15.11.2025, 18:02 ✶
Westchnęła cicho, gdy odpowiedział, że Theona nie będzie. Trudno - to nie była jedyna osoba, której dzisiaj przy stole Traversów będzie brakować. Na chłodne spojrzenie odpowiedziała wzruszeniem ramion. Już wyjaśniła, czemu nie dała mu prezentu przy wszystkich, chociaż za tyle powinien być wdzięczny.
Gdy odsunął jej krzesło, uśmiechnęła się i usiadła, a na słowa babki posłała jej szeroki, promienny uśmiech. Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo Faye się zmieniła... Ale nie wiedziała - Nicholas nie puścił pary z ust o ostatnich wydarzeniach w Dolinie Godryka. Inaczej na pewno albo babcia, albo rodzice by z nią rozmawiali na ten temat. Powinna mu później podziękować za to, że potrafił dochować tajemnicy. Faye nałożyła sobie pieczeń, a potem odrobinę sałatki. Zdecydowanie jej dieta była bardziej mięsna, niż powinna być dla młodej, zdrowej kobiety, ale nikt nigdy jej tego nie wytknął. Podczas gdy Nicholas jadł głównie warzywa, te były dla Faye zaledwie dodatkiem. Nie wiedziała, jakim cudem jej brat najadał się samymi warzywami - ona mogłaby zjeść wszystko to, co miał w lodówce a i tak po pięciu minutach byłaby głodna. Odnosiła wrażenie, że mogło to mieć jakiś związek z jej klątwa, ale nigdy w zasadzie nie zastanawiała się nad tym mocniej.
- Przecież nic nie robię - mruknęła cicho w odpowiedzi na słowa ojca, odkrawając kawałek pieczeni. Spojrzała na Nevana niewinnym wzrokiem. Czy ktoś taki mógłby celowo prowokować brata? No gdzie, te słodkie sarnie oczy, niewinne w swojej naiwności: w życiu! Uniosła widelec do ust, wbijając wzrok w talerz. Nie mogło być za pięknie - bardzo cieszyła się na to spotkanie, ale słowa ojca skutecznie sprowadziły ją na ziemię. Jej myśli odruchowo powędrowały w stronę Maddoxa. Ciekawe co robił? Zbliżała się pełnia, czy zadbał o siebie należycie? A co z jego rodzeństwem? Dawno nie miała wieści od Skolla czy Hatiego. Pomyślała też przez chwilę o Leviathanie, ale wolała sobie nie psuć tej kolacji rozmyślaniem akurat o nim. Wiedziała, że musi rozwiązać problem ich "małżeństwa" i to jak najszybciej, ale mężczyzna zdawał się nie być skory do pomocy. Czy znowu będzie musiała się sama wszystkim zająć?
- Dobrze, babciu - drgnęła, gdy Delilah się do niej zwróciła. Odpowiedziała jej tak, jak należy - gdy przełknęła wszystko to, co miała w ustach. - Mam trochę pracy, ale nic ponad moje siły. Będę się też przeprowadzać.
Mimowolnie zerknęła na Nicholasa, ale nie powiedziała nic. Siedź cicho zdawał się mówić jej wzrok. Albo urwę ci ten zimny łeb.
- Być może nie dotknęły mnie bezpośrednio problemy, które pojawiły się w Londynie 8 września, ale okolica, w której mieszkam, jest... Hm. Nie nadaje się już do mieszkania - powiedziała, sięgając po puchar z winem. - Nadpaliło się kilka budynków, na dodatek okoliczne budowle spłonęły i uważam, że rozsądnie jest poszukać czegoś w okolicy, która nie grozi zawaleniem.
Oczywiście nie powiedziała, że do wyprowadzki zmusza ją Nicholas. Nie powiedziała też, co się stało w Kniei. Nie wspomniała nawet słowem o tym, że parter jej domu spłonął niemalże doszczętnie.
- A jak u was? Babciu, mamo, tato? Czy wiadomo, co z resztą rodziny? Są bezpieczni? - zapytała zatroskana i to była troska szczera, niewymuszona. Nie utrzymywała z nikim poza rodzicami, babcią i Nickiem kontaktu. Martwiła się.