14.11.2025, 23:33 ✶
Uśmiech, który mi rzuciła, był jak cienka igła - niby nic, drobiazg, a jednak potrafił przebić skórę. Poczułem to ukłucie, chociaż nie pozwoliłem mu dotrzeć głębiej. Nigdy już nie pozwalałem. Jej fałszywy ton, złośliwy, ostry - dawniej pewnie bym się skrzywił, może obruszył, dziś parsknąłem tylko cicho, beznamiętnie. Tak, jakby jej próby wbicia we mnie szpili były czymś, co widziałem z daleka i co absolutnie nie robiło na mnie wrażenia.
- Najwyraźniej mamy. - Rzuciłem, jakbym komentował pogodę, a nie rozmowę, która jeszcze rok temu złamałaby mi serce. Zacisnąłem zęby, chociaż na zewnątrz wyglądałem, jakbym ledwie słuchał - jakby każde jej słowo spływało po mnie jak woda po kaczce. Prawda była inna, bolesna, niewygodna, ale dobrze ukryta pod tym wszystkim, co tak starannie w sobie budowałem. Ona jednak stała tu, tuż obok, i każde jej zdanie było jak drobny, ostry kamyczek wpadający w mechanizm, który próbowałem utrzymać w ruchu. To, że nie potrafiła milczeć… To bolało najmocniej, bo kiedyś właśnie to uwielbiałem. Teraz jednak śmiałem się z tego w duchu, szyderczo, jak ktoś, kto musiał dławić w sobie resztki dawnych reakcji, by nie wypaść z roli.
A potem rzuciła tę rzecz o pamięci, śmieciach, które zostają, rzeczach, których nie da się wyrzucić. Na moment coś we mnie zadrżało, ale przygasiłem to natychmiast, zgniatając uczucie, jak list z zeszłego roku.
- To trzymaj je sobie, skoro lubisz śmieci. - Mruknąłem, z uśmiechem pozbawionym ciepła - uśmiechem, którego nigdy wobec niej nie używałem. A jednak każde jej słowo było zbyt celne, zbyt mocno oparte na prawdzie, której nie dało się zbyć, może dlatego musiałem reagować tak ostro, bo każde wspomnienie, które we mnie trafiało, paliło. - To już twój problem, nie mój. - Wzruszyłem ramionami lekko, tak nonszalancko, jakby mówiła o pogodzie, a nie o naszym rozpadzie. - Każdy ma swoje graty w głowie. Ty najwyraźniej masz tam szczególnie pojemne śmietnisko. Nie, żeby mnie to dziwiło. - To był cios wymierzony tak nisko, że sam poczułem, jak coś we mnie szarpnęło, ale nie zatrzymałem go. Musiałem być tym, kim kazało mi być lato, czego oczekiwał ode mnie dom. Przeniosłem spojrzenie na drzwi, które nadal trwały w martwej, cholernej bezruchliwości. Z każdą sekundą rozmowy jej słowa odcinały kolejne nici, które kiedyś nas łączyły. A ja… Ja nie tylko na to pozwalałem - ja szarpałem za kolejne. Nie mogłem zrobić inaczej, za dobrze wiedziałem, co mnie za to czeka, jeśli pozwolę sobie na choć jedną miękką sylabę.
- Brawo ja. - Powtórzyłem z udawaną teatralnością, jakbym powtarzał po dziecku. - Miło, że zauważasz moje postępy.
Każde jej zdanie próbowało sięgać głębiej, niż poprzednie, każde miało być ciosem wyprowadzonym z pamięci - tej, której tak nie potrafiła zakopać. A ja… Odpowiadałem równie ostro, chociaż gdzieś pod skórą to wszystko paliło bardziej, niż powinno.
- Umiałem o siebie zadbać już wtedy. Ty tylko bardzo lubiłaś udawać, że pomagasz, a ja ci na to pozwalałem, bo dzięki temu byliśmy kwita. - Dorzuciłem lekko, od niechcenia, chociaż każde słowo miało być palcem wciskanym w drzazgę dawnej bliskości. - Możesz przestać patrzeć na te drzwi jak skazaniec na kratę? Jak nie możesz wytrzymać, to idź, zapukaj, raz w życiu przestań chować mi się za plecami. - Uśmiechnąłem się krzywo, sucho, ale serce - serce zabiło jak wtedy, gdy profesor zgarnął mój liścik z odręcznie pisanymi runami. Tylko że teraz nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt nie miał dowiedzieć się o niczym, co działo się pod tą chłodną maską. W końcu miałem być kimś innym - kimś, kto jej już nie znał. Kimś, kto przeszedł na drugą stronę. I musiałem tam pozostać.
- Dobrze. Bo jej nie masz, Prudy. - Po raz pierwszy wypowiedziałem to z czystą pogardą, nie jako nieszkodliwe zawołanie, ale jako coś, co miało ją ustawić tam, gdzie rzekomo powinna być - daleko ode mnie. - I mieć nie będziesz.
- Najwyraźniej mamy. - Rzuciłem, jakbym komentował pogodę, a nie rozmowę, która jeszcze rok temu złamałaby mi serce. Zacisnąłem zęby, chociaż na zewnątrz wyglądałem, jakbym ledwie słuchał - jakby każde jej słowo spływało po mnie jak woda po kaczce. Prawda była inna, bolesna, niewygodna, ale dobrze ukryta pod tym wszystkim, co tak starannie w sobie budowałem. Ona jednak stała tu, tuż obok, i każde jej zdanie było jak drobny, ostry kamyczek wpadający w mechanizm, który próbowałem utrzymać w ruchu. To, że nie potrafiła milczeć… To bolało najmocniej, bo kiedyś właśnie to uwielbiałem. Teraz jednak śmiałem się z tego w duchu, szyderczo, jak ktoś, kto musiał dławić w sobie resztki dawnych reakcji, by nie wypaść z roli.
A potem rzuciła tę rzecz o pamięci, śmieciach, które zostają, rzeczach, których nie da się wyrzucić. Na moment coś we mnie zadrżało, ale przygasiłem to natychmiast, zgniatając uczucie, jak list z zeszłego roku.
- To trzymaj je sobie, skoro lubisz śmieci. - Mruknąłem, z uśmiechem pozbawionym ciepła - uśmiechem, którego nigdy wobec niej nie używałem. A jednak każde jej słowo było zbyt celne, zbyt mocno oparte na prawdzie, której nie dało się zbyć, może dlatego musiałem reagować tak ostro, bo każde wspomnienie, które we mnie trafiało, paliło. - To już twój problem, nie mój. - Wzruszyłem ramionami lekko, tak nonszalancko, jakby mówiła o pogodzie, a nie o naszym rozpadzie. - Każdy ma swoje graty w głowie. Ty najwyraźniej masz tam szczególnie pojemne śmietnisko. Nie, żeby mnie to dziwiło. - To był cios wymierzony tak nisko, że sam poczułem, jak coś we mnie szarpnęło, ale nie zatrzymałem go. Musiałem być tym, kim kazało mi być lato, czego oczekiwał ode mnie dom. Przeniosłem spojrzenie na drzwi, które nadal trwały w martwej, cholernej bezruchliwości. Z każdą sekundą rozmowy jej słowa odcinały kolejne nici, które kiedyś nas łączyły. A ja… Ja nie tylko na to pozwalałem - ja szarpałem za kolejne. Nie mogłem zrobić inaczej, za dobrze wiedziałem, co mnie za to czeka, jeśli pozwolę sobie na choć jedną miękką sylabę.
- Brawo ja. - Powtórzyłem z udawaną teatralnością, jakbym powtarzał po dziecku. - Miło, że zauważasz moje postępy.
Każde jej zdanie próbowało sięgać głębiej, niż poprzednie, każde miało być ciosem wyprowadzonym z pamięci - tej, której tak nie potrafiła zakopać. A ja… Odpowiadałem równie ostro, chociaż gdzieś pod skórą to wszystko paliło bardziej, niż powinno.
- Umiałem o siebie zadbać już wtedy. Ty tylko bardzo lubiłaś udawać, że pomagasz, a ja ci na to pozwalałem, bo dzięki temu byliśmy kwita. - Dorzuciłem lekko, od niechcenia, chociaż każde słowo miało być palcem wciskanym w drzazgę dawnej bliskości. - Możesz przestać patrzeć na te drzwi jak skazaniec na kratę? Jak nie możesz wytrzymać, to idź, zapukaj, raz w życiu przestań chować mi się za plecami. - Uśmiechnąłem się krzywo, sucho, ale serce - serce zabiło jak wtedy, gdy profesor zgarnął mój liścik z odręcznie pisanymi runami. Tylko że teraz nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt nie miał dowiedzieć się o niczym, co działo się pod tą chłodną maską. W końcu miałem być kimś innym - kimś, kto jej już nie znał. Kimś, kto przeszedł na drugą stronę. I musiałem tam pozostać.
- Dobrze. Bo jej nie masz, Prudy. - Po raz pierwszy wypowiedziałem to z czystą pogardą, nie jako nieszkodliwe zawołanie, ale jako coś, co miało ją ustawić tam, gdzie rzekomo powinna być - daleko ode mnie. - I mieć nie będziesz.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)