14.11.2025, 10:37 ✶
– Wasz dom spłonął przez Voldemorta i śmierciożerców – sprostowała, sięgając ku chłodnej dłoni Victorii, by ją uścisnąć. Może to nie był dobry moment na takie gesty, ale Brenna postąpiła instynktownie.
Nawet jeśli ktoś obrał ich za cel – może i ten, kto walczył z nią w Limbo, w ramach pewnego rodzaju zemsty – odnosiła wrażenie, że niektóre budynku zaatakowano celowo, ale inne ucierpiały, bo po prostu Voldemort rozpętał zbyt potężną magię. Jeżeli nawet mogli jakieś miejsca ochronić, to zbyt wiele celów ataku nie miało sensu: spłonął niejeden dom czystokrwistych, a oni sami ucierpieli nie tylko od ataków mugolaków… ogarniętych czy to rozpaczą czy szaleństwem wywołanym przez popiół, które namieszało i w głowie Brenny. Równie dobrze ktoś mógł chcieć dać Lestrange ostrzeżenie, jak i zwyczajnie mieli pecha, bo wiatr przywiał ogień z płonącego sadu, ale niezależnie od tego, jaka była prawda: Victoria nie ponosiła za to winy.
– Spróbuję… spróbuję to sprawdzić, chociaż mogło minąć już za dużo czasu.
Nie spróbowała widmowidzenia od razu, bo zwyczajnie jeszcze wtedy się bała, jak zareaguje na ogień. Miała za sobą wizytę u hipnotyzerki, ale co z tego, skoro to, co stało się w gabinecie, pozostawiło ją z obawą przed samą sobą? Nawet teraz zaproponowała, aby wzięły te papiery tutaj, zamiast robić nadgodziny w samym biurze, bo zdawało się jej to bezpieczniejsze. Ale mogła spróbować ponownie, podobnie jak poszukać tropu, znajomego zapachu, pod wilczą postacią. Zdawało się jej, że nie ma to sensu, jeśli ktoś z Londynu ot podrzucił im tę dziwną pamiątkę… ale skoro Lestrange’ów tez uszczęśliwiono w ten sposób… Może tkwiło w tym coś więcej.
– Och… O nim nie pomyślałam… Cholerny Departament Tajemnic, złożyłam na ten temat całe stosy raportów, oferowałam wspomnienia, bo pewnie mają jakąś myślodsiewnię, a oni nie odezwali się słowem. Chociaż „ktoś rani kogoś w snach” wydaje mi się totalnie pracą dla jednej z ich Komnat – mruknęła. Dziwna magia. Z dziwną magią szło się do Departamentu Tajemnic, prawda? Ministerstwo przecież płaciło im za cos poza byciem tajemniczym. – Wychodzimy i powiadamiamy Ministerstwo?
Nie miały przy sobie aparatu, rękawiczek, pojemników, a może robiły z igły widły i ktoś na tym bębnie zabił parę szczurów, ale trzeba było sprawdzić, czy to nie ludzka krew. A jeżeli tak, to z miejscem zbrodni należało obchodzić się w określony sposób.
– W ogóle… Jednak jesteś zaręczona? – dorzuciła jeszcze, absolutnie beznadziejny moment, ale skoro zamieszkali razem z Saurielem, to pytanie jakoś cisnęło się do głowy, a nie zadała go do tej pory, bo trochę ją rozproszyły te wszystkie ołtarze i dywagacje o afrykańskich czarnoksiężnikach.
Nawet jeśli ktoś obrał ich za cel – może i ten, kto walczył z nią w Limbo, w ramach pewnego rodzaju zemsty – odnosiła wrażenie, że niektóre budynku zaatakowano celowo, ale inne ucierpiały, bo po prostu Voldemort rozpętał zbyt potężną magię. Jeżeli nawet mogli jakieś miejsca ochronić, to zbyt wiele celów ataku nie miało sensu: spłonął niejeden dom czystokrwistych, a oni sami ucierpieli nie tylko od ataków mugolaków… ogarniętych czy to rozpaczą czy szaleństwem wywołanym przez popiół, które namieszało i w głowie Brenny. Równie dobrze ktoś mógł chcieć dać Lestrange ostrzeżenie, jak i zwyczajnie mieli pecha, bo wiatr przywiał ogień z płonącego sadu, ale niezależnie od tego, jaka była prawda: Victoria nie ponosiła za to winy.
– Spróbuję… spróbuję to sprawdzić, chociaż mogło minąć już za dużo czasu.
Nie spróbowała widmowidzenia od razu, bo zwyczajnie jeszcze wtedy się bała, jak zareaguje na ogień. Miała za sobą wizytę u hipnotyzerki, ale co z tego, skoro to, co stało się w gabinecie, pozostawiło ją z obawą przed samą sobą? Nawet teraz zaproponowała, aby wzięły te papiery tutaj, zamiast robić nadgodziny w samym biurze, bo zdawało się jej to bezpieczniejsze. Ale mogła spróbować ponownie, podobnie jak poszukać tropu, znajomego zapachu, pod wilczą postacią. Zdawało się jej, że nie ma to sensu, jeśli ktoś z Londynu ot podrzucił im tę dziwną pamiątkę… ale skoro Lestrange’ów tez uszczęśliwiono w ten sposób… Może tkwiło w tym coś więcej.
– Och… O nim nie pomyślałam… Cholerny Departament Tajemnic, złożyłam na ten temat całe stosy raportów, oferowałam wspomnienia, bo pewnie mają jakąś myślodsiewnię, a oni nie odezwali się słowem. Chociaż „ktoś rani kogoś w snach” wydaje mi się totalnie pracą dla jednej z ich Komnat – mruknęła. Dziwna magia. Z dziwną magią szło się do Departamentu Tajemnic, prawda? Ministerstwo przecież płaciło im za cos poza byciem tajemniczym. – Wychodzimy i powiadamiamy Ministerstwo?
Nie miały przy sobie aparatu, rękawiczek, pojemników, a może robiły z igły widły i ktoś na tym bębnie zabił parę szczurów, ale trzeba było sprawdzić, czy to nie ludzka krew. A jeżeli tak, to z miejscem zbrodni należało obchodzić się w określony sposób.
– W ogóle… Jednak jesteś zaręczona? – dorzuciła jeszcze, absolutnie beznadziejny moment, ale skoro zamieszkali razem z Saurielem, to pytanie jakoś cisnęło się do głowy, a nie zadała go do tej pory, bo trochę ją rozproszyły te wszystkie ołtarze i dywagacje o afrykańskich czarnoksiężnikach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.