14.11.2025, 23:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.11.2025, 00:12 przez Brenna Longbottom.)
– Sknociłam je naprawdę wybitnie – przyznała Brenna, otrzepując spodnie z popiołu i trawy, a potem ostatecznie pchnęła drzwi domu – wcale nie płonące, to był omam, kolejny omam i weszła do środka. Cieszyła się, że jest tam ciemno. Nie chciała pokazywać twarzy, bo wciąż miała trudności w zapanowaniu nad roztrzęsieniem, a słowa, które wypowiadali, wcale jej nie uspokajały.
Różne poglądy mogły być naturalne. Bardziej brutalne i bardziej śmiertelne reakcje… To mogła po części zrozumieć. Wiedziała, że może kiedyś przyjść dzień, gdy sama stanie przed wyborem, i wybierając między życiem kogoś ze swoich towarzyszy, a śmierciożercą… byłaby chyba gotowa na zrobienie tego, co trzeba i na życie z konsekwencjami tego wyboru. Ale rozumiała także to, że ktoś nie był skłonny do wkroczenia na tę ścieżkę, wiodącą w ich świecie na manowce.
Każde kolejne słowo Erika brzmiało jednak coraz gorzej i gorzej, i Brenna zacisnęła na moment powieki, gdy stali w tym, co zostało z ich rodzinnego domu, po Beltane i po Spalonej nocy, które odebrały im Derwina, Knieję, to miejsce, poczucie bezpieczeństwa, może zdrowie psychiczne i wiele, wiele innych rzeczy, drobnych, ale tak ważnych. A potem sięgnęła ku jego dłoni, splatając ich ręce. Żałosny? Człowiek, który od samego początku walczył w tej wojnie, stał przeciwko śmierciożercom w Beltane, gasił ognie Spalonej Nocy? Który publicznie nazwał śmierciożerców terrorystami?
Tak wiele pęknięć. W ciemności pod powiekami ten raz nie widziała ognia, a lód, pokrywający się rysami.
Co zrobić, by nie wpaść do lodowatej pułapki pod nim?
– Nie jesteś żałosny. Nikt nie jest żałosny, bo ma serce – powiedziała w końcu, otwierając oczy. Może dobrze, że stamtąd wyszła. A może źle? Nie miała już się tego dowiedzieć i nie było co gdybać. – Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie rozumiem tego gniewu. I że mogę potępić kogoś za gotowość do zabicia śmierciożercy. Może przyjść dzień, gdy ktoś z nas nie będzie miał innego wyboru. Nie dało się walczyć na wojnie i nie ponosić żadnych ofiar. I tym co poświęcano nie zawsze było własne życie. A jednocześnie bardzo bała się tego, co może zobaczyć pewnego razu w oczach kogoś z Zakonu: co może zobaczyć w lustrze.
Nie chciała stracić żadnego z nich. Choć wiedziała, że uniknięcie tych strat nie zawsze będzie możliwe i że mogą przyjść w różny sposób.
– Ludzie dołączają z różnych powodów i różne punkty widzenia są normalne. Mogą różnić się jeszcze bardziej, jeśli do naszych szeregów mają dołączyć ludzie, którzy są przydatni i chcą zakończyć wojnę, nawet jeżeli niekoniecznie dzielą nasze poglądy.
Czy się jej to podobało? Nie: miała wiele wątpliwości. Ktoś, kto chciał skończyć wojnę, bo była straszna i nie miał w niej interesu, nie dlatego, że od początku sprzeciwiał się mocno śmierciożercom, mógł zmienić zdanie. Ktoś, kto robił to dla bliskich mógł zobaczyć pod maską śmierciożercy brata i postanowić go kryć. Ale przyjęła do wiadomości, że większość chce tej zmiany – i walka z nią mogłaby tylko wywołać rozłam.
Jej ostrożność mogła być przesadna.
Jeśli szło jednak o narażanie, to wiele osób poprosiła, by nadstawiały karku. Innym za to za nic nie chciała mówić o Zakonie: bo uważała, że jeśli nie muszą o nim wiedzieć, tak jest lepiej. Nie mogło to ich ochronić przed ogniem i popiołem, ale była mniejsza szansa, że sekret się wyda, co z kolei utrudni im działanie.
– Ale nie jesteśmy śmierciożercami. Nie możemy działać jak oni i na pewno nikt nie powinien być potępiany, bo nie chce parać się czarną magią. Porozmawiam z Jonathanem.
Być może omówienie pewnych spraw we dwoje ułatwi później i działanie w szerszym gronie. Zwłaszcza że nie wiedziała, co tam dokładnie padło. Czasem w emocjach łatwo było o brak zrozumienia i niedomówienie.
– Nad zasobami pracuję w sumie od początku lata. Najpierw były lokacje… teraz chcę skupić się na kontakcie i zabezpieczeniach. Wojnę medialną i propagandę zostawię Jonathanowi, na pewno lepiej się w tym odnajdzie niż ja.
Brenna uważała, że była dobra w analizowaniu i chwytaniu dziesięciu srok za ogony tak, by nie zwiały. Ale niekoniecznie w zjednywaniu sobie serc.
Różne poglądy mogły być naturalne. Bardziej brutalne i bardziej śmiertelne reakcje… To mogła po części zrozumieć. Wiedziała, że może kiedyś przyjść dzień, gdy sama stanie przed wyborem, i wybierając między życiem kogoś ze swoich towarzyszy, a śmierciożercą… byłaby chyba gotowa na zrobienie tego, co trzeba i na życie z konsekwencjami tego wyboru. Ale rozumiała także to, że ktoś nie był skłonny do wkroczenia na tę ścieżkę, wiodącą w ich świecie na manowce.
Każde kolejne słowo Erika brzmiało jednak coraz gorzej i gorzej, i Brenna zacisnęła na moment powieki, gdy stali w tym, co zostało z ich rodzinnego domu, po Beltane i po Spalonej nocy, które odebrały im Derwina, Knieję, to miejsce, poczucie bezpieczeństwa, może zdrowie psychiczne i wiele, wiele innych rzeczy, drobnych, ale tak ważnych. A potem sięgnęła ku jego dłoni, splatając ich ręce. Żałosny? Człowiek, który od samego początku walczył w tej wojnie, stał przeciwko śmierciożercom w Beltane, gasił ognie Spalonej Nocy? Który publicznie nazwał śmierciożerców terrorystami?
Tak wiele pęknięć. W ciemności pod powiekami ten raz nie widziała ognia, a lód, pokrywający się rysami.
Co zrobić, by nie wpaść do lodowatej pułapki pod nim?
– Nie jesteś żałosny. Nikt nie jest żałosny, bo ma serce – powiedziała w końcu, otwierając oczy. Może dobrze, że stamtąd wyszła. A może źle? Nie miała już się tego dowiedzieć i nie było co gdybać. – Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie rozumiem tego gniewu. I że mogę potępić kogoś za gotowość do zabicia śmierciożercy. Może przyjść dzień, gdy ktoś z nas nie będzie miał innego wyboru. Nie dało się walczyć na wojnie i nie ponosić żadnych ofiar. I tym co poświęcano nie zawsze było własne życie. A jednocześnie bardzo bała się tego, co może zobaczyć pewnego razu w oczach kogoś z Zakonu: co może zobaczyć w lustrze.
Nie chciała stracić żadnego z nich. Choć wiedziała, że uniknięcie tych strat nie zawsze będzie możliwe i że mogą przyjść w różny sposób.
– Ludzie dołączają z różnych powodów i różne punkty widzenia są normalne. Mogą różnić się jeszcze bardziej, jeśli do naszych szeregów mają dołączyć ludzie, którzy są przydatni i chcą zakończyć wojnę, nawet jeżeli niekoniecznie dzielą nasze poglądy.
Czy się jej to podobało? Nie: miała wiele wątpliwości. Ktoś, kto chciał skończyć wojnę, bo była straszna i nie miał w niej interesu, nie dlatego, że od początku sprzeciwiał się mocno śmierciożercom, mógł zmienić zdanie. Ktoś, kto robił to dla bliskich mógł zobaczyć pod maską śmierciożercy brata i postanowić go kryć. Ale przyjęła do wiadomości, że większość chce tej zmiany – i walka z nią mogłaby tylko wywołać rozłam.
Jej ostrożność mogła być przesadna.
Jeśli szło jednak o narażanie, to wiele osób poprosiła, by nadstawiały karku. Innym za to za nic nie chciała mówić o Zakonie: bo uważała, że jeśli nie muszą o nim wiedzieć, tak jest lepiej. Nie mogło to ich ochronić przed ogniem i popiołem, ale była mniejsza szansa, że sekret się wyda, co z kolei utrudni im działanie.
– Ale nie jesteśmy śmierciożercami. Nie możemy działać jak oni i na pewno nikt nie powinien być potępiany, bo nie chce parać się czarną magią. Porozmawiam z Jonathanem.
Być może omówienie pewnych spraw we dwoje ułatwi później i działanie w szerszym gronie. Zwłaszcza że nie wiedziała, co tam dokładnie padło. Czasem w emocjach łatwo było o brak zrozumienia i niedomówienie.
– Nad zasobami pracuję w sumie od początku lata. Najpierw były lokacje… teraz chcę skupić się na kontakcie i zabezpieczeniach. Wojnę medialną i propagandę zostawię Jonathanowi, na pewno lepiej się w tym odnajdzie niż ja.
Brenna uważała, że była dobra w analizowaniu i chwytaniu dziesięciu srok za ogony tak, by nie zwiały. Ale niekoniecznie w zjednywaniu sobie serc.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.