14.11.2025, 23:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2025, 23:35 przez Brenna Longbottom.)
– Tak. Może uda mi się chwycić jakiś trop przy moim domu albo u was.
Widmowidzeniem lub pod wilczą postacią – spróbować nie zaszkodziło. Może okaże się, że to jacyś sąsiedzi, którzy ich nie lubili. A może przypadkiem zawędruje prosto pod kryjówkę śmierciożerców – czy to nie byłoby miłe? Chociaż zakładała, że tak naprawdę ostatecznie niczego nie wyłapanie, nie oznaczało to jednak, że nie może podjąć przynajmniej próby.
– Pytanie brzmi: dla jakiej sprawy? Dla usunięcia widm z Kniei i naprawienia tego, co tam popsuto, czy do zamknięcia wiedzy w cichych, ciemnych komnatach, by badać odkrycia przez kolejne dwie dekady, kiedy te stwory będą zabijać kolejne osoby?
Ufała Morpheusowi, tak jak mogła ufać komuś z rodziny: wierzyła, że on chciał pozbyć się potworów, które krążyły po ulicach, jakie znał od chłopięcych lat. Ale inni Niewymowni? Dla ilu z nich była to okazja do fascynujących badań, zbyt dobra, aby liczyli się przy tym z ewentualnymi konsekwencjami dla Doliny dla Anglii?
– Chyba podaruję odkrywanie w sobie duszy muzyka – odparła odnośnie bębenka, odwracając się ku drabince. – A, chodzi o to, że ma swój pokój w twoim domu… zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie powinnam wybierać prezentu weselnego – przyznała. Brenna zazwyczaj starała się nie wtrącać bardzo mocno w prywatne sprawy, doskonale wiedząc, że nie zawsze ktoś chce czy umie o nich mówić. Ale też mimo wszystko byłoby chyba wręcz dziwne, gdyby nie była w ogóle zainteresowana. Zwłaszcza że jeszcze niedawno oferowała gotowość połamania Saurielowi nosa: bo wydawało się, że on połamał Victorii serce.
Wygramoliła się na górę. Ale jeśli rozmowa – póki nie ściągną tutaj kogoś z odpowiednim sprzętem – miała szansę zejść choć na chwilę na tematy nie dotyczące pracy, śmierciożerców, prześladowców, rynku nieruchomości i czarnoksięskich ołtarzyków w piwnicach, to szansa ta uleciała, gdy Brenna obejrzała się na klapę.
– Na pewno nie widzę klapy – powiedziała po paru sekundach intensywnego mrugania, a potem uklękła na podłodze, palcami próbując znaleźć jakieś nierówności. Opukała podłogę, mogłaby jednak przysiąc, że każdy jej centymetr wydaje taki sam dźwięk. A potem wyciągnęła różdżkę, próbując jeszcze transmutować ten fragment podłogi w coś przezroczystego.
transmutacja
Wyszło iście popisowo: ale przez szkło, w które nagle zamienił się fragment podłogi... widziały tylko fundamenty.
- Co do cholery...
Widmowidzeniem lub pod wilczą postacią – spróbować nie zaszkodziło. Może okaże się, że to jacyś sąsiedzi, którzy ich nie lubili. A może przypadkiem zawędruje prosto pod kryjówkę śmierciożerców – czy to nie byłoby miłe? Chociaż zakładała, że tak naprawdę ostatecznie niczego nie wyłapanie, nie oznaczało to jednak, że nie może podjąć przynajmniej próby.
– Pytanie brzmi: dla jakiej sprawy? Dla usunięcia widm z Kniei i naprawienia tego, co tam popsuto, czy do zamknięcia wiedzy w cichych, ciemnych komnatach, by badać odkrycia przez kolejne dwie dekady, kiedy te stwory będą zabijać kolejne osoby?
Ufała Morpheusowi, tak jak mogła ufać komuś z rodziny: wierzyła, że on chciał pozbyć się potworów, które krążyły po ulicach, jakie znał od chłopięcych lat. Ale inni Niewymowni? Dla ilu z nich była to okazja do fascynujących badań, zbyt dobra, aby liczyli się przy tym z ewentualnymi konsekwencjami dla Doliny dla Anglii?
– Chyba podaruję odkrywanie w sobie duszy muzyka – odparła odnośnie bębenka, odwracając się ku drabince. – A, chodzi o to, że ma swój pokój w twoim domu… zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie powinnam wybierać prezentu weselnego – przyznała. Brenna zazwyczaj starała się nie wtrącać bardzo mocno w prywatne sprawy, doskonale wiedząc, że nie zawsze ktoś chce czy umie o nich mówić. Ale też mimo wszystko byłoby chyba wręcz dziwne, gdyby nie była w ogóle zainteresowana. Zwłaszcza że jeszcze niedawno oferowała gotowość połamania Saurielowi nosa: bo wydawało się, że on połamał Victorii serce.
Wygramoliła się na górę. Ale jeśli rozmowa – póki nie ściągną tutaj kogoś z odpowiednim sprzętem – miała szansę zejść choć na chwilę na tematy nie dotyczące pracy, śmierciożerców, prześladowców, rynku nieruchomości i czarnoksięskich ołtarzyków w piwnicach, to szansa ta uleciała, gdy Brenna obejrzała się na klapę.
– Na pewno nie widzę klapy – powiedziała po paru sekundach intensywnego mrugania, a potem uklękła na podłodze, palcami próbując znaleźć jakieś nierówności. Opukała podłogę, mogłaby jednak przysiąc, że każdy jej centymetr wydaje taki sam dźwięk. A potem wyciągnęła różdżkę, próbując jeszcze transmutować ten fragment podłogi w coś przezroczystego.
transmutacja
Rzut Z 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Wyszło iście popisowo: ale przez szkło, w które nagle zamienił się fragment podłogi... widziały tylko fundamenty.
- Co do cholery...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.