczyłem się milczeć, by oddzielać jedną przestrzeń od drugiej - Little Hangleton od Hogwartu, nawet jeśli wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, że można dostać za coś, czego się nie zrobiło - tylko za to, kim się jest przy kimś. Za wyimaginowane „hańbiące rodzinę intencje”, które nie istniały w oczach dziecka chcącego być tylko dzieckiem, robiącym głupoty z kolegami.
Nie chciałem jej krzywdzić, tylko że po tamtym lecie wszystko było inne. Zanim zrozumiałem, co się dzieje, wszystko się rozlało, jak przewrócony kałamarz i atrament po czystej kartce. Nie chodziło o nią, przynajmniej tak sobie mówiłem - to nie była jej wina, że moja siostra miała język dłuższy i większy niż rozum. Wtedy też, przy deserze, rzuciła, że „ciągle z tą dziewczyną łaziłem”, matka tylko uniosła brew, ale ojciec spojrzał tak, że zamarłem. Potem padło imię - „Aloysius ciągle szlaja się z tą Prudence, nosi za nią książki i ma przy tym taki wywalony język”, mimo że to ostatnie było wierutnym kłamstwem, „nie, nie od Dolohovów, od...”. A kiedy usłyszał, z kim, jego twarz zesztywniała jak kamień. Pamiętałem ciszę po kolacji, ten chłód, który zawsze przez chwilę wisi w powietrzu, zanim nastąpi huk drzwi. Powiedział, że mam sobie wybić z głowy przyjaźnie z „takimi”, nie będę się „bratał z półkrewkami”, i jak jeszcze raz o tym usłyszy, to zrobi ze mną porządek. Mówił do mnie, jakby patrzył przez mgłę - nie widział syna, tylko coś, co trzeba naprawić, coś, co się zepsuło. Wiedziałem, że jak się postawię, będzie gorzej. Przy okazji padło wiele - o obowiązkach, o nazwisku, o tym, że „mamy być przykładem”. Więc byłem przykładem, w szkole mijałem ją bez słowa, a kiedy na zaklęciach odwróciła się i spojrzała na mnie tym swoim pytającym wzrokiem - takim, jakim kiedyś patrzyła, gdy na eliksirach chciała wiedzieć, czy też słyszałem ten sam śmieszny dźwięk w kociołku - spuściłem wzrok. Nie mogłem, bo wystarczyło, żebym się uśmiechnął, a już widziałbym w głowie twarz ojca, jego rękę, tamten sierpniowy wieczór. „Nie będziesz plugawił nazwiska, Aloysiusie”. W jego oczach wszystko to miało inny wymiar, obrzydliwy wymiar, który nie istniał w moim umyśle, a przynajmniej nie miał istnieć przez jeszcze dwa lata.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)