15.11.2025, 13:57 ✶
Patrzyłem na linię horyzontu, chociaż nie widziałem tam kompletnie nic poza mgłą i czarniejącymi drzewami. Nasz początek to był jeden wielki cyrk, z mojej winy i z jej zresztą też, bo oboje mieliśmy twarde łby i kompletnie zero cierpliwości do siebie nawzajem. Teraz… Teraz przynajmniej nie warczeliśmy, może to faktycznie był jakiś postęp. Jej słowa o spaniu uderzyły mnie dokładnie tam, gdzie celowała - nie w dumę, nie w honor, tylko w to, w czym byłem najbardziej przewidywalny, nawet jeśli nie tak dawno zarzuciła mi inaczej - w odpowiedzialność za innych. Nawet jeśli ona uważała mnie za idiotę, nie pozwoliłbym sobie na to, by komuś coś się stało przez moje potknięcie. Skrzywiłem się, bo miała rację, a ja nienawidziłem, kiedy ktoś miał rację bardziej niż ja sam.
- Jasne, nie będę dawał dupy. Nie dziś. Postalam się, pszynajmniej. - Mruknąłem, ale bez kpiny, bo akurat to, co mówiła, miało sens. Wyprostowałem się, przetarłem twarz dłonią, jakbym chciał zetrzeć z niej te zasrane ostatnie dni. Nie musiała mi mówić, że wyglądam gorzej, rzeczywiście mogąc sprawiać wrażenie kogoś, kto zaraz da dupy przez bycie zbyt rozproszonym. Czułem to po sobie, po kilku dniach człowiek zaczyna wyglądać tak, jak się czuje - jak kiepsko sklejona wersja samego siebie.
Parsknąłem cicho, bez wesołości.
- No. Coś w ten deseń. Gówno logiczne, wiem. - Odpowiedziałem. Co było pierwsze - kura czy jajko? - Ale tak to działa. Człowiek nie śpi, bo myśli. Myśli, bo nie śpi.
Kiedy wspomniała o „innym wyjściu”, poczułem, jak coś we mnie napięło się jeszcze bardziej, bo to nie była abstrakcja, to nie była fantazja, to było rozwiązanie, które chodziło mi po głowie od kilku dni. To jedno, konkretne, które naprawiało wszystko nie przez odkręcenie, tylko przez przerwanie.
- Jest wyjście. - Przytaknąłem, wciąż patrząc na linię górskich szczytów skrytą za ulewnym deszczem. Przetarłem dłonią twarz, jak człowiek, który próbował zebrać resztki sił, żeby dokończyć zdanie. Tak, było wyjście, jedno, dokładnie takie, którego nikt by nie chciał na głos powiedzieć, ale które leżało przede mną od samego początku, czekając. Po załatwieniu spraw tutaj - nie wracać, nie pakować tego całego syfu z powrotem do torby, nie wciągać wszystkich w odpowiedzialność za moje decyzje, nie dźwigać przez granicę problemu, który mógłby spokojnie zdechnąć gdzieś indziej, razem ze mną. Przez chwilę patrzyłem na ten cholerny horyzont, jakby tam miała się kryć odpowiedź, cokolwiek, co by mnie usprawiedliwiło. Nic tam nie było, tylko deszcz tłukący o balustradę i wiatr, który przewiewał mnie na wskroś.
Odwróciłem głowę w bok, żeby nie widzieć jej twarzy, by nie zobaczyć tej maleńkiej satysfakcji, której by się pewnie nie wstydziła.
- Jak skończymy to, po co tu pszyjechaliśmy… Nie wlasam s wami do UK. - Słowa wyszły ze mnie spokojnie, zupełnie inaczej niż powinny. Żadnego dramatu, żadnego obracania w żart. Po prostu fakt. To właśnie było to - jedyne, co mogłem zrobić, żeby odciąć konsekwencje, które zaczęły się wtedy, w tamten pierdolony dzień. Jedyne, co mogło dać jej spokój, Ambroise’owi spokój, wszystkim wokół spokój. Odejść z pola widzenia, zniknąć, odciągnąć za sobą burdel, który sam rozpętałem. Powiedzenie tego na głos nie przyniosło ulgi, ale przynajmniej nie było kłamstwem.
- To loswiązuje ploblem, plawda? - Dodałem, nie oczekując odpowiedzi, wiedząc, że właśnie to chciała usłyszeć. Od dawna. Od pierwszego dnia, kiedy spojrzała na mnie i uznała, że moja obecność jest przeszkodą, a nie wsparciem. W Rumunii mieliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - Astaroth był jedną z nich, ja - drugą.
- Jasne, nie będę dawał dupy. Nie dziś. Postalam się, pszynajmniej. - Mruknąłem, ale bez kpiny, bo akurat to, co mówiła, miało sens. Wyprostowałem się, przetarłem twarz dłonią, jakbym chciał zetrzeć z niej te zasrane ostatnie dni. Nie musiała mi mówić, że wyglądam gorzej, rzeczywiście mogąc sprawiać wrażenie kogoś, kto zaraz da dupy przez bycie zbyt rozproszonym. Czułem to po sobie, po kilku dniach człowiek zaczyna wyglądać tak, jak się czuje - jak kiepsko sklejona wersja samego siebie.
Parsknąłem cicho, bez wesołości.
- No. Coś w ten deseń. Gówno logiczne, wiem. - Odpowiedziałem. Co było pierwsze - kura czy jajko? - Ale tak to działa. Człowiek nie śpi, bo myśli. Myśli, bo nie śpi.
Kiedy wspomniała o „innym wyjściu”, poczułem, jak coś we mnie napięło się jeszcze bardziej, bo to nie była abstrakcja, to nie była fantazja, to było rozwiązanie, które chodziło mi po głowie od kilku dni. To jedno, konkretne, które naprawiało wszystko nie przez odkręcenie, tylko przez przerwanie.
- Jest wyjście. - Przytaknąłem, wciąż patrząc na linię górskich szczytów skrytą za ulewnym deszczem. Przetarłem dłonią twarz, jak człowiek, który próbował zebrać resztki sił, żeby dokończyć zdanie. Tak, było wyjście, jedno, dokładnie takie, którego nikt by nie chciał na głos powiedzieć, ale które leżało przede mną od samego początku, czekając. Po załatwieniu spraw tutaj - nie wracać, nie pakować tego całego syfu z powrotem do torby, nie wciągać wszystkich w odpowiedzialność za moje decyzje, nie dźwigać przez granicę problemu, który mógłby spokojnie zdechnąć gdzieś indziej, razem ze mną. Przez chwilę patrzyłem na ten cholerny horyzont, jakby tam miała się kryć odpowiedź, cokolwiek, co by mnie usprawiedliwiło. Nic tam nie było, tylko deszcz tłukący o balustradę i wiatr, który przewiewał mnie na wskroś.
Odwróciłem głowę w bok, żeby nie widzieć jej twarzy, by nie zobaczyć tej maleńkiej satysfakcji, której by się pewnie nie wstydziła.
- Jak skończymy to, po co tu pszyjechaliśmy… Nie wlasam s wami do UK. - Słowa wyszły ze mnie spokojnie, zupełnie inaczej niż powinny. Żadnego dramatu, żadnego obracania w żart. Po prostu fakt. To właśnie było to - jedyne, co mogłem zrobić, żeby odciąć konsekwencje, które zaczęły się wtedy, w tamten pierdolony dzień. Jedyne, co mogło dać jej spokój, Ambroise’owi spokój, wszystkim wokół spokój. Odejść z pola widzenia, zniknąć, odciągnąć za sobą burdel, który sam rozpętałem. Powiedzenie tego na głos nie przyniosło ulgi, ale przynajmniej nie było kłamstwem.
- To loswiązuje ploblem, plawda? - Dodałem, nie oczekując odpowiedzi, wiedząc, że właśnie to chciała usłyszeć. Od dawna. Od pierwszego dnia, kiedy spojrzała na mnie i uznała, że moja obecność jest przeszkodą, a nie wsparciem. W Rumunii mieliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - Astaroth był jedną z nich, ja - drugą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)