14.11.2025, 11:49 ✶
Wcale nie miał ochoty tu być nie tylko dlatego, że uważał, że urządzanie suto zakrapianych przyjęć było głupotą. Nie chciał tu być z naprawdę wielu powodów - alkohol to trucizna, ludzie po nim zachowywali się gorzej niż zwykle, a on kochał ciszę. Poza tym miał dużo pracy i gdyby nie to, że ojciec kazał mu się tu zjawić, to najchętniej zaszyłby się w swoim gabinecie i przeglądał kolejne wyniki badań. Był też jeden powód. Od kilku tygodni z tyłu jego głowy uwierała go pewna osoba. Jej imię wypływało co i rusz na powierzchnię świadomości, mimo że uparcie je topił. Jej głębokie spojrzenie prześladowało go w najmniej oczekiwanych momentach dnia, równo ułożone, ciemne pukle goniły jego wspomnienia jak szalone.
Był wściekły - po tym, jak go potraktowała na początku września, a potem kontynuowała swoje zachowanie przez kolejne tygodnie mimo faktu, że uratował jej życie, powinien dawno zakopać o niej wspomnienia. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafił. Planował zaszyć się w jednym z pokoi i być może poprzeglądać rzeczy, które Arthur zdążył zgromadzić, gdy uderzenie w klatkę piersiową wyrwało go z zamyślenia.
- Ty... - syknął, a jego spojrzenie pociemniało. Nie dlatego, że koszula, którą miał na sobie, była do wyrzucenia - kolejna, co za różnica? - lecz dlatego, że była ostatnią osobą, którą spodziewał się tu zastać. To miało być kameralne przyjęcie, nie miał pojęcia że Astoria przyjaźniła się z kimkolwiek z tej rodziny. Nie, nie Astoria - poprawił się w myślach. Panna Avery.
Powiedzieć, że uraziła jego dumę, to jakby nie powiedzieć nic. Dawno nie poczuł takiej niewdzięczności od nikogo, mimo że z reguły nie ufał ludziom. Dopuszczał do siebie niewielki krąg osób, którym pokazywał swoją prawdziwą twarz - i gdy to robił, ludzie niemalże od razu się zadurzali w tej wersji, o dziwo: prawdziwej. Tylko nie ona. Ona go odrzuciła, a potem miała czelność zmienić zdanie. Ale było już za późno. Rodolphus Lestrange nie błagał o atencję. Takich jak ona mógłby mieć na pęczki.
A więc dlaczego nadal był sam?
Gdy na niego wpadła, odruchowo wyciągnął rękę i podtrzymał ją w talii, żeby nie odbiła się od jego ciała jak szmaciana lalka.
- Proszę uważać, panno Avery, pełno tu szklanych przedmiotów, które mogłyby panią zranić - rzucił sucho, z wyraźną urazą w głosie. Puścił ją, pozwalając by mogła się odsunąć. Wystarczyłoby, żeby wpadła na jednego ze służących z tacą pełną szklanych kieliszków i nieszczęście gotowe. Spojrzał na nią uważnie, chcąc ocenić stan jej trzeźwości. To był odruch - powinien po prostu sobie pójść, ale nie mógł nie upewnić się, że z kobietą było wszystko w porządku. Ostrożnie uniósł dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął chustkę, którą przetarł szyję. Kilka kropel wina i jego własnego szampana zrosiła skórę. Kiedy ludzie przestaną oblewać go alkoholem? To jakieś rytuał, o którym nie miał pojęcia? Chichot losu?
Był wściekły - po tym, jak go potraktowała na początku września, a potem kontynuowała swoje zachowanie przez kolejne tygodnie mimo faktu, że uratował jej życie, powinien dawno zakopać o niej wspomnienia. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafił. Planował zaszyć się w jednym z pokoi i być może poprzeglądać rzeczy, które Arthur zdążył zgromadzić, gdy uderzenie w klatkę piersiową wyrwało go z zamyślenia.
- Ty... - syknął, a jego spojrzenie pociemniało. Nie dlatego, że koszula, którą miał na sobie, była do wyrzucenia - kolejna, co za różnica? - lecz dlatego, że była ostatnią osobą, którą spodziewał się tu zastać. To miało być kameralne przyjęcie, nie miał pojęcia że Astoria przyjaźniła się z kimkolwiek z tej rodziny. Nie, nie Astoria - poprawił się w myślach. Panna Avery.
Powiedzieć, że uraziła jego dumę, to jakby nie powiedzieć nic. Dawno nie poczuł takiej niewdzięczności od nikogo, mimo że z reguły nie ufał ludziom. Dopuszczał do siebie niewielki krąg osób, którym pokazywał swoją prawdziwą twarz - i gdy to robił, ludzie niemalże od razu się zadurzali w tej wersji, o dziwo: prawdziwej. Tylko nie ona. Ona go odrzuciła, a potem miała czelność zmienić zdanie. Ale było już za późno. Rodolphus Lestrange nie błagał o atencję. Takich jak ona mógłby mieć na pęczki.
A więc dlaczego nadal był sam?
Gdy na niego wpadła, odruchowo wyciągnął rękę i podtrzymał ją w talii, żeby nie odbiła się od jego ciała jak szmaciana lalka.
- Proszę uważać, panno Avery, pełno tu szklanych przedmiotów, które mogłyby panią zranić - rzucił sucho, z wyraźną urazą w głosie. Puścił ją, pozwalając by mogła się odsunąć. Wystarczyłoby, żeby wpadła na jednego ze służących z tacą pełną szklanych kieliszków i nieszczęście gotowe. Spojrzał na nią uważnie, chcąc ocenić stan jej trzeźwości. To był odruch - powinien po prostu sobie pójść, ale nie mógł nie upewnić się, że z kobietą było wszystko w porządku. Ostrożnie uniósł dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął chustkę, którą przetarł szyję. Kilka kropel wina i jego własnego szampana zrosiła skórę. Kiedy ludzie przestaną oblewać go alkoholem? To jakieś rytuał, o którym nie miał pojęcia? Chichot losu?