13.11.2025, 22:56 ✶
Przesunąłem się ciężarem ciała, żeby lepiej oprzeć plecy o twarde, drewniane krzesło, które w tej chwili i tak wydawało się luksusem, czując, jak drewno ustąpiło lekko pod moim ciężarem. Nie była to komfortowa pozycja, ale po latach spędzonych na ziemi, w hamaku przywiązanym do dwóch połówek spróchniałych drzew albo w przedziale pociągu, który pamiętał czasy sprzed pierwszej wojny, naprawdę nie było na co narzekać. Byle sucho, byle nie spadało nam to wszystko na głowy - człowiek naprawdę uczy się doceniać proste rzeczy, kiedy większość życia spędza w miejscach, gdzie dach nad głową jest warunkiem, a nie przywilejem. Po takich doświadczeniach przestaje narzekać na ciasną kwaterę w Rumunii.
- Lepszej pogody i tak nie wyczalujemy, chyba sze któleś s was jest sklycie Macmillanem. - Mruknąłem, odpowiadając bardziej w przestrzeń niż do kogokolwiek konkretnego, ale kiedy Geraldine przeniosła na mnie spojrzenie, odwzajemniłem je, krótko, wzruszając ramionami - nawet, nie musiała mówić na głos, że zauważyła ten cholerny siniak ciągnący się przez pół twarzy. Nie czułem potrzeby tłumaczenia się komukolwiek, w mojej robocie takie rzeczy się zdarzały, w moim życiu - tym bardziej. Słuchałem jej, nie odrywając wzroku od filiżanki, którą trzymała między palcami. Deszcz dudnił o dach tak mocno, że brzmiał jak niechlujna perkusja - rytmiczna, głośna, nieco irytująca, ale zapowiadająca, że nada jutru własny porządek, niezależnie od naszych planów.
- Masz lasję. - Przyznałem, ponownie spoglądając na twarz Geraldine, kiedy powiedziała, że chciałaby to jak najszybciej załatwić. - Nie ma co pszeciągaś. Im wcześniej wejdziemy, tym szybciej wyjdziemy. - To było zdanie, które mogłem stosować do dziewięćdziesięciu procent zadań w moim życiu, najczęściej działało.
Kiedy zaczęła przyglądać się fusom z herbaty, obserwowałem ją przez chwilę, z jakąś nieoczekiwaną, cichą rozbawioną ciekawością. Nie wyglądała na typ wróżebny, ale może każdy, w takiej ulewie i na takim pustkowiu, szukał jakiegoś znaku.
- Widzisz coś? - Zapytałem, przesuwając spojrzenie z jej dłoni na twarz. - Jeśli to nietopesz, to pasuje do okolicy, a jeśli ponulak, to będę szedł na pszodzie. - Odłożyłem własną, pustą filiżankę na bok i wsłuchałem się w jednostajne dudnienie deszczu, które na dłuższą metę potrafiło człowieka doprowadzić do szału, ale tej nocy… Jakoś uspokajało, zwłaszcza kiedy siedziało się w miejscu wystarczająco ciepłym, by nie drżeć z zimna. Czasem to jedyne, co można było zrobić - wyschnąć, napić się czegoś ciepłego i przeczekać noc. Jutro i tak miało nas dopaść. Nieświadomie sam też spojrzałem we własne fusy, jakby półświadomie spodziewając się, że to ja zobaczę tam jakiś zły omen.
- Lepszej pogody i tak nie wyczalujemy, chyba sze któleś s was jest sklycie Macmillanem. - Mruknąłem, odpowiadając bardziej w przestrzeń niż do kogokolwiek konkretnego, ale kiedy Geraldine przeniosła na mnie spojrzenie, odwzajemniłem je, krótko, wzruszając ramionami - nawet, nie musiała mówić na głos, że zauważyła ten cholerny siniak ciągnący się przez pół twarzy. Nie czułem potrzeby tłumaczenia się komukolwiek, w mojej robocie takie rzeczy się zdarzały, w moim życiu - tym bardziej. Słuchałem jej, nie odrywając wzroku od filiżanki, którą trzymała między palcami. Deszcz dudnił o dach tak mocno, że brzmiał jak niechlujna perkusja - rytmiczna, głośna, nieco irytująca, ale zapowiadająca, że nada jutru własny porządek, niezależnie od naszych planów.
- Masz lasję. - Przyznałem, ponownie spoglądając na twarz Geraldine, kiedy powiedziała, że chciałaby to jak najszybciej załatwić. - Nie ma co pszeciągaś. Im wcześniej wejdziemy, tym szybciej wyjdziemy. - To było zdanie, które mogłem stosować do dziewięćdziesięciu procent zadań w moim życiu, najczęściej działało.
Kiedy zaczęła przyglądać się fusom z herbaty, obserwowałem ją przez chwilę, z jakąś nieoczekiwaną, cichą rozbawioną ciekawością. Nie wyglądała na typ wróżebny, ale może każdy, w takiej ulewie i na takim pustkowiu, szukał jakiegoś znaku.
- Widzisz coś? - Zapytałem, przesuwając spojrzenie z jej dłoni na twarz. - Jeśli to nietopesz, to pasuje do okolicy, a jeśli ponulak, to będę szedł na pszodzie. - Odłożyłem własną, pustą filiżankę na bok i wsłuchałem się w jednostajne dudnienie deszczu, które na dłuższą metę potrafiło człowieka doprowadzić do szału, ale tej nocy… Jakoś uspokajało, zwłaszcza kiedy siedziało się w miejscu wystarczająco ciepłym, by nie drżeć z zimna. Czasem to jedyne, co można było zrobić - wyschnąć, napić się czegoś ciepłego i przeczekać noc. Jutro i tak miało nas dopaść. Nieświadomie sam też spojrzałem we własne fusy, jakby półświadomie spodziewając się, że to ja zobaczę tam jakiś zły omen.
Rzut Symbol 1d258 - 218
Tancerka (rozczarowanie)
Tancerka (rozczarowanie)
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)