24.02.2023, 13:36 ✶
Rzeczywiście, było w tym coś ironicznego. To życie Ulyssesa mogłoby wydawać się postronnym nudne. Tymczasem owszem, Cathal podróżował. Czasem wchodził do starożytnych komnat czarodziejów, pełnych klątw, zaklętych posągów i pułapek. Ale też spędzał miesiące w namiocie, rozszyfrowując inskrypcje albo siedząc nad kilkoma starymi talerzami. A Rookwood? On każdego dnia miał świadomość, że w piwnicy jego domu mieszka najpotężniejszy czarnoksiężnik wszechczasów.
Cathal, na całe szczęście, choć przeczuwał, że od innych Rookwoodów powinien trzymać się z dala – za długo znał Ulyssesa, aby tego nie wiedzieć – o tym nie miał pojęcia.
- Nie do końca. Ministerstwo pojawiło się, by zająć się mugolami i tak dalej. Może nawet był tam ktoś z twojego wydziału? – zastanowił się. – Okazało się, że to czarodziejska wioska, więc nikt nie chce, żeby pakowali się tam mugole. Ministerstwo nie ma czasu i możliwości tam kopać, więc oni mają zająć się rzucaniem obliviate i confundusów na osoby, które miały tam pracować, a my mamy zrobić resztę. Shafiqowie zgodzili się wstępnie sypnąć groszem. Na razie wiem niewiele, tylko tyle, że musiała przestać istnieć minimum pięćset lat temu. A ty? W Anglii nie jest za spokojnie. Pewnie mnóstwo pracy?
Uwaga była dość… ogólna. Cathal specjalnie nie wnikał w pewne tematy, a przynajmniej nie miał zamiaru wnikać w nie w Anglii. Od działalności śmierciożerców i Ministerstwa planował trzymać się tak daleko, jak to tylko możliwe. Z wielu różnych względów. Wiele czasu spędzał poza krajem, interesował się zupełnie innymi rzeczami, a podszepty w głowie stanowiły kolejny, dobry powód.
Bo Cathal nie miał ochoty dać sobą sterować czarodziejowi martwemu od tysiąca lat.
- To dobrze, że ci pasuje.
Mógłby próbować przywieźć coś cenniejszego czy bardziej widowiskowego, ale nie wydawało się mu, aby wielkie posążki, ogromne, kolorowe papirusy czy egipska biżuteria starożytnej królowej przypadły Ulyssesowi do gustu. Choroba Milforda objawiała się u różnych ludzi inaczej, i Rookwood zdawał się jeszcze wrażliwszy na bodźce niż Cathal.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy dostrzegł nagłą bladość Ulyssesa. A potem zamarł na kolejne słowa. Jego wzrok stał się bardziej uważny, ale także zimniejszy.
Nigdy nie bawił się sztuką legimencji, ale co nieco o niej słyszał. Chyba powinien się zorientować, gdyby ktoś jej na nim użył? Bodaj pierwszy raz w życiu pożałował, że nie poświęcił więcej czasu oklumencji – pośród podróży, uczenia się obyczajów, studiowania historii kultur, zabrakło po prostu na to czasu. Teraz, kiedy istniała szansa, że ktoś wszedł do jego głowy… Jak to możliwe, że Rookwood wiedział, o czym śnił Shafiq? Pochłonięty tymi myślami, milczał nieco dłużej niż by należało.
- Tak – odparł w końcu płaskim tonem. – Było też wesele. Twoje. Ktoś próbował cię udusić.
Cathal, na całe szczęście, choć przeczuwał, że od innych Rookwoodów powinien trzymać się z dala – za długo znał Ulyssesa, aby tego nie wiedzieć – o tym nie miał pojęcia.
- Nie do końca. Ministerstwo pojawiło się, by zająć się mugolami i tak dalej. Może nawet był tam ktoś z twojego wydziału? – zastanowił się. – Okazało się, że to czarodziejska wioska, więc nikt nie chce, żeby pakowali się tam mugole. Ministerstwo nie ma czasu i możliwości tam kopać, więc oni mają zająć się rzucaniem obliviate i confundusów na osoby, które miały tam pracować, a my mamy zrobić resztę. Shafiqowie zgodzili się wstępnie sypnąć groszem. Na razie wiem niewiele, tylko tyle, że musiała przestać istnieć minimum pięćset lat temu. A ty? W Anglii nie jest za spokojnie. Pewnie mnóstwo pracy?
Uwaga była dość… ogólna. Cathal specjalnie nie wnikał w pewne tematy, a przynajmniej nie miał zamiaru wnikać w nie w Anglii. Od działalności śmierciożerców i Ministerstwa planował trzymać się tak daleko, jak to tylko możliwe. Z wielu różnych względów. Wiele czasu spędzał poza krajem, interesował się zupełnie innymi rzeczami, a podszepty w głowie stanowiły kolejny, dobry powód.
Bo Cathal nie miał ochoty dać sobą sterować czarodziejowi martwemu od tysiąca lat.
- To dobrze, że ci pasuje.
Mógłby próbować przywieźć coś cenniejszego czy bardziej widowiskowego, ale nie wydawało się mu, aby wielkie posążki, ogromne, kolorowe papirusy czy egipska biżuteria starożytnej królowej przypadły Ulyssesowi do gustu. Choroba Milforda objawiała się u różnych ludzi inaczej, i Rookwood zdawał się jeszcze wrażliwszy na bodźce niż Cathal.
Zmarszczył lekko brwi, kiedy dostrzegł nagłą bladość Ulyssesa. A potem zamarł na kolejne słowa. Jego wzrok stał się bardziej uważny, ale także zimniejszy.
Nigdy nie bawił się sztuką legimencji, ale co nieco o niej słyszał. Chyba powinien się zorientować, gdyby ktoś jej na nim użył? Bodaj pierwszy raz w życiu pożałował, że nie poświęcił więcej czasu oklumencji – pośród podróży, uczenia się obyczajów, studiowania historii kultur, zabrakło po prostu na to czasu. Teraz, kiedy istniała szansa, że ktoś wszedł do jego głowy… Jak to możliwe, że Rookwood wiedział, o czym śnił Shafiq? Pochłonięty tymi myślami, milczał nieco dłużej niż by należało.
- Tak – odparł w końcu płaskim tonem. – Było też wesele. Twoje. Ktoś próbował cię udusić.