Kiermasz prezentował sobą dość smętny widok. Doskonale pamiętała, jak placyk wyglądał na Yule, gdy wielka choinka pyszniła się na środku, obwieszona dekoracjami, jak ludzie krążyli po Pokątnej uśmiechnięci, jak było słychać śmiechy. Dzisiaj tego nie było. Pokątna wyglądała… jak po wojnie, Ginevra nie wahała się tego przyznać. Bruk może i był czysty, ale stragany, jakie dzisiaj tutaj stały, wyglądały właśnie tak, jakby ludzi nie było stać, by prezentować swoje wyroby. I łamało jej to serce. Do tego wszystkiego było zimno, zwłaszcza jej, otuliła się więc mocniej płaszczem – pytanie tylko pozostawało, czy ten chłód by spowodowany tym, że była nieprzywyknięta do jesiennej aury Anglii, czy chodziło o nastrój, jaki panowa na kiermaszu, czy jednak chodziło o niewyspanie.
Dzisiaj znowu miała koszmary i wierciła się w pościeli, a rano wstała zlana potem. Zaczęła bardzo nie lubić spania w domu dziadków. Od czasu Spalonej Nocy coś się wydarzyło… pojawiła się ta dziwna runa, pojawiły się koszmary… Gdy była w Walii na wykopaliskach – odpoczywała. Gdy wracała do dziadków, było jak dzisiaj: męczyła się. I to zmęczenie odbijało się gdzieś w jej twarzy, w cieniach pod oczami, zwykle niewidocznych, w nieco cięższym oddechu. Ta runa ją martwiła – bo nie widział jej nikt poza nią. Gdy próbowała pokazać babci, albo dziadkowi, ta jak na złość znikała, żeby pojawić się za jakiś czas w innym pomieszczeniu, jakby drwiła sobie z Ginny i śmiała jej się prosto w twarz, mówiąc „nie pokażesz mnie nikomu!”. Ale McGonagall postanowiła ją przechytrzyć i po prostu odrysowała jej kształt na kartkę papieru, o mało co nie pokazując później runie gestu ogólnie uznanego za obraźliwy (i wtedy pomyślała sobie, że chyba ma coś z głową, skoro prowadzi taki pojedynek z płonącą runą, ale nie mogła przecież pozwolić, żeby jakiś znaczek ją pokonał, nie?).
Ale nawet problemy ze snem nie zabiły ducha Ginewry – tego, który sprawiał, że gdy się uśmiechała, to całą sobą. Uśmiechnęła się więc na widok Cathala, i uśmiechała się do ludzi stojących za straganami, kiedy przechodzili obok lub zatrzymywali się, by coś tam obejrzeć.
– Tam chyba sprzedają cydr, masz ochotę? – zwróciła się do Cala, odwracając do niego głowę, którą zadarła lekko. Była wysoka, ale Cathal był jeszcze wyższy i nawet ona musiała zerkać w górę, jeśli chciała na niego spojrzeć. I była całkiem zadowolona, że po pierwsze: dał się wyciągnąć z domu, a po drugie, że przyszli na kiermasz – nawet nie prezentujący sobą dawnej świetności.