14.11.2025, 16:04 ✶
– Wiesz, że nie zostawiłbym cię z tym osamotnionej?
Prawda?
Powiedział to tak delikatnie jak tylko mógł, chyba nie do końca radząc sobie z tym, że kiedy zamykała wątek takimi słowami, czuł się za bardzo jak moralizator. A on nie chciał ludzi moralizować. Jakby chciał się wymądrzeć i mówić wszystkim jak mają żyć, komu ufać i w co wierzyć, to by został kapłanem, a nie podróżnikiem. Jego domeną było działanie i chętnie by w każdym działaniu jej pomógł, jedynie – podobnie jak ona – nie lubił się narzucać. Życie samotnika siedzącego w kajucie na jednoosobowej łajbie nie wybrało go samodzielnie – on wystawił dłonie w jego kierunku i czekał, czekał, aż się wreszcie doczekał miesięcy poza domem, podczas których nie czuł się na uwięzi nikogo ani niczego poza misją, a tę misję przecież wyznaczył sobie sam.
A skoro o uwięzi mowa...
– Tak – odpowiedział nieco zaczepnie, po czym przekręcił głowę w bok, kiedy sobie o czymś przypomniał. – Ale będę musiał wziąć córkę. – Abigail nie była przeszkodą dla żadnego spotkania i chętnie zajmowała się sobą, kiedy trzeba było poruszyć jeden z tych tematów, co się je poruszało tylko na granicy szeptu, tylko no... Może ciężko w to uwierzyć, a jednak to prawda – z dziećmi było więcej pracy niż z kozą. Flint zaś do perfekcji opanował uciekanie przed obowiązkami.
– Są z Francji – potwierdził – pewnie mają tam jeszcze sporo rodziny, chociaż nigdy o to Tori nie pytałem. Może czas najwyższy? Ciężko się pewnie będzie zmówić, bo ona ciągle siedzi w tej pracy urzędniczej – obrzydlistwo! – ale jeżeli dowiem się czegoś więcej, to dam ci znać.
Liczył tutaj na wzajemność.
Spojrzał jeszcze na ten daszek, co przeciekał i nie przeciekał jednocześnie. Następnie na jej oczy.
– Widzący parający się odczytywaniem przeszłości pewnie byliby wyciągnąć z tego miejsca bardzo dużo, ale jak się nad tym zastanowię, to nie znam żadnego godnego zaufania. – Westchnął. – I chyba zaryzykuję. – Powiedział, podnosząc się i podając Helloise rękę, gdyby potrzebowała wesprzeć się o niego przy podnoszeniu się z ziemi. Rzucił spojrzeniem to w lewo, to w prawo, a kiedy się upewnił, że żaden z opiekunów Maida Vale nie skarci go za wycięcie nietypowych chwastów, wyciągnął ze swojej skórzanej torby nożyk, którym pobrał kilka próbek. Miał pewien plan... i na pewno podzieli się jego rezultatami z każdym, kogo uzna za wartego tejże wiedzy.
Wkrótce po tym oboje opuścili Londyn.
Prawda?
Powiedział to tak delikatnie jak tylko mógł, chyba nie do końca radząc sobie z tym, że kiedy zamykała wątek takimi słowami, czuł się za bardzo jak moralizator. A on nie chciał ludzi moralizować. Jakby chciał się wymądrzeć i mówić wszystkim jak mają żyć, komu ufać i w co wierzyć, to by został kapłanem, a nie podróżnikiem. Jego domeną było działanie i chętnie by w każdym działaniu jej pomógł, jedynie – podobnie jak ona – nie lubił się narzucać. Życie samotnika siedzącego w kajucie na jednoosobowej łajbie nie wybrało go samodzielnie – on wystawił dłonie w jego kierunku i czekał, czekał, aż się wreszcie doczekał miesięcy poza domem, podczas których nie czuł się na uwięzi nikogo ani niczego poza misją, a tę misję przecież wyznaczył sobie sam.
A skoro o uwięzi mowa...
– Tak – odpowiedział nieco zaczepnie, po czym przekręcił głowę w bok, kiedy sobie o czymś przypomniał. – Ale będę musiał wziąć córkę. – Abigail nie była przeszkodą dla żadnego spotkania i chętnie zajmowała się sobą, kiedy trzeba było poruszyć jeden z tych tematów, co się je poruszało tylko na granicy szeptu, tylko no... Może ciężko w to uwierzyć, a jednak to prawda – z dziećmi było więcej pracy niż z kozą. Flint zaś do perfekcji opanował uciekanie przed obowiązkami.
– Są z Francji – potwierdził – pewnie mają tam jeszcze sporo rodziny, chociaż nigdy o to Tori nie pytałem. Może czas najwyższy? Ciężko się pewnie będzie zmówić, bo ona ciągle siedzi w tej pracy urzędniczej – obrzydlistwo! – ale jeżeli dowiem się czegoś więcej, to dam ci znać.
Liczył tutaj na wzajemność.
Spojrzał jeszcze na ten daszek, co przeciekał i nie przeciekał jednocześnie. Następnie na jej oczy.
– Widzący parający się odczytywaniem przeszłości pewnie byliby wyciągnąć z tego miejsca bardzo dużo, ale jak się nad tym zastanowię, to nie znam żadnego godnego zaufania. – Westchnął. – I chyba zaryzykuję. – Powiedział, podnosząc się i podając Helloise rękę, gdyby potrzebowała wesprzeć się o niego przy podnoszeniu się z ziemi. Rzucił spojrzeniem to w lewo, to w prawo, a kiedy się upewnił, że żaden z opiekunów Maida Vale nie skarci go za wycięcie nietypowych chwastów, wyciągnął ze swojej skórzanej torby nożyk, którym pobrał kilka próbek. Miał pewien plan... i na pewno podzieli się jego rezultatami z każdym, kogo uzna za wartego tejże wiedzy.
Wkrótce po tym oboje opuścili Londyn.
Koniec sesji
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr