14.11.2025, 22:16 ✶
Doprawdy zabawne, pomyślał, gdy Brenna próbowała znaleźć jakieś pozytywy w tym... incydencie. Na wzmiankę o perfumach Potterów z trudem powstrzymał się przed tym, żeby ponownie się nie przeżegnać. Lub nie odpowiedzieć. Był bowiem gotów spytać, czy perfumeria jej krewnych na co dzień sprzedaje kosmetyki, które mogą popchnąć młodych ludzi w stronę podobnych... akcji. Gdy kobieta poklepała go po ramieniu, Sebiastianowi momentalnie włoski zjeżyły się na karku.
— Ta para na pewno nie szukała w tym lesie dzieci, panno Longbottom — odparł stanowczo Sebastian na słowa Brenny. — Oboje niestety widzieliśmy do czego to wszystko zmierzało, czyż nie?
Zmrużył lekko oczy, zerkając na kobietę takim wzrokiem, jakby to ona właśnie przyznała się do tego, że otwarcie wierzy w to, że nowonarodzone pociechy można znaleźć w kapuście czy też porannej poczcie dostarczanej przez sowy z Londynu. Mimowolnie popatrzył także w kierunku Geraldine. Miał nadzieję, że chociaż ona wiedziała, jak przebiega cały proces starania się o potomka. I właśnie dlatego kowen powinien bardziej naciskać na regularne nauki przedmałżeńskie, skomentował bezgłośnie Macmillan. Och, zdecydowanie będzie musiał poruszyć tę kwestię na spotkaniu z arcykapałanem, kiedy to będą omawiać plany na nadchodzący rok. Wierni ewidentnie potrzebowali pomocy. I dogłębnych, szczegółowych szkoleń.
— Owszem, Matka potrafi wyzwolić w swoich wiernych najróżniejsze emocje. Zwłaszcza w tak... pierwotnej okolicy, biorąc pod uwagę okoliczności — przyznał po bardzo długiej pauzie, starając się nie brzmieć tak, jakby zaczynał się przychylać ku tezie wygłoszonej przez Brennę.
Jeśli o niego chodziło, to pary mogły robić, co im się podobało. Wolałby jednak, aby nie robili tego na jego oczach, a już przede wszystkim w miejscach publicznych. Czy ten las można uznać za miejsce publiczne?, zaintonował cichy głosik z tyłu jego głowy, sprawiając że Sebastian wzdrygnął się na samą myśl. Czy Matka im błogosławiła posyłając ich między dzikie drzewa i krzewy? A może należałoby to rozpatrywać jako pełnoprawne wtargnięcie do domeny Pani Księżyca, kiedy ta ledwie parę godzin temu błogosławiła unii Geraldine i Ambroise'a? Macmillan pokręcił przecząco głowo, odpowiadając jednocześnie w ten sposób na pytanie Geraldine.
— Nie wszyscy bracia i siostry wybierają drogę celibatu — poinformował pannę młodą cichym głosem, w którym pobrzmiewała kapłańska powaga. — Jedni żyją w stałych związkach, mają rodziny, inni zaś pozostają samotni, oddając się w pełni służbie i modlitwie. Każdy szuka swojej własnej drogi, kowen nie nakłada w tej kwestii jednej miary. Na przykład mój ojciec też pełni posługę kapłańską.
Skinął głową Benjy'emu, kiedy ten zaproponował, aby ruszyli dalej. Bądź co bądź, on tu był głównie na doczepkę, prawda? Nie chciał umyślnie opóźniać całej akcji poszukiwawczej.
— Ta para na pewno nie szukała w tym lesie dzieci, panno Longbottom — odparł stanowczo Sebastian na słowa Brenny. — Oboje niestety widzieliśmy do czego to wszystko zmierzało, czyż nie?
Zmrużył lekko oczy, zerkając na kobietę takim wzrokiem, jakby to ona właśnie przyznała się do tego, że otwarcie wierzy w to, że nowonarodzone pociechy można znaleźć w kapuście czy też porannej poczcie dostarczanej przez sowy z Londynu. Mimowolnie popatrzył także w kierunku Geraldine. Miał nadzieję, że chociaż ona wiedziała, jak przebiega cały proces starania się o potomka. I właśnie dlatego kowen powinien bardziej naciskać na regularne nauki przedmałżeńskie, skomentował bezgłośnie Macmillan. Och, zdecydowanie będzie musiał poruszyć tę kwestię na spotkaniu z arcykapałanem, kiedy to będą omawiać plany na nadchodzący rok. Wierni ewidentnie potrzebowali pomocy. I dogłębnych, szczegółowych szkoleń.
— Owszem, Matka potrafi wyzwolić w swoich wiernych najróżniejsze emocje. Zwłaszcza w tak... pierwotnej okolicy, biorąc pod uwagę okoliczności — przyznał po bardzo długiej pauzie, starając się nie brzmieć tak, jakby zaczynał się przychylać ku tezie wygłoszonej przez Brennę.
Jeśli o niego chodziło, to pary mogły robić, co im się podobało. Wolałby jednak, aby nie robili tego na jego oczach, a już przede wszystkim w miejscach publicznych. Czy ten las można uznać za miejsce publiczne?, zaintonował cichy głosik z tyłu jego głowy, sprawiając że Sebastian wzdrygnął się na samą myśl. Czy Matka im błogosławiła posyłając ich między dzikie drzewa i krzewy? A może należałoby to rozpatrywać jako pełnoprawne wtargnięcie do domeny Pani Księżyca, kiedy ta ledwie parę godzin temu błogosławiła unii Geraldine i Ambroise'a? Macmillan pokręcił przecząco głowo, odpowiadając jednocześnie w ten sposób na pytanie Geraldine.
— Nie wszyscy bracia i siostry wybierają drogę celibatu — poinformował pannę młodą cichym głosem, w którym pobrzmiewała kapłańska powaga. — Jedni żyją w stałych związkach, mają rodziny, inni zaś pozostają samotni, oddając się w pełni służbie i modlitwie. Każdy szuka swojej własnej drogi, kowen nie nakłada w tej kwestii jednej miary. Na przykład mój ojciec też pełni posługę kapłańską.
Skinął głową Benjy'emu, kiedy ten zaproponował, aby ruszyli dalej. Bądź co bądź, on tu był głównie na doczepkę, prawda? Nie chciał umyślnie opóźniać całej akcji poszukiwawczej.