14.11.2025, 03:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2025, 03:06 przez Benjy Fenwick.)
Pamiętała - oczywiście, że pamiętała, już do tego dotarliśmy - była tą, która pamiętała zawsze więcej, niż chciała, i zawsze bardziej szczegółowo, niż powinna. A ja? Udawałem, że pamiętam mniej, ale każde cholernie niechciane wspomnienie było jak drzazga pod skórą - niby nic wielkiego, ale raz na jakiś czas potrafiło wpieprzyć się naprawdę głęboko, boleśnie, w zupełnie nieodpowiednim miejscu. Na moment ścisnęło mnie w środku, jakby ktoś palcem dotknął starego, ledwo zagojonego miejsca. Nie wiedziałem, czy chciałem wracać do tamtych chwil - chyba nie, na pewno nie, ale przy niej zawsze wychodziło to samo, jedno słowo wystarczyło, żeby cała szuflada wspomnień wysunęła się na oścież, czy tego chciałem, czy nie. Nigdy tego nie robiła specjalnie, po prostu taka była, w jej głosie zawsze kryła się jakaś miękka nuta, która potrafiła odpinać wszystkie moje starannie pozapinane zatrzaski. Tak funkcjonowaliśmy - dwójka ludzi, którzy nauczyli się, że najpierw pojawia się wspomnienie, potem dokładamy do niego drugie, a jeszcze zanim się zorientujemy, stoimy w połowie drogi, pytając, kto właściwie prowadził do tego miejsca rozmowę.
Talenty. Jasne.
- Podzielność uwagi? - Wygiąłem kącik ust w coś, co pewnie miało przypominać uśmiech, ale w moim wykonaniu zwykle wychodziło jak drwina. - Pamiętam twoją podzielność uwagi. Pamiętam tesz, jak plawie spadłaś ze schodów, bo jednocześnie udowadniałaś mi swoją lasję i plóbowałaś uklaść mi ksiąszkę. - Niezbyt uczciwie nie dodałem, że jej własną, nie moją, ale przecież pamiętała takie szczegóły, jak wszystko - ja celowo je pominąłem. Wzruszyłem ramionami. - Tak, wiem, widziałaś. Nie byłaś wtedy asz tak dobla w udawaniu, jak ci się wydawało. - Nie chciałem jej nic wytykać. Raczej… Wręcz przeciwnie. Tym razem było w tym coś ciepłego. Fakt, że wtedy też coś widziała, i że ja też widziałem.
Rumieniec, który rozlał się po jej policzkach, był wyjątkowo prawdziwy, zbyt dostrzegalny, nieskrywany, jak na Prue sprzed lat, ta dawna w życiu nie pozwoliłaby sobie na coś tak otwartego, już prędzej rzuciłaby we mnie książką, no, gdyby była w stanie mi ją odebrać. Teraz tylko się uśmiechała, trochę zbyt delikatnie, jak na kogoś, kto przez lata wyglądał, jakby mógłby mnie udusić gołymi rękami. Uśmiechnąłem się pod nosem, ale tylko na sekundę, jej „skoro tak mówisz” zabrzmiało lekko, prawie żartobliwie, ale ja nie żartowałem, gdybym nie mówił poważnie, nigdy bym tego nie powiedział.
Moment później, na jej wniosek, parsknąłem pod nosem, bo gdyby wiedziała, jaki chaos miałem w głowie, jak bardzo czasem prowadziłem tę całą grę na ślepo, chyba przestałaby się tak opierać na tej mojej pewności, ale nie - dla niej wszystko, co robiłem, wyglądało tak, jakbym panował nad sytuacją, a ja po prostu umiałem szybciej ukrywać własne pomyłki, niż inni. Udawanie było u mnie raczej instynktem, niż strategią, ale faktem było, że wiedziałem, co robić, wiedziałem, jak się zachować, wiedziałem, jak poskładać sytuację, zanim ktokolwiek zdążył spanikować. Nie dlatego, że byłem bohaterem, tylko dlatego, że życie nie zostawiło mi innego wyboru.
Zauważyłem ten moment, gdy w jej oczach błysnęło coś, co przypominało stare, znajome spojrzenie - to, które widywałem, gdy doprowadzaliśmy się nawzajem do białej gorączki, każde słowo było prowokacją, a każde spojrzenie bronią. Teraz jednak tamten błysk nie miał w sobie agresji, był jak echo przeszłości, zabarwione tym, że przeszliśmy już przez zbyt wiele, żeby reagować impulsywnie, no, przynajmniej pod tym względem.
- Ja tesz się s tego cieszę. - Uśmiechnąłem się pod nosem, ledwie zauważalnie, bo to było prawdziwe, w końcu. Nie musiała mi tego mówić - wiedziałem, że zawsze dostrzegała to, co ja nie zawsze chciałem przyznać. Czasem w tej grze między nami chodziło o coś więcej niż zwykłe „masz rację, a ja nie”. Teraz było prościej, bo nie musieliśmy już udawać wrogów. Ta nasza „rywalizacja”… Tak, przychodziła nam zbyt łatwo. Za łatwo. Wystarczyło pół zdania, jeden błysk w jej oku, a w moim ciele zapalała się dokładnie ta sama iskra, którą znałem sprzed lat. Nie było już w tym jadu, nie było potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek, a jednak dynamika została. Teraz była lżejsza, swobodniejsza, momentami wręcz… uzależniająca. Prue była jedną z nielicznych osób, które potrafiły wywołać u mnie autentyczne rozbawienie zwykłą uwagą, potrafiła jednym uśmiechem sprawić, że reszta świata naprawdę przestawała istnieć, to było niebezpieczne, nawet jeśli oboje udawaliśmy, że wcale nie - cholernie trudno było przy niej pamiętać, że to wszystko miało termin ważności. Kiedyś między nami istniała pewna granica, mur zbudowany z rywalizacji i starych pretensji. Teraz mur ten chylił się ku upadkowi, a ja obserwowałem, jak spadają kolejne cegły.
Nie musiałem mówić głośno tego, co przyszło mi do głowy. Ona i ja, to, co mieliśmy, nie miało trwać wiecznie. Każdy gest, każde słowo, każdy mały kompromis - wszystko to było chwilowe. Widziałem, jak jej mina nagle stopniała, jak wygięły jej się usta, jakbym właśnie powiedział coś w rodzaju - „Spalimy las.” - a ja tylko zasugerowałem, że nie adoptujemy dzikiego zwierzęcia. Zerknąłem na jej profil, gdy mówiła do zwierzątka, tłumacząc mu jak dziecku, dlaczego nie może iść z nami. To było bardziej dla niej niż dla niego - wiedziałem to. Widok tego, jak na sekundę przygasła, pozostawił mi coś w klatce piersiowej, czego wcale nie chciałem czuć. W innym życiu, w innym czasie, w innym „my”… Może naprawdę wrócilibyśmy do domu z borsukiem pod pachą. Może byśmy się kłócili o imię dla niego, może… Nie. Przerwałem własną myśl, zanim posunęła się za daleko. Na tym etapie najlepiej było nie ciągnąć tego dalej - nie tutaj, nie teraz, nie kiedy mieliśmy przed sobą całą drogę, a za sobą całą historię, którą można było zbudzić jednym niepotrzebnym słowem.
- Jeśli dalszy plan polega na tym, sze przekonamy bolsuka, szeby poszedł s nami do lasu, to jest to najbalsiej optymistyczny plan, jaki kiedykolwiek stwoszyłaś, Słoneczko. - Powiedziałem, unosząc brew, było w tym stwierdzeniu tyle ironii, ile czułości, tyle realizmu, ile niedosłowności. Uśmiechnąłem się pod nosem, niedowierzająco, bo oto staliśmy tu, dwoje ludzi, którzy zbyt wiele widzieli, zbyt wiele przeszli, a teraz mieli wytargować od zwierzęcia zgodę na coś tak banalnego jak przejście dalej. Jabłkiem i dobrą gadką motywacyjną. Realistycznie patrząc, szanse były marne, ale patrzyłem na nią i wiedziałem, z jakiegoś powodu wiedziałem, że jeśli ona uwierzy, borsuk uwierzy. Problem w tym, że dla niej, w tej sytuacji, to ja byłem tym, który miał szansę „namówić” zwierzątko, chociaż sam, oczywiście, nie miałem złudzeń, że w rzeczywistości to jej energia była bardziej wpływowa.
- Nie jestem… - Zacząłem, po czym się rozmyśliłem, nie było sensu mówić, że nie jestem przekonujący, Prue i tak by zaprzeczyła, i jeszcze próbowała mi to udowodnić. - Sun, ja umiem być pszekonujący tylko dla ludzi. Zazwyczaj takich, któszy wiedzą, sze walto mnie słuchaś, jeśli chcą wlóciś do domu w jednym kawałku. Nawet jeśli to ostatnie mogłoby się tu zgadzaś, to i tak, bolsuk nie losumie języka, a ja nie jestem bolsuczym Figgiem. Nie upiekę mu szalotki, nie zasugeluję powlotu do domu. - Mruknąłem, próbując nie brzmieć jak całkowity cynik. Byłem realistą, nie romantykiem, ale nawet ja musiałem przyznać, że jej determinacja była wciągająca. Wreszcie zgodziłem się, bez dalszego gadania, unosząc ręce w geście bezradności. Pochyliłem się lekko, opierając dłonie o uda. - Posłuchaj, mały. - Zacząłem tonem człowieka, który negocjował z bytami, czarnoksiężnikami i handlarzami zakazanych przedmiotów, więc borsuk nie był dla mnie przeszkodą. - Jeśli pójdziesz plosto, wlócisz do lasu, w któlym są inne bolsuki. Jeśli pójdziesz s nami, tlafisz na ludzi, a ludzie są golsi. Wiem, bo sam nim jestem. M’kay? - No, chyba nie. Borsuk patrzył na mnie jak na kompletnego idiotę, nawet nie, jak na niebezpiecznego idiotę, po prostu na idiotę - może miał rację. Zakląłem pod nosem, co samo w sobie było upadkiem moralnym, bo zrobiłem to przy borsuczym nieletnim - nie to, by mnie to kiedykolwiek obchodziło przy ludzkich dzieciakach. No, może poza Fabianem - z wiadomych względów.
Talenty. Jasne.
- Podzielność uwagi? - Wygiąłem kącik ust w coś, co pewnie miało przypominać uśmiech, ale w moim wykonaniu zwykle wychodziło jak drwina. - Pamiętam twoją podzielność uwagi. Pamiętam tesz, jak plawie spadłaś ze schodów, bo jednocześnie udowadniałaś mi swoją lasję i plóbowałaś uklaść mi ksiąszkę. - Niezbyt uczciwie nie dodałem, że jej własną, nie moją, ale przecież pamiętała takie szczegóły, jak wszystko - ja celowo je pominąłem. Wzruszyłem ramionami. - Tak, wiem, widziałaś. Nie byłaś wtedy asz tak dobla w udawaniu, jak ci się wydawało. - Nie chciałem jej nic wytykać. Raczej… Wręcz przeciwnie. Tym razem było w tym coś ciepłego. Fakt, że wtedy też coś widziała, i że ja też widziałem.
Rumieniec, który rozlał się po jej policzkach, był wyjątkowo prawdziwy, zbyt dostrzegalny, nieskrywany, jak na Prue sprzed lat, ta dawna w życiu nie pozwoliłaby sobie na coś tak otwartego, już prędzej rzuciłaby we mnie książką, no, gdyby była w stanie mi ją odebrać. Teraz tylko się uśmiechała, trochę zbyt delikatnie, jak na kogoś, kto przez lata wyglądał, jakby mógłby mnie udusić gołymi rękami. Uśmiechnąłem się pod nosem, ale tylko na sekundę, jej „skoro tak mówisz” zabrzmiało lekko, prawie żartobliwie, ale ja nie żartowałem, gdybym nie mówił poważnie, nigdy bym tego nie powiedział.
Moment później, na jej wniosek, parsknąłem pod nosem, bo gdyby wiedziała, jaki chaos miałem w głowie, jak bardzo czasem prowadziłem tę całą grę na ślepo, chyba przestałaby się tak opierać na tej mojej pewności, ale nie - dla niej wszystko, co robiłem, wyglądało tak, jakbym panował nad sytuacją, a ja po prostu umiałem szybciej ukrywać własne pomyłki, niż inni. Udawanie było u mnie raczej instynktem, niż strategią, ale faktem było, że wiedziałem, co robić, wiedziałem, jak się zachować, wiedziałem, jak poskładać sytuację, zanim ktokolwiek zdążył spanikować. Nie dlatego, że byłem bohaterem, tylko dlatego, że życie nie zostawiło mi innego wyboru.
Zauważyłem ten moment, gdy w jej oczach błysnęło coś, co przypominało stare, znajome spojrzenie - to, które widywałem, gdy doprowadzaliśmy się nawzajem do białej gorączki, każde słowo było prowokacją, a każde spojrzenie bronią. Teraz jednak tamten błysk nie miał w sobie agresji, był jak echo przeszłości, zabarwione tym, że przeszliśmy już przez zbyt wiele, żeby reagować impulsywnie, no, przynajmniej pod tym względem.
- Ja tesz się s tego cieszę. - Uśmiechnąłem się pod nosem, ledwie zauważalnie, bo to było prawdziwe, w końcu. Nie musiała mi tego mówić - wiedziałem, że zawsze dostrzegała to, co ja nie zawsze chciałem przyznać. Czasem w tej grze między nami chodziło o coś więcej niż zwykłe „masz rację, a ja nie”. Teraz było prościej, bo nie musieliśmy już udawać wrogów. Ta nasza „rywalizacja”… Tak, przychodziła nam zbyt łatwo. Za łatwo. Wystarczyło pół zdania, jeden błysk w jej oku, a w moim ciele zapalała się dokładnie ta sama iskra, którą znałem sprzed lat. Nie było już w tym jadu, nie było potrzeby udowadniania sobie czegokolwiek, a jednak dynamika została. Teraz była lżejsza, swobodniejsza, momentami wręcz… uzależniająca. Prue była jedną z nielicznych osób, które potrafiły wywołać u mnie autentyczne rozbawienie zwykłą uwagą, potrafiła jednym uśmiechem sprawić, że reszta świata naprawdę przestawała istnieć, to było niebezpieczne, nawet jeśli oboje udawaliśmy, że wcale nie - cholernie trudno było przy niej pamiętać, że to wszystko miało termin ważności. Kiedyś między nami istniała pewna granica, mur zbudowany z rywalizacji i starych pretensji. Teraz mur ten chylił się ku upadkowi, a ja obserwowałem, jak spadają kolejne cegły.
Nie musiałem mówić głośno tego, co przyszło mi do głowy. Ona i ja, to, co mieliśmy, nie miało trwać wiecznie. Każdy gest, każde słowo, każdy mały kompromis - wszystko to było chwilowe. Widziałem, jak jej mina nagle stopniała, jak wygięły jej się usta, jakbym właśnie powiedział coś w rodzaju - „Spalimy las.” - a ja tylko zasugerowałem, że nie adoptujemy dzikiego zwierzęcia. Zerknąłem na jej profil, gdy mówiła do zwierzątka, tłumacząc mu jak dziecku, dlaczego nie może iść z nami. To było bardziej dla niej niż dla niego - wiedziałem to. Widok tego, jak na sekundę przygasła, pozostawił mi coś w klatce piersiowej, czego wcale nie chciałem czuć. W innym życiu, w innym czasie, w innym „my”… Może naprawdę wrócilibyśmy do domu z borsukiem pod pachą. Może byśmy się kłócili o imię dla niego, może… Nie. Przerwałem własną myśl, zanim posunęła się za daleko. Na tym etapie najlepiej było nie ciągnąć tego dalej - nie tutaj, nie teraz, nie kiedy mieliśmy przed sobą całą drogę, a za sobą całą historię, którą można było zbudzić jednym niepotrzebnym słowem.
- Jeśli dalszy plan polega na tym, sze przekonamy bolsuka, szeby poszedł s nami do lasu, to jest to najbalsiej optymistyczny plan, jaki kiedykolwiek stwoszyłaś, Słoneczko. - Powiedziałem, unosząc brew, było w tym stwierdzeniu tyle ironii, ile czułości, tyle realizmu, ile niedosłowności. Uśmiechnąłem się pod nosem, niedowierzająco, bo oto staliśmy tu, dwoje ludzi, którzy zbyt wiele widzieli, zbyt wiele przeszli, a teraz mieli wytargować od zwierzęcia zgodę na coś tak banalnego jak przejście dalej. Jabłkiem i dobrą gadką motywacyjną. Realistycznie patrząc, szanse były marne, ale patrzyłem na nią i wiedziałem, z jakiegoś powodu wiedziałem, że jeśli ona uwierzy, borsuk uwierzy. Problem w tym, że dla niej, w tej sytuacji, to ja byłem tym, który miał szansę „namówić” zwierzątko, chociaż sam, oczywiście, nie miałem złudzeń, że w rzeczywistości to jej energia była bardziej wpływowa.
- Nie jestem… - Zacząłem, po czym się rozmyśliłem, nie było sensu mówić, że nie jestem przekonujący, Prue i tak by zaprzeczyła, i jeszcze próbowała mi to udowodnić. - Sun, ja umiem być pszekonujący tylko dla ludzi. Zazwyczaj takich, któszy wiedzą, sze walto mnie słuchaś, jeśli chcą wlóciś do domu w jednym kawałku. Nawet jeśli to ostatnie mogłoby się tu zgadzaś, to i tak, bolsuk nie losumie języka, a ja nie jestem bolsuczym Figgiem. Nie upiekę mu szalotki, nie zasugeluję powlotu do domu. - Mruknąłem, próbując nie brzmieć jak całkowity cynik. Byłem realistą, nie romantykiem, ale nawet ja musiałem przyznać, że jej determinacja była wciągająca. Wreszcie zgodziłem się, bez dalszego gadania, unosząc ręce w geście bezradności. Pochyliłem się lekko, opierając dłonie o uda. - Posłuchaj, mały. - Zacząłem tonem człowieka, który negocjował z bytami, czarnoksiężnikami i handlarzami zakazanych przedmiotów, więc borsuk nie był dla mnie przeszkodą. - Jeśli pójdziesz plosto, wlócisz do lasu, w któlym są inne bolsuki. Jeśli pójdziesz s nami, tlafisz na ludzi, a ludzie są golsi. Wiem, bo sam nim jestem. M’kay? - No, chyba nie. Borsuk patrzył na mnie jak na kompletnego idiotę, nawet nie, jak na niebezpiecznego idiotę, po prostu na idiotę - może miał rację. Zakląłem pod nosem, co samo w sobie było upadkiem moralnym, bo zrobiłem to przy borsuczym nieletnim - nie to, by mnie to kiedykolwiek obchodziło przy ludzkich dzieciakach. No, może poza Fabianem - z wiadomych względów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)