14.11.2025, 01:05 ✶
Stałem naprzeciw niej, jak ktoś obcy, chociaż przecież niosłem w sobie cały ciężar wspomnień, których nie potrafiłem zgasić. Prudence stała przede mną jak wyrzut sumienia, jak echo czegoś, co powinno pozostać zakopane. Zbyt wiele wiedziała - nawet te nieistotne, śmieszne drobiazgi, które kiedyś nas łączyły, a dziś paliły jak żar. Tygodniami widziałem, jak jej oczy próbują odnaleźć we mnie tego chłopca sprzed dwóch lat, ale on zniknął, przynajmniej na tyle, na ile potrafiłem go ukryć. Cisza między nami była ostra, jak zimowy poranek, dławiła gardło i ciążyła na sumieniu, ale nie zamierzałem pokazać, że cokolwiek czuję. Odpowiedź wznosiła się we mnie jak fala, dziecięca, naiwna, niepotrzebna. Zabiłem ją w zarodku, uniosłem podbródek, jakbym patrzył na kogoś, kto narzuca mi swoją obecność. Wychowany by nie zdradzać drgnienia serca, uzbroiłem twarz w prześmiewczą obojętność, tę starą, dobrze znaną maskę, którą ojciec wbijał we mnie latami.
- A jak mam patrzeć? - Mruknąłem w końcu, tonem, który sam w sobie był bolesny, suchy, chłodny jak kamień. - Stoisz mi na drodze. Zakładam, że po to, żeby być pierwsza, co… Pozwolę sobie nadmienić… Się nie wydarzy. Mam trening. - To kłamstwo przeszło mi przez gardło zbyt łatwo. Głos brzmiał obco, ale trzymał mnie w pionie, pozwalał zasłonić wszystko, co kotłowało się pod żebrami. Ona nie musiała wiedzieć, że serce zabiło mi szybciej, gdy tylko, chwilę wcześniej, zbliżyła się o krok korytarzem.
Drzwi gabinetu profesora ani drgnęły, jakby los drwił sobie z nas, zmuszając do stania w tej męczącej bliskości. Ktoś w środku najwyraźniej potrzebował długiej rozmowy - dłuższej, niż mogłem znieść stojąc tu, z Prudence tuż przede mną. Niemal czułem jej oddech, widziałem drganie rzęs, pieprzyk na policzku - każdy szczegół wbijał się we mnie jak szpilka.
- Nie dramatyzuj. - Parsknąłem, tonem, którego nienawidziłem, a który jednak tak łatwo mi przychodził, gdy musiałem trzymać wszystko w ryzach. Odwróciłem wzrok, jakby to ona była winna temu całemu bałaganowi, jakbym to ja był tu stroną skrzywdzoną. Ręce wsunąłem w kieszenie, żeby nikt - a w szczególności ona - nie dostrzegł, jak drżą. Wiedziała o mnie zbyt wiele - co mnie bawiło, co doprowadzało do szału, jakie gumy żułem w stresie. A ja znałem ją tak samo dobrze - to było jak trucizna pod językiem - świadomość, że te rzeczy wciąż istniały, chociaż udawałem, że nie.
- A jak mam patrzeć? - Mruknąłem w końcu, tonem, który sam w sobie był bolesny, suchy, chłodny jak kamień. - Stoisz mi na drodze. Zakładam, że po to, żeby być pierwsza, co… Pozwolę sobie nadmienić… Się nie wydarzy. Mam trening. - To kłamstwo przeszło mi przez gardło zbyt łatwo. Głos brzmiał obco, ale trzymał mnie w pionie, pozwalał zasłonić wszystko, co kotłowało się pod żebrami. Ona nie musiała wiedzieć, że serce zabiło mi szybciej, gdy tylko, chwilę wcześniej, zbliżyła się o krok korytarzem.
Drzwi gabinetu profesora ani drgnęły, jakby los drwił sobie z nas, zmuszając do stania w tej męczącej bliskości. Ktoś w środku najwyraźniej potrzebował długiej rozmowy - dłuższej, niż mogłem znieść stojąc tu, z Prudence tuż przede mną. Niemal czułem jej oddech, widziałem drganie rzęs, pieprzyk na policzku - każdy szczegół wbijał się we mnie jak szpilka.
- Nie dramatyzuj. - Parsknąłem, tonem, którego nienawidziłem, a który jednak tak łatwo mi przychodził, gdy musiałem trzymać wszystko w ryzach. Odwróciłem wzrok, jakby to ona była winna temu całemu bałaganowi, jakbym to ja był tu stroną skrzywdzoną. Ręce wsunąłem w kieszenie, żeby nikt - a w szczególności ona - nie dostrzegł, jak drżą. Wiedziała o mnie zbyt wiele - co mnie bawiło, co doprowadzało do szału, jakie gumy żułem w stresie. A ja znałem ją tak samo dobrze - to było jak trucizna pod językiem - świadomość, że te rzeczy wciąż istniały, chociaż udawałem, że nie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)