15.11.2025, 07:10 ✶
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi, zanim jeszcze cokolwiek powiedziała. Nie musiałem się odwracać - znałem jej sposób stawiania kroków, tę ostrożność podszytą niechęcią, której nigdy specjalnie nie ukrywała. Zaciągnąłem się jeszcze raz, dłużej niż trzeba, jakbym liczył, że dym zasłoni cokolwiek, co można by ze mnie odczytać. Czułem jej spojrzenie, to charakterystyczne „nie wiem, co z tobą zrobić, ale chyba nie mogę cię zignorować”, jej słowa też brzmiały w ten sposób. Wyspać się. Jasne. Parsknąłem krótkim, pustym śmiechem, nie odwracając głowy - to było niemal miłe, niemal. Wypuściłem powoli dym. Miała rację, ale nic z tego nie wynikało. Wiedziałem, że to nie była zaczepka, po prostu stwierdzenie faktu, a jednak zabolało dokładnie tak, jakby ktoś wbił mi palec w świeży siniak.
- Pewnie. - Mruknąłem, nie patrząc na nią. - Powinienem wiele szeczy. - Wzruszyłem ramionami, dopiero wtedy zerknąłem na nią kątem oka. Stała obok, boso na zimnych kafelkach, trzymając tego nieszczęsnego papierosa jak talizman, którego nie powinna dotykać, ale bez którego nie wiedziała, co zrobić z rękami. Westchnąłem, odwróciłem wzrok, pozwalając, żeby noc pochłonęła moje milczenie. Przez chwilę nic nie mówiłem, patrząc w ciemne góry, które wyglądały jak ogromne plecy świata, odwrócone do mnie z premedytacją. Zaciągnąłem się skrętem, czując gorycz bliżej gardła, niż powinna być. Zamknąłem oczy na krótką chwilę - to było pytanie, którego nie powinna zadawać, a ja byłem facetem, który nie powinien na nie odpowiadać, zwłaszcza jej, a jednak musnąłem językiem zęby, zanim odpowiedziałem.
- Co nie pozwala mi zasnąś… - Powtórzyłem wolniej, jakbym próbował ułożyć słowa w gardle, a może kupić sobie trochę czasu. Przesunąłem językiem po zębach, próbując poskładać w głowie jakąkolwiek sensowną odpowiedź, ale nic sensownego mi się nie składało. - Blak snu, jak na ilonię. - Opuszkiem palca strzepnąłem popiół, obserwując jak zniknął w deszczu. Właściwie to od początku wiedziałem, że tak będzie - nie dziś, nie tu, ale od momentu, gdy się jej to przytrafiło, wszystko szło na opak, widziałem w lustrze własny grymas i nie mogłem sobie wmówić, że jest w nim coś, czym można by się pochwalić. - Watelloo. - Milczałem chwilę, bo odpowiedź wymagałaby więcej słów, a ja nie miałem siły na wyjaśnienia, które i tak niczego nie naprawią. W końcu westchnąłem. - Ten jeden zaslany wyból, któlego nie da się odklęciś. Nic szczególnego. - Coś bardzo szczególnego. Każdy miał jakiś moment, jakieś miejsce, które zawsze miało powracać, jako symbol osobistej klęski, co nie?
- Pewnie. - Mruknąłem, nie patrząc na nią. - Powinienem wiele szeczy. - Wzruszyłem ramionami, dopiero wtedy zerknąłem na nią kątem oka. Stała obok, boso na zimnych kafelkach, trzymając tego nieszczęsnego papierosa jak talizman, którego nie powinna dotykać, ale bez którego nie wiedziała, co zrobić z rękami. Westchnąłem, odwróciłem wzrok, pozwalając, żeby noc pochłonęła moje milczenie. Przez chwilę nic nie mówiłem, patrząc w ciemne góry, które wyglądały jak ogromne plecy świata, odwrócone do mnie z premedytacją. Zaciągnąłem się skrętem, czując gorycz bliżej gardła, niż powinna być. Zamknąłem oczy na krótką chwilę - to było pytanie, którego nie powinna zadawać, a ja byłem facetem, który nie powinien na nie odpowiadać, zwłaszcza jej, a jednak musnąłem językiem zęby, zanim odpowiedziałem.
- Co nie pozwala mi zasnąś… - Powtórzyłem wolniej, jakbym próbował ułożyć słowa w gardle, a może kupić sobie trochę czasu. Przesunąłem językiem po zębach, próbując poskładać w głowie jakąkolwiek sensowną odpowiedź, ale nic sensownego mi się nie składało. - Blak snu, jak na ilonię. - Opuszkiem palca strzepnąłem popiół, obserwując jak zniknął w deszczu. Właściwie to od początku wiedziałem, że tak będzie - nie dziś, nie tu, ale od momentu, gdy się jej to przytrafiło, wszystko szło na opak, widziałem w lustrze własny grymas i nie mogłem sobie wmówić, że jest w nim coś, czym można by się pochwalić. - Watelloo. - Milczałem chwilę, bo odpowiedź wymagałaby więcej słów, a ja nie miałem siły na wyjaśnienia, które i tak niczego nie naprawią. W końcu westchnąłem. - Ten jeden zaslany wyból, któlego nie da się odklęciś. Nic szczególnego. - Coś bardzo szczególnego. Każdy miał jakiś moment, jakieś miejsce, które zawsze miało powracać, jako symbol osobistej klęski, co nie?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)