14.11.2025, 22:39 ✶
Tak jak zmęczony pies ciężko opiera pysk na swym człowieku, tak Alexander oparł swój policzek o dłoń Lorien, gdy ta zmusiła go, żeby na nią patrzył. Do milczenia nie musiała go zmuszać. Wcale nie zamierzał jej przerywać. Milczał posłusznie, chcąc usłyszeć wszystko, co miała mu do powiedzenia. "Rodzina nie jest moja", powtórzył w myślach słowa, które padły między cichymi skomleniami proszącego o uwagę psa. "Wrzosowiska nie są moje, sen nie jest mój."
Ktoś to już kiedyś powiedział.
Może w innym miejscu, może w innym czasie. Nie siedzieli wtedy pośród miękkich poduszek, na przykrytej grubymi dywanami podłodze pokoju Alexandra, lecz na zimnych płytkach łazienki Agnes Delacour. Lustro ponad ich głowami zamiast gasnącego jesiennego słońca, które barwiło horyzont ciepłą czerwienią, odbijało zgniłozielone światło lamp, zimne i nieprzyjazne. "Nic nie jest tu twoje", ostro rzuciła mu wtedy w twarz. "Nic tu nie jest moje", mówiła teraz miękko, wtulona w jego pierś. Ale jeżeli nic tutaj nie należało do niego, i nic nie należało do niej... To do kogo należało to wszystko?
Wciąż milcząc, patrzył przed siebie pustym wzrokiem zawieszonym w przestrzeni, próbując poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał.
– Myślałem, że chcesz tu być ze mną – powiedział powoli – tak samo jak ja chcę być tu z tobą.
Proste słowa, więc czemu wypowiedzenie ich na głos zajęło Alexandrowi tak wiele czasu? A gdy już wybrzmiały, brzmiały przecież tak dziecinnie. Jak gdyby był dzieckiem, które pyta, dlaczego nikt nie chce się z nim bawić, głupim i naiwnym bachorem, beczącym, że nikt go nie lubi. Jak gdyby był porzuconym na poboczu bezdomnym psem, który zdążył jednak poznać ciepło domostwa. Kochankiem, który nie umie pogodzić się z miłosnym zawodem. "Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie". A potem stawiała na piedestale babkę, która nie była jej babką. Lorettę, której nigdy jej nawet nie przedstawił. Nawet zdanie Richarda zdawała się cenić wyżej. Bo to, że życzeniem Alexandra było mieć ją obok siebie, nigdy nie było dla Lorien wystarczającym.
Jego "ale ja ciebie tutaj chcę", nie mogło równać się z jej "ale babka mnie tutaj nie chce". Być może gdyby nie próbowała sprezentować mu eliksiru wielosokowego, zdołałby rozładować napięcie żartem. "Philomena prędzej zauważyłaby twoją nieobecność niż moją obecność", zażartowałby. Żaden żart nie był jednak w stanie przedostać się przez zaciśnięte boleśnie gardło.
"Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie".
Kiedy Alexander stał się jej przykrym obowiązkiem? Jej osobistym "leż i myśl o Anglii"? Przecież chciał, żeby była tutaj szczęśliwa. Szczęśliwa aż do samego końca, nieważne, kiedy ten koniec miałby nastąpić. Myślał, że zabierając ją do domu, da jej to wszystko. Rodzinę, uspaną pośród portretów. Wrzosowisko, po którym hulał wiatr. Samego siebie, zawsze gdzieś obok.
– Jeśli tak bardzo nie chcesz tu ze mną być, powinnaś była zamiast eliksiru wielosokowego przynieść amortencję – wyszeptał Alexander, niemal wbrew sobie. Niemal. Nie wiedział, co go podkusiło, aby to powiedzieć na głos. Nie, sprzeciwił się sam sobie. Wiedział. Powolnym, starannie odmierzonym ruchem poprawił szlafrok zsuwający się z ramienia Lorien. "Nic tu nie jest moje", mówiła, zasmucona. "A ja?", mógłby spytać Alexander, jak gdyby nie był już wystarczająco żałosnym.
– Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich? – spytał cicho. – Podzielilibyśmy się buteleczką. Wypili prosto z gwinta. Uczucia są prawdziwe, więc wystarczyłoby na znacznie dłużej niż dwie godziny, wiem to. Recenzowałem wiele prac przeglądowych na ten temat. Wystarczyłoby kilka kropel do wina, i... – Na powrót spuścił głowę, aby móc spojrzeć prosto w oczy Lorien. – Wypiłbym. Słyszysz? Wypiłbym. A gdybyś chciała, wypilibyśmy razem. – W głosie Alexandra słyszeć dało się zmęczenie. Zmęczony był błędami, jakie popełnił, a jednak nie mógł żałować ich popełnienia. – Może wtedy wreszcie poczułabyś się chciana. Nie żebym cię osądzał. Niektórzy potrzebują do tego amortencji. Inni... Inni po prostu biorą sobie psa.
Alexander wziął na ręce szczenię podarowane mu przez Lorien, obracając je tak, aby móc spojrzeć prosto w wielkie, psie oczy. Miłość, jaka mieszkała na ich dnie była prosta. Niewymagająca. Prawdziwa. Bogowie, jak on by chciał tak kochać. Tak prosto, tak prawdziwie.
– Albo żonę – dodał, na chwilę tracąc panowanie nad głosem, który załamał mu się, jak gdyby na powrót stał się gówniarzem.
Przytulił policzek do miękkiej sierści Łajki, która zaczęła lizać go po nosie.
– Twój prezent znajduje się w szufladzie biurka. Pierwsza od góry po prawej stronie. Miałem nadzieję sprawić ci tym przyjemność. Chciałem powiedzieć po kolacji, gdybyś w trakcie rodzinnego spotkania... Gdybyś wciąż miała wątpliwości co do swojego miejsca w moim życiu.
Normalnie biurko pozostawało zamkniętym: Alexander dbał o zachowanie poufności w stosunku do przechowywanej tam dokumentacji, pilnując, aby nikt inny nie miał dostępu do jego najbardziej prywatnych zapisków. Gdyby jednak Lorien zdecydowała się zajrzeć do wspomianej szuflady, nie napotkałaby oporu ze strony wiekowego zamka. Szuflada otworzyłaby się z przeraźliwym skrzypieniem nienaoliwionych prowadnic, ujawniając Lorien swą zawartość. Osobiste dokumenty Alexandra. Klucz do starego barku stojącego w ojcowskim gabinecie. Kilka wypolerowanych kostek zwierząt, w których wyryto dziwaczne symbole. Gdyby nie to, przypominałyby zwykłe kości wykorzystywane w grach hazardowych.
Nie one miały przyciągnąć jej uwagę.
Na samym wierzchu szuflady leżał prezent dla Lorien. Wykonany z grubego, czerpanego papieru folder, oprawny w czarną skórę. Starannie przewiązany wstążką o głębokim, kobaltowym odcieniu niebieskiego. Wewnątrz, Lorien mogła znaleźć... Wizytówkę. Niewielki kartonik koloru kości słoniowej z nazwiskiem wytłoczonym obok symbolu przypominającego znak herbowy.
Na odwrocie wizytówki zapisano czas i miejsce pierwszej sesji. Widać Alexander pozwolił sobie wstępnie umówić spotkanie.
Wnętrze folderu było wyściełane czarnym aksamitem. Eleganckie, w twardej oprawie, wypełnione zostało kartami, na których odbito reprodukcje prac włoskiego portrecisty. Jego nazwisko nie było powszechnie znane szerszej publiczności, pozostawało jednak cenionym w kręgach artystycznych. Pomiędzy kolejne karty portfolio wsunięto cienkie, półprzezroczyste niemal arkusze pergaminu, które miały za zadanie zabezpieczać prezentowane prace przed uszkodzeniem. Portrety. Tylko portrety. W większości wykonane techniką olejną na płótnie. Warstwy farby, nabudowywanej jedna na drugą, niczym pofragmentowane wspomnienia. Kolorystyka była powściągliwa. Zgaszone błękity, tony umbry i ochry, ciepłe połyski karminu w skórze. Każde płótno tchnęło życiem, tym nieuchwytnym drżeniem, które pojawia się w translacji pamięci na materiał trwalszego medium. Styl artysty zdradzał wrażliwość i dyscyplinę kogoś, kto przeszedł klasyczne szkoły, lecz świadomie wymykał się wytyczonym przez nie ramom. Widać było tych pracach obsesję na punkcie prawdy, uchwycenia nie tylko ulotnej impresji pierwszego wrażenia, lecz i czegoś głębszego, kłębiącego się pod powierzchnią.
W każdym ze skreślonych ręką artysty wizerunków można było dostrzec echo malarstwa dawnych mistrzów. Ale było w nich coś więcej. Nie tylko dlatego, że wydawały się osobistymi. Była w nich czułość. Potworna czułość artysty próbującego zatrzymać w płótnach ludzi, których nie chciał utracić.
Na samym dnie folderu znajdował się surowy szkic Lorien, wykonany węglem na podstawie starego zdjęcia. Obok niej, jak gdyby po namyśle, wyrysowano wątły kontur męskiej sylwetki.
– Wesołego Mabon, Lorien.
Ktoś to już kiedyś powiedział.
Może w innym miejscu, może w innym czasie. Nie siedzieli wtedy pośród miękkich poduszek, na przykrytej grubymi dywanami podłodze pokoju Alexandra, lecz na zimnych płytkach łazienki Agnes Delacour. Lustro ponad ich głowami zamiast gasnącego jesiennego słońca, które barwiło horyzont ciepłą czerwienią, odbijało zgniłozielone światło lamp, zimne i nieprzyjazne. "Nic nie jest tu twoje", ostro rzuciła mu wtedy w twarz. "Nic tu nie jest moje", mówiła teraz miękko, wtulona w jego pierś. Ale jeżeli nic tutaj nie należało do niego, i nic nie należało do niej... To do kogo należało to wszystko?
Wciąż milcząc, patrzył przed siebie pustym wzrokiem zawieszonym w przestrzeni, próbując poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał.
– Myślałem, że chcesz tu być ze mną – powiedział powoli – tak samo jak ja chcę być tu z tobą.
Proste słowa, więc czemu wypowiedzenie ich na głos zajęło Alexandrowi tak wiele czasu? A gdy już wybrzmiały, brzmiały przecież tak dziecinnie. Jak gdyby był dzieckiem, które pyta, dlaczego nikt nie chce się z nim bawić, głupim i naiwnym bachorem, beczącym, że nikt go nie lubi. Jak gdyby był porzuconym na poboczu bezdomnym psem, który zdążył jednak poznać ciepło domostwa. Kochankiem, który nie umie pogodzić się z miłosnym zawodem. "Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie". A potem stawiała na piedestale babkę, która nie była jej babką. Lorettę, której nigdy jej nawet nie przedstawił. Nawet zdanie Richarda zdawała się cenić wyżej. Bo to, że życzeniem Alexandra było mieć ją obok siebie, nigdy nie było dla Lorien wystarczającym.
Jego "ale ja ciebie tutaj chcę", nie mogło równać się z jej "ale babka mnie tutaj nie chce". Być może gdyby nie próbowała sprezentować mu eliksiru wielosokowego, zdołałby rozładować napięcie żartem. "Philomena prędzej zauważyłaby twoją nieobecność niż moją obecność", zażartowałby. Żaden żart nie był jednak w stanie przedostać się przez zaciśnięte boleśnie gardło.
"Dla ciebie", powtarzała Lorien, wszystko co robię, robię dla ciebie".
Kiedy Alexander stał się jej przykrym obowiązkiem? Jej osobistym "leż i myśl o Anglii"? Przecież chciał, żeby była tutaj szczęśliwa. Szczęśliwa aż do samego końca, nieważne, kiedy ten koniec miałby nastąpić. Myślał, że zabierając ją do domu, da jej to wszystko. Rodzinę, uspaną pośród portretów. Wrzosowisko, po którym hulał wiatr. Samego siebie, zawsze gdzieś obok.
– Jeśli tak bardzo nie chcesz tu ze mną być, powinnaś była zamiast eliksiru wielosokowego przynieść amortencję – wyszeptał Alexander, niemal wbrew sobie. Niemal. Nie wiedział, co go podkusiło, aby to powiedzieć na głos. Nie, sprzeciwił się sam sobie. Wiedział. Powolnym, starannie odmierzonym ruchem poprawił szlafrok zsuwający się z ramienia Lorien. "Nic tu nie jest moje", mówiła, zasmucona. "A ja?", mógłby spytać Alexander, jak gdyby nie był już wystarczająco żałosnym.
– Czy tak nie byłoby prościej dla nas wszystkich? – spytał cicho. – Podzielilibyśmy się buteleczką. Wypili prosto z gwinta. Uczucia są prawdziwe, więc wystarczyłoby na znacznie dłużej niż dwie godziny, wiem to. Recenzowałem wiele prac przeglądowych na ten temat. Wystarczyłoby kilka kropel do wina, i... – Na powrót spuścił głowę, aby móc spojrzeć prosto w oczy Lorien. – Wypiłbym. Słyszysz? Wypiłbym. A gdybyś chciała, wypilibyśmy razem. – W głosie Alexandra słyszeć dało się zmęczenie. Zmęczony był błędami, jakie popełnił, a jednak nie mógł żałować ich popełnienia. – Może wtedy wreszcie poczułabyś się chciana. Nie żebym cię osądzał. Niektórzy potrzebują do tego amortencji. Inni... Inni po prostu biorą sobie psa.
Alexander wziął na ręce szczenię podarowane mu przez Lorien, obracając je tak, aby móc spojrzeć prosto w wielkie, psie oczy. Miłość, jaka mieszkała na ich dnie była prosta. Niewymagająca. Prawdziwa. Bogowie, jak on by chciał tak kochać. Tak prosto, tak prawdziwie.
– Albo żonę – dodał, na chwilę tracąc panowanie nad głosem, który załamał mu się, jak gdyby na powrót stał się gówniarzem.
Przytulił policzek do miękkiej sierści Łajki, która zaczęła lizać go po nosie.
– Twój prezent znajduje się w szufladzie biurka. Pierwsza od góry po prawej stronie. Miałem nadzieję sprawić ci tym przyjemność. Chciałem powiedzieć po kolacji, gdybyś w trakcie rodzinnego spotkania... Gdybyś wciąż miała wątpliwości co do swojego miejsca w moim życiu.
Normalnie biurko pozostawało zamkniętym: Alexander dbał o zachowanie poufności w stosunku do przechowywanej tam dokumentacji, pilnując, aby nikt inny nie miał dostępu do jego najbardziej prywatnych zapisków. Gdyby jednak Lorien zdecydowała się zajrzeć do wspomianej szuflady, nie napotkałaby oporu ze strony wiekowego zamka. Szuflada otworzyłaby się z przeraźliwym skrzypieniem nienaoliwionych prowadnic, ujawniając Lorien swą zawartość. Osobiste dokumenty Alexandra. Klucz do starego barku stojącego w ojcowskim gabinecie. Kilka wypolerowanych kostek zwierząt, w których wyryto dziwaczne symbole. Gdyby nie to, przypominałyby zwykłe kości wykorzystywane w grach hazardowych.
Nie one miały przyciągnąć jej uwagę.
Na samym wierzchu szuflady leżał prezent dla Lorien. Wykonany z grubego, czerpanego papieru folder, oprawny w czarną skórę. Starannie przewiązany wstążką o głębokim, kobaltowym odcieniu niebieskiego. Wewnątrz, Lorien mogła znaleźć... Wizytówkę. Niewielki kartonik koloru kości słoniowej z nazwiskiem wytłoczonym obok symbolu przypominającego znak herbowy.
L. L. Sargent della Francesca
portrecista
portrecista
"Et creaverunt dii hominem ad imaginem suam: ad imaginem deorum creaverunt illum."
Na odwrocie wizytówki zapisano czas i miejsce pierwszej sesji. Widać Alexander pozwolił sobie wstępnie umówić spotkanie.
Wnętrze folderu było wyściełane czarnym aksamitem. Eleganckie, w twardej oprawie, wypełnione zostało kartami, na których odbito reprodukcje prac włoskiego portrecisty. Jego nazwisko nie było powszechnie znane szerszej publiczności, pozostawało jednak cenionym w kręgach artystycznych. Pomiędzy kolejne karty portfolio wsunięto cienkie, półprzezroczyste niemal arkusze pergaminu, które miały za zadanie zabezpieczać prezentowane prace przed uszkodzeniem. Portrety. Tylko portrety. W większości wykonane techniką olejną na płótnie. Warstwy farby, nabudowywanej jedna na drugą, niczym pofragmentowane wspomnienia. Kolorystyka była powściągliwa. Zgaszone błękity, tony umbry i ochry, ciepłe połyski karminu w skórze. Każde płótno tchnęło życiem, tym nieuchwytnym drżeniem, które pojawia się w translacji pamięci na materiał trwalszego medium. Styl artysty zdradzał wrażliwość i dyscyplinę kogoś, kto przeszedł klasyczne szkoły, lecz świadomie wymykał się wytyczonym przez nie ramom. Widać było tych pracach obsesję na punkcie prawdy, uchwycenia nie tylko ulotnej impresji pierwszego wrażenia, lecz i czegoś głębszego, kłębiącego się pod powierzchnią.
W każdym ze skreślonych ręką artysty wizerunków można było dostrzec echo malarstwa dawnych mistrzów. Ale było w nich coś więcej. Nie tylko dlatego, że wydawały się osobistymi. Była w nich czułość. Potworna czułość artysty próbującego zatrzymać w płótnach ludzi, których nie chciał utracić.
Na samym dnie folderu znajdował się surowy szkic Lorien, wykonany węglem na podstawie starego zdjęcia. Obok niej, jak gdyby po namyśle, wyrysowano wątły kontur męskiej sylwetki.
– Wesołego Mabon, Lorien.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat