15.11.2025, 20:45 ✶
Gdy dostał zaproszenie na Mabon, jego oczy szybko przebiegły po starannie nakreślonych literach. Nie spodziewał się, że rodzina nagle postanowi trzymać się razem, by świętować ten dzień. Było to działanie dość osobliwe i niepasujące do tak licznego rodu, jakim był Lestrange. Do tej pory Mabon spędzali w mniejszym, bliższym gronie - przez lata on, Rabastan i ich rodzice mieli zwykłą kolację, po której każdy rozchodził się do swojego mieszkania. A potem przestali w ogóle świętować. Naprędce jednak skreślił odpowiedź na czystym arkuszu pergaminu, potwierdzając swój udział w rodzinnej kolacji.
Gdy wybiła wieczorna godzina, zjawił się w Maida Vale. Przeszedł dróżką, oświetlaną nieśmiało przez latarnie, poprawiając rękaw czarnego, wełnianego płaszcza. Gdy przeszedł przez drzwi, skrzat niemalże od razu odebrał płaszcz i szalik (przecież żaden szanujący się śmierciożerca nie mógł pozwolić sobie na katarek - w Kromlechu mieli przecież niepisaną zasadę, że nie wolno im było chodzić na misje z katarkiem), a potem próbował Rodolphusa zaprowadzić do jadalni. Ten jednak tylko uniósł zirytowany dłoń. Znał drogę. Przeszedł korytarzem, a miękki dywan wygłuszał odgłos jego kroków. W przeciwieństwie do kobiet, znajdujących się w posiadłości, on wyglądał tak, jak zwykle - pewnie dlatego, że czarne garniturowe spodnie, śnieżnobiała koszula (czym ktoś upierdoli ją tym razem? Krew? Wino? Można było obstawiać zakłady, ubrudzona koszula to był już pewien standard, do którego zdążył się przyzwyczaić, ostatnio notorycznie ludzie wylewali na niego napoje albo obficie krwawili na biały materiał z ran), eleganckie buty i czarna marynarka były czymś, co nosił codziennie. Dzięki temu nigdy nie miał problemów w stylu "co dziś założyć", co oszczędzało mu całkiem sporo czasu rano. Na nadgarstku miał srebrny zegarek, na palcu serdecznym lewej ręki: sygnet z wężem. Czarne włosy zaczesał w tył.
Gdy wszedł do jadalni, jego rodzice już tam byli. Matka uśmiechnęła się do niego promiennie, z kolei ojciec posłał mu surowe spojrzenie. Powinieneś przybyć tu z nami, zdawało się mówić, lecz z ust Reynarda nie wydobył się żaden dźwięk. Rodolphus przeszedł wzdłuż stołu, bo matka zachowała mu krzesło obok siebie. Tylko jedno.
- Rabi jest chory - powiedziała szeptem, nachylając się do Rodolphusa, by ucałować go w policzek i szepnąć mu te kilka słów do ucha. Chory... Chory z tęsknoty? Z miłości? Wiedział, że z bratem nie było dobrze, lecz nie naciskał. Być może samotność w jego jamie była mu potrzebna. Tak się złożyło, że obok Rodolphusa siedziała Victoria, obok której zapewne zarezerwowane były miejsca dla jej sióstr. A może i nie? Rolph zerknął najpierw na kuzynkę, a potem na jej rodziców. Gdzie usiądą jej siostry? I czy aż tak bardzo nie cierpiała swojej matki, że wybrała miejsce z dala od niej? Nachylił się do Victorii nieznacznie.
- Zawsze wyglądasz pięknie, ale dzisiaj przeszłaś samą siebie - powiedział gładko, ściszonym tonem. Był ciekaw, kto się zjawi, a kto postanowił zdezerterować. Czy pojawi się Daphne? A Prim? Louvain na pewno będzie, jednak co z Lorettą? Nie miał od niej wieści od początku czerwca.