14.11.2025, 15:20 ✶
Słysząc słowa Benjy'ego, pokręcił głową, marszcząc usta i uderzając językiem o podniebienie.
- Niestety, przyjacielski kaznodzieja nie mógł się zabrać - stwierdził, nawet jeśli posiadanie takiego Sebastiana pod ręką byłoby całkiem wygodne, zwłaszcza teraz, gdy na zewnątrz nie przestawało intensywnie lać.
No cóż, wyglądało na to, że ustalili już wszystko, co mogli ustalić. Zajęło im to zatrważające pięć minut, jeśli nie mniej, jakie nadeszły tuż po obiadokolacji. Nawet nie był tym jakoś szczególnie zawiedziony. To nie tak, że zawsze musieli wiedzieć wszystko, prawda?
- Co tam masz? - Spytał ze zdecydowanie nadmierną ciekawością, jak na to, że chodziło wyłącznie o trochę mokrych, przeparzonych liści herbaty w filiżance.
Nigdy nie był nadmiernie wkręcony we wróżbiarstwo. Jasne, czasami lubił doszukiwać się gdzieś jakichś symboli, przekazów, sugestii i tak dalej. Jeśli jednak tak głębiej by się nad tym zastanowił, jego życie było ich na tyle pełne, że nie potrzebował poszukiwać dodatkowych znaków tam, gdzie zwykły to robić raczej starsze panie i uczniowie na jednej z najnudniejszych lekcji w Hogwarcie.
Mój drogi, masz ponuraka.
No. Boo-hoo. Powiedz mi więcej na temat mojego nieszczęsnego losu. To takie pokrzepiające.
Jednakże teraz nie mieli zbyt wiele do roboty, prawda? To nie tak, że mogli jakoś głębiej zaplanować swoją wyprawę w poszukiwaniu pomocy dla jego szwagra. Wszystko, co mogli ustalić już zostało ustalone. Reszta była kwestią czynników zewnętrznych, zupełnie od nich niezależnych, nawet Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że nie byli w stanie ugiąć woli Matki Natury wedle własnego widzimisię. Liczył tylko na to, że następnego dnia nie powita ich znacznie mocniejsza ulewa. Ta teraz była w zupełności wystarczająca, aby poczuć się dopieszczonym przez upiorno-mistyczny klimat rodem z opowieści o tych stronach.
A skoro już właśnie taki ich otaczał, zajęcie mające pomóc im zabić trochę czasu przed koniecznością pójścia spać nasuwało się wręcz samo z siebie. Wychylił się więc, żeby spojrzeć w naczynko jego żony, robiąc to z ciekawością, jaka zazwyczaj by mu przy tym nie towarzyszyła.
Uniósł brwi, mrugając parokrotnie, przy czym nawet nie próbował powstrzymać rozbawionego parsknięcia, jakie mimowolnie opuściło jego usta. Czajnik? Jasne, jego pierwsze skojarzenie z pewnością nie było najwłaściwsze, ale kto by go nie miał? Roise był prostym człowiekiem. Prostym i zmęczonym, nawet jeśli całkowicie trzeźwym.
- Już wstaję, wstaję - uniósł ręce, uprzednio jednym haustem opróżniając własne naczynko i odstawiając je na blat stolika. - Rozumiem, że mam dorobić od razu cały dzbanek? - No, sugestia od wszechświata była dla niego raczej całkowicie jasna.
Podniósł się więc z miejsca, kolejny raz z rozbawionym uśmieszkiem, kręcąc do siebie głową. Rumunia była... Urocza. Naprawdę. Zdecydowanie było coś w tutejszym powietrzu, skoro komunikaty przekazywane im od wszechświata brzmiały tak jasno.
- O, a ciebie czeka syrba? A może hora? - Zasugerował, przechodząc za plecami Benjy'ego i klepiąc go przy tym w ramię, głównie dlatego, że ilość miejsca nie pozwoliła mu na swobodne przesunięcie się przez wąskie przejście. - Jak się dobrze postarasz, może nawet obudzisz w sobie Macmillana - jeszcze raz pokręcił do siebie głową, gwiżdżąc cicho (jak czajnik?), gdy zaczął wstawiać wodę na dodatkową herbatę, zgodnie z życzeniem filiżanki Geraldine. Lubił proste komunikaty.
No właśnie.
- Co mam? - Rzucił jeszcze przez ramię, postukując butem o kafelki, bo nie zamierzał przeciskać się bez potrzeby.
Czekał aż zagotuje się woda.
- Niestety, przyjacielski kaznodzieja nie mógł się zabrać - stwierdził, nawet jeśli posiadanie takiego Sebastiana pod ręką byłoby całkiem wygodne, zwłaszcza teraz, gdy na zewnątrz nie przestawało intensywnie lać.
No cóż, wyglądało na to, że ustalili już wszystko, co mogli ustalić. Zajęło im to zatrważające pięć minut, jeśli nie mniej, jakie nadeszły tuż po obiadokolacji. Nawet nie był tym jakoś szczególnie zawiedziony. To nie tak, że zawsze musieli wiedzieć wszystko, prawda?
- Co tam masz? - Spytał ze zdecydowanie nadmierną ciekawością, jak na to, że chodziło wyłącznie o trochę mokrych, przeparzonych liści herbaty w filiżance.
Nigdy nie był nadmiernie wkręcony we wróżbiarstwo. Jasne, czasami lubił doszukiwać się gdzieś jakichś symboli, przekazów, sugestii i tak dalej. Jeśli jednak tak głębiej by się nad tym zastanowił, jego życie było ich na tyle pełne, że nie potrzebował poszukiwać dodatkowych znaków tam, gdzie zwykły to robić raczej starsze panie i uczniowie na jednej z najnudniejszych lekcji w Hogwarcie.
Mój drogi, masz ponuraka.
No. Boo-hoo. Powiedz mi więcej na temat mojego nieszczęsnego losu. To takie pokrzepiające.
Jednakże teraz nie mieli zbyt wiele do roboty, prawda? To nie tak, że mogli jakoś głębiej zaplanować swoją wyprawę w poszukiwaniu pomocy dla jego szwagra. Wszystko, co mogli ustalić już zostało ustalone. Reszta była kwestią czynników zewnętrznych, zupełnie od nich niezależnych, nawet Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że nie byli w stanie ugiąć woli Matki Natury wedle własnego widzimisię. Liczył tylko na to, że następnego dnia nie powita ich znacznie mocniejsza ulewa. Ta teraz była w zupełności wystarczająca, aby poczuć się dopieszczonym przez upiorno-mistyczny klimat rodem z opowieści o tych stronach.
A skoro już właśnie taki ich otaczał, zajęcie mające pomóc im zabić trochę czasu przed koniecznością pójścia spać nasuwało się wręcz samo z siebie. Wychylił się więc, żeby spojrzeć w naczynko jego żony, robiąc to z ciekawością, jaka zazwyczaj by mu przy tym nie towarzyszyła.
Uniósł brwi, mrugając parokrotnie, przy czym nawet nie próbował powstrzymać rozbawionego parsknięcia, jakie mimowolnie opuściło jego usta. Czajnik? Jasne, jego pierwsze skojarzenie z pewnością nie było najwłaściwsze, ale kto by go nie miał? Roise był prostym człowiekiem. Prostym i zmęczonym, nawet jeśli całkowicie trzeźwym.
- Już wstaję, wstaję - uniósł ręce, uprzednio jednym haustem opróżniając własne naczynko i odstawiając je na blat stolika. - Rozumiem, że mam dorobić od razu cały dzbanek? - No, sugestia od wszechświata była dla niego raczej całkowicie jasna.
Podniósł się więc z miejsca, kolejny raz z rozbawionym uśmieszkiem, kręcąc do siebie głową. Rumunia była... Urocza. Naprawdę. Zdecydowanie było coś w tutejszym powietrzu, skoro komunikaty przekazywane im od wszechświata brzmiały tak jasno.
- O, a ciebie czeka syrba? A może hora? - Zasugerował, przechodząc za plecami Benjy'ego i klepiąc go przy tym w ramię, głównie dlatego, że ilość miejsca nie pozwoliła mu na swobodne przesunięcie się przez wąskie przejście. - Jak się dobrze postarasz, może nawet obudzisz w sobie Macmillana - jeszcze raz pokręcił do siebie głową, gwiżdżąc cicho (jak czajnik?), gdy zaczął wstawiać wodę na dodatkową herbatę, zgodnie z życzeniem filiżanki Geraldine. Lubił proste komunikaty.
No właśnie.
- Co mam? - Rzucił jeszcze przez ramię, postukując butem o kafelki, bo nie zamierzał przeciskać się bez potrzeby.
Czekał aż zagotuje się woda.
Rzut Symbol 1d258 - 130
Medal (nagroda/ktoś cię doceni)
Medal (nagroda/ktoś cię doceni)
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down