15.11.2025, 17:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.11.2025, 17:07 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miała do wróżb ambiwalentny stosunek, większość z nich uznając za zbyt niejasne, zostawiające za dużo pola do interpretacji, i zakładając – lub chcąc wierzyć – że są kowalami własnego losu. Jednocześnie babka wniosła do ich linii krwi całkiem silne trzecie oko i wujowi zdarzało się widywać przynajmniej fragmenty przyszłości.
– Czy ja wiem? Z powodu przeczucia rozwaliłby wszystko, czego nie mógłby zabrać? Cholerny pech – powiedziała, bo jeszcze te dwie – trzy godziny temu miałyby szansę go zastać… – Och, on przepowiadał ludziom katastrofy. A one potem faktycznie się przydarzały. Albo zbieg okoliczności, albo sam o to dbał, a biorąc pod uwagę, że miał w domu przeklętą lampę, to może i to dr…
W tym momencie latarnie zgasły.
Wszystkie, jak na zawołanie, bez ostrzeżenia. Zaułek i pobliska ulica pogrążyły się w ciemnościach: jedynymi źródłami światła były pojedyncze okna mieszkań, w których ktoś nie spał. Brenna odruchowo natychmiast sięgnęła po różdżkę, obracając się przodem w stronę, z której przyszły… może ulegała stereotypom, ale chyba zagrożenia spodziewałaby się przede wszystkim z tamtej strony.
Czyjeś palce zacisnęły się na jej dłoni – i Brenna w pierwszej chwili założyła, że to Victoria. Nie minęło jednak więcej niż parę sekund, gdy dotarło do niej, że nie, to nie mogła być ona. Znała dotyk Zimnych. Ręce mieli chłodne, jakby zmarzli w zimową noc, a ten dotyk… ten dotyk był ciepły.
– Co do diabła? – spytała, jednocześnie różdżkę, wycelowaną przed siebie, unosząc, by rzucić zaklęcie lumos. I spoglądając w bok, jakby spodziewając się, że zobaczy w ciemnościach jeszcze jedną sylwetkę, ale nie: widziała tylko niewysoką postać przyjaciółki, ledwo rysującą się w mroku.
A ktoś trzymał ją za rękę.
lumos
Różdżka zabłysła, a potem światło znowu zgasło i to tylko jeszcze bardziej skonsternowało Brennę, bo zaklęcie należało do tych z gatunku najłatwiejszych. Powinno zadziałać. Latarnie nie powinny gasnąć.
I nie powinna czuć ciepłego dotyku.
Uniosła rękę, i wreszcie, gdy ta znalazła się bliżej oczu, Brenna dostrzegła...
...dwie ręce.
Własną.
I tę drugą.
Nie przytwierdzoną do żadnego nadgarstka.
Przez ułamek sekundy jej umysł zawiesił się na tym widoku. Może powinna wpaść w panikę. Może zacząć krzyczeć. Albo zrobić coś rozsądnego. Ale zamiast tego po prostu się odezwała, zaskakująco spokojnym głosem.
- Victoria? Trup bez ciała trzyma mnie za rękę - powiedziała i dopiero gdy słowa przebrzmiały, zdała sobie sprawę z tego, jak absurdalnie brzmią.
– Czy ja wiem? Z powodu przeczucia rozwaliłby wszystko, czego nie mógłby zabrać? Cholerny pech – powiedziała, bo jeszcze te dwie – trzy godziny temu miałyby szansę go zastać… – Och, on przepowiadał ludziom katastrofy. A one potem faktycznie się przydarzały. Albo zbieg okoliczności, albo sam o to dbał, a biorąc pod uwagę, że miał w domu przeklętą lampę, to może i to dr…
W tym momencie latarnie zgasły.
Wszystkie, jak na zawołanie, bez ostrzeżenia. Zaułek i pobliska ulica pogrążyły się w ciemnościach: jedynymi źródłami światła były pojedyncze okna mieszkań, w których ktoś nie spał. Brenna odruchowo natychmiast sięgnęła po różdżkę, obracając się przodem w stronę, z której przyszły… może ulegała stereotypom, ale chyba zagrożenia spodziewałaby się przede wszystkim z tamtej strony.
Czyjeś palce zacisnęły się na jej dłoni – i Brenna w pierwszej chwili założyła, że to Victoria. Nie minęło jednak więcej niż parę sekund, gdy dotarło do niej, że nie, to nie mogła być ona. Znała dotyk Zimnych. Ręce mieli chłodne, jakby zmarzli w zimową noc, a ten dotyk… ten dotyk był ciepły.
– Co do diabła? – spytała, jednocześnie różdżkę, wycelowaną przed siebie, unosząc, by rzucić zaklęcie lumos. I spoglądając w bok, jakby spodziewając się, że zobaczy w ciemnościach jeszcze jedną sylwetkę, ale nie: widziała tylko niewysoką postać przyjaciółki, ledwo rysującą się w mroku.
A ktoś trzymał ją za rękę.
lumos
Rzut W 1d100 - 20
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Różdżka zabłysła, a potem światło znowu zgasło i to tylko jeszcze bardziej skonsternowało Brennę, bo zaklęcie należało do tych z gatunku najłatwiejszych. Powinno zadziałać. Latarnie nie powinny gasnąć.
I nie powinna czuć ciepłego dotyku.
Uniosła rękę, i wreszcie, gdy ta znalazła się bliżej oczu, Brenna dostrzegła...
...dwie ręce.
Własną.
I tę drugą.
Nie przytwierdzoną do żadnego nadgarstka.
Przez ułamek sekundy jej umysł zawiesił się na tym widoku. Może powinna wpaść w panikę. Może zacząć krzyczeć. Albo zrobić coś rozsądnego. Ale zamiast tego po prostu się odezwała, zaskakująco spokojnym głosem.
- Victoria? Trup bez ciała trzyma mnie za rękę - powiedziała i dopiero gdy słowa przebrzmiały, zdała sobie sprawę z tego, jak absurdalnie brzmią.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.