13.11.2025, 21:42 ✶
Było późne popołudnie, światło sączyło się przez wysokie okna w pustym korytarzu, tuż przed gabinetem profesorskim, złotawe, miękkie. Minęły tygodnie od powrotu do szkoły, a ja wciąż chodziłem po korytarzach Hogwartu z poczuciem, że coś się zmieniło, chociaż nie potrafiłem stwierdzić, co dokładnie. Dwa lata spędzone u boku Prudence wydawały się teraz dalekie, jakby należały do innego życia - życia, w którym nie musiałem się oglądać za siebie ani uważać na każdy ruch. Wtedy było łatwo, rozumieliśmy się bez słów, śmialiśmy się z głupstw, które dla innych nie miały znaczenia, dzieliliśmy spojrzenia. Zeszły rok wydawał się wstępem do zupełnie innej przyszłości - do tego, co w tym roku było już nieuchronne, gdy wkroczyliśmy na ścieżkę wrogiej obojętności, która z tygodnia na tydzień coraz bardziej zaczynała przypominać zimną wojnę.
Nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Byliśmy tu tylko we dwoje, w oczekiwaniu na konsultacje. Zanim się zorientowałem, spotkaliśmy się spojrzeniami. Chciałem powiedzieć coś głupiego, coś prostego, choćby „siema”, ale słowa nie przyszły. Patrzyłem na nią, ale jednocześnie nagle zobaczyłem wszystko naraz - to, jak siedziała obok mnie w bibliotece, robiła głupie miny, kiedyś uderzyła mnie książką za to, że żartowałem z jej wymowy. Stresowało mnie to bardziej, niż to okazywałem - spędzanie czasu w jednej przestrzeni, w wymuszonym milczeniu, sam na sam, jednak nie to najbardziej mnie przytłaczało, nie te wspomnienia.
Nawiązując kontakt wzrokowy, w tym ciepłym, złotym świetle, zobaczyłem też, że była... Ładna. Nie w ten sposób, który się zauważało od razu, ale w ten, który przychodził powoli, cicho, jak cień. Nienawidziłem tego uczucia, nie powinienem był tak myśleć, to było jak zdrada wszystkiego, co pamiętałem o niej - o nas. Wcześniej była moją przyjaciółką, ale teraz... Teraz była kimś, kogo nie rozumiałem, nagle tracąc z nią wspólny język. Było zbyt późno, by wszystko cofnąć, ale jeszcze za wcześnie, by zrozumieć, co dalej.
Stanąłem jak głupi, próbując złapać oddech, czując się tak, jakbym wpadł na kogoś z innego świata - kogoś, kogo znałem, ale teraz nie znałem już wcale. Jej włosy były dłuższe, lekko rozczochrane, oczy… Cholera, oczy - nie mogłem oderwać od nich wzroku. Wszystko we mnie krzyczało, że to moja stara przyjaciółka, obecnie ktoś darzący mnie wrogością, a jednocześnie serce biło w rytm czegoś innego, czegoś, czego nie potrafiłem nazwać. Nie podobało mi się to uczucie, ten mętlik w głowie, który pojawił się w ułamku sekundy. Chciałem znowu zobaczyć w niej znajomą twarz, uśmiech, śmiech, który kiedyś rozumiałem bez słów, a zamiast tego dostrzegałem kogoś, kto sprawiał, że wszystko we mnie drżało. Jej oczy… Nie mogłem od nich oderwać wzroku. Patrzyłem i patrzyłem, a gdy w końcu oderwałem spojrzenie, zorientowałem się, że wpatruję się w jej usta, w sposób, który sam w sobie był błędem. Patrzyłem na jej wargi, zupełnie bezmyślnie, a one… Poruszały się. Przełknąłem ślinę, próbując zebrać myśli, ale ona mówiła dalej, chociaż w moich uszach brzmiało to bardziej, jak bzyczenie owada - było dalekie i niezrozumiałe, przykryte zupełnie innymi myślami, nie tymi o treści jej słów, chociaż powinienem ich słuchać. Coś do mnie mówiła, coś, co wcale nie brzmiało miękko i ciepło, patrząc po sposobie i szybkości, z jaką poruszały się jej usta. Odchrząkując, wyprostowałem wyrośnięte ciało, unosząc brew.
- Co? - Burknąłem, jakbym nie słuchał jej z powodu niechęci i znudzenia, a nie przez ten pierwszy raz, gdy tak naprawdę pomyślałem o niej, jak o kimś, komu chciałbym założyć włosy za ucho, szepcząc słowa, których znaczenia przed laty zupełnie nie rozumiałem. Nagle, za to, zrozumiałem też coś jeszcze. „Nie będziesz plugawił nazwiska, Aloysiusie”. W jego oczach wszystko to miało dokładnie ten sam wymiar, kuszący, chociaż trochę niepokojący wymiar, który nagle zaistniał w moim umyśle.
Nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Byliśmy tu tylko we dwoje, w oczekiwaniu na konsultacje. Zanim się zorientowałem, spotkaliśmy się spojrzeniami. Chciałem powiedzieć coś głupiego, coś prostego, choćby „siema”, ale słowa nie przyszły. Patrzyłem na nią, ale jednocześnie nagle zobaczyłem wszystko naraz - to, jak siedziała obok mnie w bibliotece, robiła głupie miny, kiedyś uderzyła mnie książką za to, że żartowałem z jej wymowy. Stresowało mnie to bardziej, niż to okazywałem - spędzanie czasu w jednej przestrzeni, w wymuszonym milczeniu, sam na sam, jednak nie to najbardziej mnie przytłaczało, nie te wspomnienia.
Nawiązując kontakt wzrokowy, w tym ciepłym, złotym świetle, zobaczyłem też, że była... Ładna. Nie w ten sposób, który się zauważało od razu, ale w ten, który przychodził powoli, cicho, jak cień. Nienawidziłem tego uczucia, nie powinienem był tak myśleć, to było jak zdrada wszystkiego, co pamiętałem o niej - o nas. Wcześniej była moją przyjaciółką, ale teraz... Teraz była kimś, kogo nie rozumiałem, nagle tracąc z nią wspólny język. Było zbyt późno, by wszystko cofnąć, ale jeszcze za wcześnie, by zrozumieć, co dalej.
Stanąłem jak głupi, próbując złapać oddech, czując się tak, jakbym wpadł na kogoś z innego świata - kogoś, kogo znałem, ale teraz nie znałem już wcale. Jej włosy były dłuższe, lekko rozczochrane, oczy… Cholera, oczy - nie mogłem oderwać od nich wzroku. Wszystko we mnie krzyczało, że to moja stara przyjaciółka, obecnie ktoś darzący mnie wrogością, a jednocześnie serce biło w rytm czegoś innego, czegoś, czego nie potrafiłem nazwać. Nie podobało mi się to uczucie, ten mętlik w głowie, który pojawił się w ułamku sekundy. Chciałem znowu zobaczyć w niej znajomą twarz, uśmiech, śmiech, który kiedyś rozumiałem bez słów, a zamiast tego dostrzegałem kogoś, kto sprawiał, że wszystko we mnie drżało. Jej oczy… Nie mogłem od nich oderwać wzroku. Patrzyłem i patrzyłem, a gdy w końcu oderwałem spojrzenie, zorientowałem się, że wpatruję się w jej usta, w sposób, który sam w sobie był błędem. Patrzyłem na jej wargi, zupełnie bezmyślnie, a one… Poruszały się. Przełknąłem ślinę, próbując zebrać myśli, ale ona mówiła dalej, chociaż w moich uszach brzmiało to bardziej, jak bzyczenie owada - było dalekie i niezrozumiałe, przykryte zupełnie innymi myślami, nie tymi o treści jej słów, chociaż powinienem ich słuchać. Coś do mnie mówiła, coś, co wcale nie brzmiało miękko i ciepło, patrząc po sposobie i szybkości, z jaką poruszały się jej usta. Odchrząkując, wyprostowałem wyrośnięte ciało, unosząc brew.
- Co? - Burknąłem, jakbym nie słuchał jej z powodu niechęci i znudzenia, a nie przez ten pierwszy raz, gdy tak naprawdę pomyślałem o niej, jak o kimś, komu chciałbym założyć włosy za ucho, szepcząc słowa, których znaczenia przed laty zupełnie nie rozumiałem. Nagle, za to, zrozumiałem też coś jeszcze. „Nie będziesz plugawił nazwiska, Aloysiusie”. W jego oczach wszystko to miało dokładnie ten sam wymiar, kuszący, chociaż trochę niepokojący wymiar, który nagle zaistniał w moim umyśle.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)