14.11.2025, 00:47 ✶
Zacisnąłem język za zębami, walcząc z uśmiechem, który próbował mi się wymknąć. Naturalnie, że zależało - nie umiałem nawet udawać, że jest inaczej. Wpatrywałem się w nią spod przymrużonych powiek, słuchając tego wszystkiego, co mi serwowała z tą swoją absolutnie niewinną miną, która nigdy w życiu nie zwiastowała niczego niewinnego. Ogień trzaskał, ciepło powoli wracało do palców, a ja… Cóż, jeśli wcześniej byłem na granicy, to teraz już wyraźnie czułem, jak coś we mnie drgało, niepokorne, znajome, całkiem ludzkie. Spojrzałem na nią, unosząc brew, i poczułem, jak powietrze w pokoju nagle staje się gęstsze, chociaż kominek szumiał i trzeszczał w tle, a wiatr jęczał w starym kominie.
- Zaleszy mi na tym, szebyś nie siedziała w moklych walstwach, bo za godzinę pszestaniesz byś seksowna, a zaczniesz kaszleś, jak staly gluślik. - Mruknąłem, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że to tylko połowa prawdy. Podniosłem brew. - Dbam o ciebie, a jeśli przy okazji mam mieś ładny widok, to chyba nie zblodnia. Zlesztą, mogę ci to łatwo udowodniś, powiedz tylko słowo. - Nie odwróciłem wzroku, nawet na moment. Słyszałem w jej głosie tę prowokację, miękką, niby przypadkową, ale wyjątkowo precyzyjną. Prudence nigdy nie robiła niczego bez świadomości skutków, nawet jeśli udawała, że to tylko niewinny komentarz. - Potlafię dotszymaś obietnicy. - Odparłem, nieco zbyt spokojnie, nieco zbyt poważnie. Przesunąłem dłonią po karku, udając, że poprawiam się w fotelu, chociaż w rzeczywistości próbowałem wrócić do jakiegokolwiek stanu równowagi. - Mimo sze niektóle s nich są ewidentnie nastawione na moją kszywdę. - Kąciki ust uniosły mi się wolno, prawie niedostrzegalnie - oczywiście, że przyszła pora na druzgotki. Oczywiście, nie był to żaden plan - nie wywabiłem jej nad jezioro, żeby skończyć razem przed kominkiem, ja osłabiony, a ona w wilgotnych ubraniach, ale nie mogłem zaprzeczyć, że gdyby los był ciut bardziej uprzejmy, wszystko potoczyłoby się inaczej. Przesunąłem dłonią po kocu, poprawiając go, żeby przykrył mnie lepiej.
- Och, oczywiście, że im ją złoszę. - W teorii żart, w praktyce miałem bardzo konkretne wyobrażenia na temat tego, jak wymierzyć im sprawiedliwość. Zerknąłem na nią uważniej, gdy przypomniała mi o „gwarancjach” - Merlinie, jak ona potrafiła to wykorzystać - uniosłem brew, powoli, teatralnie, tak jak robiłem to, gdy miałem siedemnaście lat i bardzo chciałem, żeby to zauważyła. Oparłem głowę z powrotem o fotel, czując, jak ciepło rozlewa się po ciele. Mimo zmęczenia głos miałem już bardziej stabilny, niż kilkanaście minut wcześniej.
- Widzisz, Plue. - Mruknąłem, a uśmiech stawał się coraz bardziej prowokujący. - Pludence… - Poprawiłem się chrapliwie, przeciągając słowo, jakby wina leżała w moim akcentowaniu, a nie w tym, że miałem w głowie najgorsze możliwe myśli. - To imię do ciebie nie pasuje. Nigdy nie pasowało. Mnie nie oszukasz, bo wiesz, sze ja wiem. - Odchyliłem się w fotelu, unosząc nogi ku ogniowi, i pozwoliłem, by w moim głosie pojawił się figlarny ton, tak charakterystyczny dla mnie, gdy naprawdę byłem sobą, a nie przykładałem zbyt wielkiej uwagi do konwenansów. - Gdybyśmy wtedy dali sobie szansę… - Przerwałem, pozwalając, by uśmiech lekko się rozciągnął. Chciałem, żeby poczuła, że jestem świadomy wszystkiego, co kryło się za jej pozornym chłodem. - Powiedzmy, sze pewnie całkiem zgrabnie koszystalibyśmy s pszywilejów pani plefekt naczelnej. Szkoda. - Nie chciałem, żeby brzmiało jak żart, było w tym coś więcej - świadomość czasu, który straciliśmy, i tego, że wciąż mogliśmy grać w tę grę, tylko… Na innych zasadach.
Wsunąłem dłonie głębiej pod koc, udając, że już niemal zdrzemnąłem się przy ogniu, ale jej słowa trafiły we mnie wyjątkowo celnie. Uniosłem powiekę, tylko jedną, powoli, z tym całym udawanym spokojem, który w praktyce niewiele miał wspólnego z tym, co działo się w środku.
- Widzę, sze wiesz, na czym polega cała zabawa. - Rzuciłem, unosząc brew i kierując wzrok na wilgotną odzież, którą jeszcze trzymała na sobie. Mój wzrok zatrzymał się na jej dłoniach, szyi, na drobnych szczegółach, które zdradzały więcej niż słowa. Nie było w tym ani grama pruderyjności, żadnej skrępowanej powściągliwości. Byliśmy tylko my i cała przestrzeń między nami, pełna możliwości, które, jeśli zechcemy, wciąż możemy eksplorować. - Chociasz, szczesze mówiąc, nie wiem, skąd wzięło się twoje załoszenie o moim doświadczeniu. - Roześmiałem się cicho, bezgłośnie, a moje spojrzenie powędrowało po jej twarzy. Przeniosłem wzrok na jej oczy, które wydawały się tak spokojne, a jednak pełne niedopowiedzianych rzeczy. - Fakt, mało kto wie, sze to nie jest tylko kwestia akcesoliów. To magia, lytuały, te wszystkie dlobne gesty, któle dla większości ludzi byłyby niezlozumiałe… - Powiedziałem z lekkością, unosząc brew. - Wiesz, jakie znaczenie ma kaszdy detal, kaszde pociągnięcie łańcuszka, kaszdy klótki gest palcem, nawet sposób, w jaki kogucie pióla poluszają się pszy luchu lęki… A potem ta siła, enelgia momentu. Jak tu nie zlozumieś czalnoksięstwa? - Cisza rozciągnęła się na chwilę, a ja tylko patrzyłem, czekając, aż jej spojrzenie spotka moje.
- Zaleszy mi na tym, szebyś nie siedziała w moklych walstwach, bo za godzinę pszestaniesz byś seksowna, a zaczniesz kaszleś, jak staly gluślik. - Mruknąłem, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że to tylko połowa prawdy. Podniosłem brew. - Dbam o ciebie, a jeśli przy okazji mam mieś ładny widok, to chyba nie zblodnia. Zlesztą, mogę ci to łatwo udowodniś, powiedz tylko słowo. - Nie odwróciłem wzroku, nawet na moment. Słyszałem w jej głosie tę prowokację, miękką, niby przypadkową, ale wyjątkowo precyzyjną. Prudence nigdy nie robiła niczego bez świadomości skutków, nawet jeśli udawała, że to tylko niewinny komentarz. - Potlafię dotszymaś obietnicy. - Odparłem, nieco zbyt spokojnie, nieco zbyt poważnie. Przesunąłem dłonią po karku, udając, że poprawiam się w fotelu, chociaż w rzeczywistości próbowałem wrócić do jakiegokolwiek stanu równowagi. - Mimo sze niektóle s nich są ewidentnie nastawione na moją kszywdę. - Kąciki ust uniosły mi się wolno, prawie niedostrzegalnie - oczywiście, że przyszła pora na druzgotki. Oczywiście, nie był to żaden plan - nie wywabiłem jej nad jezioro, żeby skończyć razem przed kominkiem, ja osłabiony, a ona w wilgotnych ubraniach, ale nie mogłem zaprzeczyć, że gdyby los był ciut bardziej uprzejmy, wszystko potoczyłoby się inaczej. Przesunąłem dłonią po kocu, poprawiając go, żeby przykrył mnie lepiej.
- Och, oczywiście, że im ją złoszę. - W teorii żart, w praktyce miałem bardzo konkretne wyobrażenia na temat tego, jak wymierzyć im sprawiedliwość. Zerknąłem na nią uważniej, gdy przypomniała mi o „gwarancjach” - Merlinie, jak ona potrafiła to wykorzystać - uniosłem brew, powoli, teatralnie, tak jak robiłem to, gdy miałem siedemnaście lat i bardzo chciałem, żeby to zauważyła. Oparłem głowę z powrotem o fotel, czując, jak ciepło rozlewa się po ciele. Mimo zmęczenia głos miałem już bardziej stabilny, niż kilkanaście minut wcześniej.
- Widzisz, Plue. - Mruknąłem, a uśmiech stawał się coraz bardziej prowokujący. - Pludence… - Poprawiłem się chrapliwie, przeciągając słowo, jakby wina leżała w moim akcentowaniu, a nie w tym, że miałem w głowie najgorsze możliwe myśli. - To imię do ciebie nie pasuje. Nigdy nie pasowało. Mnie nie oszukasz, bo wiesz, sze ja wiem. - Odchyliłem się w fotelu, unosząc nogi ku ogniowi, i pozwoliłem, by w moim głosie pojawił się figlarny ton, tak charakterystyczny dla mnie, gdy naprawdę byłem sobą, a nie przykładałem zbyt wielkiej uwagi do konwenansów. - Gdybyśmy wtedy dali sobie szansę… - Przerwałem, pozwalając, by uśmiech lekko się rozciągnął. Chciałem, żeby poczuła, że jestem świadomy wszystkiego, co kryło się za jej pozornym chłodem. - Powiedzmy, sze pewnie całkiem zgrabnie koszystalibyśmy s pszywilejów pani plefekt naczelnej. Szkoda. - Nie chciałem, żeby brzmiało jak żart, było w tym coś więcej - świadomość czasu, który straciliśmy, i tego, że wciąż mogliśmy grać w tę grę, tylko… Na innych zasadach.
Wsunąłem dłonie głębiej pod koc, udając, że już niemal zdrzemnąłem się przy ogniu, ale jej słowa trafiły we mnie wyjątkowo celnie. Uniosłem powiekę, tylko jedną, powoli, z tym całym udawanym spokojem, który w praktyce niewiele miał wspólnego z tym, co działo się w środku.
- Widzę, sze wiesz, na czym polega cała zabawa. - Rzuciłem, unosząc brew i kierując wzrok na wilgotną odzież, którą jeszcze trzymała na sobie. Mój wzrok zatrzymał się na jej dłoniach, szyi, na drobnych szczegółach, które zdradzały więcej niż słowa. Nie było w tym ani grama pruderyjności, żadnej skrępowanej powściągliwości. Byliśmy tylko my i cała przestrzeń między nami, pełna możliwości, które, jeśli zechcemy, wciąż możemy eksplorować. - Chociasz, szczesze mówiąc, nie wiem, skąd wzięło się twoje załoszenie o moim doświadczeniu. - Roześmiałem się cicho, bezgłośnie, a moje spojrzenie powędrowało po jej twarzy. Przeniosłem wzrok na jej oczy, które wydawały się tak spokojne, a jednak pełne niedopowiedzianych rzeczy. - Fakt, mało kto wie, sze to nie jest tylko kwestia akcesoliów. To magia, lytuały, te wszystkie dlobne gesty, któle dla większości ludzi byłyby niezlozumiałe… - Powiedziałem z lekkością, unosząc brew. - Wiesz, jakie znaczenie ma kaszdy detal, kaszde pociągnięcie łańcuszka, kaszdy klótki gest palcem, nawet sposób, w jaki kogucie pióla poluszają się pszy luchu lęki… A potem ta siła, enelgia momentu. Jak tu nie zlozumieś czalnoksięstwa? - Cisza rozciągnęła się na chwilę, a ja tylko patrzyłem, czekając, aż jej spojrzenie spotka moje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)