14.11.2025, 15:27 ✶
Z Ginny między straganami.
W pamięci Cathala wciąż żyło niedawne Lammas. Wtedy – ledwo półtora miesiąca temu – zdawało się skromne. Przyciągnęło mniej ludzi niż dawne sabaty, na Polanie Ognisk, mniej było kolorów, straganów, głosów. A jednak trwały występy, pośród wystawców dało się znaleźć i tych z bardziej luksusowymi towarami, i ponad stoiskami nie straszyły wybitymi oknami kamienice ani nadpalone dachy.
Cathala Shafiqa nie interesowała dotąd wojna. Nie dbał o prawa mugolaków: nie nienawidził ich, bo rzadko coś wzbudzało w nim nienawiść, ale i rzadko coś wzbudzało w nim prawdziwe zainteresowanie. Teraz jednak całym sobą czuł, że to co ich otacza nie jest właściwe. Sabat nie powinien tak wyglądać. Pokątna nie powinna tak wyglądać. I, do demona, jego mieszkanie nie powinno być wypełnione sadzą oraz śladami kroków niewidzialnego gościa.
– Hm? – Głos Ginewry wyrwał go z zamyślenia, bo w głowie wciąż zestawiał ze sobą te obrazki. Yule sprzed paru lat, gdy akurat spędzał je w Anglii, wielka choinka na środku placu. Lammas i konkurs łuczniczy na scenie. I wreszcie to Mabon, ubogie, naznaczone śladem rozpaczy. – Niech będzie i cydr – odparł po chwili, gdy odtworzył sobie jej słowa, które owszem, usłyszał i zapamiętał, ale dopiero kiedy się skupił, zdołał pojąć ich znaczenie. Nie był może fanem cydru, ale tego stąd jeszcze nie pił, więc… zawsze to była jakaś nowość. – Wygląda na to, że mój ulubiony sklep z materiałami do pieczęci spłonął – mruknął, z odrobiną irytacji, zatrzymując na moment spojrzenie na witrynie, niemal ginącej za straganem. Najwyraźniej nikt nie zamierzał tego miejsca remontować, przynajmniej na razie, bo wybite okna zabito deskami.
Miał szczęście, że zamówił meble na wykopaliska niedługo przed tymi pożarami.
Wędrował nieśpiesznie, niezbyt przejmując się innymi. Tego dnia nie było tu tłumów, a też był na tyle wysoki, że to raczej inni musieli uważać, aby na niego nie wpaść, nie odwrotnie. Towary wystawiane na stoiskach nie wyglądały zbyt okazale: w gruncie rzeczy dla Cathala, który przywykł do zagranicznych bazarów, zdawały się wręcz boleśnie ubogie. Sabat kończący jesień... i tak to wszystko wyglądało.
– Jak nisko upada Anglia – wymruczał, chyba bardziej do siebie niż do niej, zatrzymując się na moment przy stoisku, na którym wystawiano jakieś dziwne, ususzone owoce.
W pamięci Cathala wciąż żyło niedawne Lammas. Wtedy – ledwo półtora miesiąca temu – zdawało się skromne. Przyciągnęło mniej ludzi niż dawne sabaty, na Polanie Ognisk, mniej było kolorów, straganów, głosów. A jednak trwały występy, pośród wystawców dało się znaleźć i tych z bardziej luksusowymi towarami, i ponad stoiskami nie straszyły wybitymi oknami kamienice ani nadpalone dachy.
Cathala Shafiqa nie interesowała dotąd wojna. Nie dbał o prawa mugolaków: nie nienawidził ich, bo rzadko coś wzbudzało w nim nienawiść, ale i rzadko coś wzbudzało w nim prawdziwe zainteresowanie. Teraz jednak całym sobą czuł, że to co ich otacza nie jest właściwe. Sabat nie powinien tak wyglądać. Pokątna nie powinna tak wyglądać. I, do demona, jego mieszkanie nie powinno być wypełnione sadzą oraz śladami kroków niewidzialnego gościa.
– Hm? – Głos Ginewry wyrwał go z zamyślenia, bo w głowie wciąż zestawiał ze sobą te obrazki. Yule sprzed paru lat, gdy akurat spędzał je w Anglii, wielka choinka na środku placu. Lammas i konkurs łuczniczy na scenie. I wreszcie to Mabon, ubogie, naznaczone śladem rozpaczy. – Niech będzie i cydr – odparł po chwili, gdy odtworzył sobie jej słowa, które owszem, usłyszał i zapamiętał, ale dopiero kiedy się skupił, zdołał pojąć ich znaczenie. Nie był może fanem cydru, ale tego stąd jeszcze nie pił, więc… zawsze to była jakaś nowość. – Wygląda na to, że mój ulubiony sklep z materiałami do pieczęci spłonął – mruknął, z odrobiną irytacji, zatrzymując na moment spojrzenie na witrynie, niemal ginącej za straganem. Najwyraźniej nikt nie zamierzał tego miejsca remontować, przynajmniej na razie, bo wybite okna zabito deskami.
Miał szczęście, że zamówił meble na wykopaliska niedługo przed tymi pożarami.
Wędrował nieśpiesznie, niezbyt przejmując się innymi. Tego dnia nie było tu tłumów, a też był na tyle wysoki, że to raczej inni musieli uważać, aby na niego nie wpaść, nie odwrotnie. Towary wystawiane na stoiskach nie wyglądały zbyt okazale: w gruncie rzeczy dla Cathala, który przywykł do zagranicznych bazarów, zdawały się wręcz boleśnie ubogie. Sabat kończący jesień... i tak to wszystko wyglądało.
– Jak nisko upada Anglia – wymruczał, chyba bardziej do siebie niż do niej, zatrzymując się na moment przy stoisku, na którym wystawiano jakieś dziwne, ususzone owoce.