15.11.2025, 21:41 ✶
– Hm… jestem ostrożna wobec wróżb… ale chyba wierzę w wizje Morpheusa – przyznała. Zresztą, czy nie miała najlepszego dowodu na to, że są prawdziwe? Przewidział, że Warownię ogarną płomienie.
Mogła mieć tylko nadzieję, że jego wizja nie oznaczała też ich ostatecznego upadku.
*
– Trup trzyma mnie za rękę… nie, ręka trupa trzyma mnie za rękę – powtórzyła Brenna, a potem zamrugała, gdy światło znów się pojawiło, ujawniając ten makabryczny widok: palce Brenny, na których zaciskała się bardzo blada dłoń odcięta od ciała. Nie krwawi, pomyślała Brenna. Nie krwawiła, a była ciepła.
A potem jej umysł wreszcie zaczął działać.
Wszystko w niej krzyczało, by po prostu zacząć machać dłonią i pozbyć się tego paskudztwa, ale jeżeli to faktycznie było to czym się wydawało, miały tutaj fragment czyjegoś ciała. Nie mogła ot tak rzucić go w kąt. I w świetle, które się pojawiło, rozglądała się wokół jak Victoria, nie tylko w poszukiwaniu trupa… ale też czy przypadkiem nie zostaną zaraz zaatakowane.
– Nie gołymi rękami. W kieszeni mam chusteczkę – powiedziała Brenna, sama mając pewien problem z sięgnięciem do tej, bo w jednej ręce trzymała różdżkę, a w drugiej… no cóż, druga była chwilowo unieruchomiona. Walcząc z obrzydzeniem wyciągnęła rękę, pozwalając, aby Victoria ją uwolniła. Odruchowo otarła dłoń o płaszcz, mając wrażenie, że przylgnęło do niej coś bardzo paskudnego.
– Jest ciepła. Nie krwawi. Jedno z dwojga. Albo jakiś czarnomagiczny eksperyment, albo to nie jest ręka, a jakiś… wytwór walniętego rzemieślnika? – stwierdziła, wciąż bardzo spokojnie. Ta ręka dosłownie się do niej doczepiła! Musiała jakoś… wspiąć się po jej nodze? A to oznaczało, że musiała być zaklęta. I to tylko potęgowało absurd i grozę całej sytuacji. Samo znalezienie odciętej kończyny było dostatecznie makabryczne: a coś takiego? Och bogowie, oby to naprawdę był jakiś walnięty eksperymentator, który stwierdził, że fajnie będzie zrobić mechanizm w kształcie ludzkiej dłoni… – Popilnujesz żeby… do licha, jak głupio to brzmi… nie uciekła? – spytała, sama zaciskając mocno palce na różdżce. Najszybszym sposobem, aby sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu leżał trup albo za którymś kubłem na śmierci krył się jakiś czarnoksiężnik, wydała się jej w tej chwili przemiana. Krew i rozkład to były dwa zapachy, które naprawdę ciężko pomylić z innymi, a w zwierzęcej postaci zmysły stawały się znacznie bardziej wrażliwe.
Moment później opadła na cztery wilcze łapy i zbliżyła się do Victorii, by powąchać rękę. A potem zaczęła krążyć w pobliżu, pozostając jednak cały czas w zasięgu światła – za żadne skarby nie chciała, by teraz się rozdzieliły.
Niczego jednak nie wyczuwała. Żadnego trupa. Zapachy dziesiątek ludzi, którzy przeszli tędy ostatnio, krzyżowały się i nie mogłaby wyłapać pośród nich jednego, ale nie było i świeżego smrodu czarnej magii, który doprowadziłby je do celu.
Po dłuższej chwili na chodniku znów pojawiła się ciemnowłosa kobieta.
- W pobliżu nie ma ciała.
Mogła mieć tylko nadzieję, że jego wizja nie oznaczała też ich ostatecznego upadku.
*
– Trup trzyma mnie za rękę… nie, ręka trupa trzyma mnie za rękę – powtórzyła Brenna, a potem zamrugała, gdy światło znów się pojawiło, ujawniając ten makabryczny widok: palce Brenny, na których zaciskała się bardzo blada dłoń odcięta od ciała. Nie krwawi, pomyślała Brenna. Nie krwawiła, a była ciepła.
A potem jej umysł wreszcie zaczął działać.
Wszystko w niej krzyczało, by po prostu zacząć machać dłonią i pozbyć się tego paskudztwa, ale jeżeli to faktycznie było to czym się wydawało, miały tutaj fragment czyjegoś ciała. Nie mogła ot tak rzucić go w kąt. I w świetle, które się pojawiło, rozglądała się wokół jak Victoria, nie tylko w poszukiwaniu trupa… ale też czy przypadkiem nie zostaną zaraz zaatakowane.
– Nie gołymi rękami. W kieszeni mam chusteczkę – powiedziała Brenna, sama mając pewien problem z sięgnięciem do tej, bo w jednej ręce trzymała różdżkę, a w drugiej… no cóż, druga była chwilowo unieruchomiona. Walcząc z obrzydzeniem wyciągnęła rękę, pozwalając, aby Victoria ją uwolniła. Odruchowo otarła dłoń o płaszcz, mając wrażenie, że przylgnęło do niej coś bardzo paskudnego.
– Jest ciepła. Nie krwawi. Jedno z dwojga. Albo jakiś czarnomagiczny eksperyment, albo to nie jest ręka, a jakiś… wytwór walniętego rzemieślnika? – stwierdziła, wciąż bardzo spokojnie. Ta ręka dosłownie się do niej doczepiła! Musiała jakoś… wspiąć się po jej nodze? A to oznaczało, że musiała być zaklęta. I to tylko potęgowało absurd i grozę całej sytuacji. Samo znalezienie odciętej kończyny było dostatecznie makabryczne: a coś takiego? Och bogowie, oby to naprawdę był jakiś walnięty eksperymentator, który stwierdził, że fajnie będzie zrobić mechanizm w kształcie ludzkiej dłoni… – Popilnujesz żeby… do licha, jak głupio to brzmi… nie uciekła? – spytała, sama zaciskając mocno palce na różdżce. Najszybszym sposobem, aby sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu leżał trup albo za którymś kubłem na śmierci krył się jakiś czarnoksiężnik, wydała się jej w tej chwili przemiana. Krew i rozkład to były dwa zapachy, które naprawdę ciężko pomylić z innymi, a w zwierzęcej postaci zmysły stawały się znacznie bardziej wrażliwe.
Moment później opadła na cztery wilcze łapy i zbliżyła się do Victorii, by powąchać rękę. A potem zaczęła krążyć w pobliżu, pozostając jednak cały czas w zasięgu światła – za żadne skarby nie chciała, by teraz się rozdzieliły.
Niczego jednak nie wyczuwała. Żadnego trupa. Zapachy dziesiątek ludzi, którzy przeszli tędy ostatnio, krzyżowały się i nie mogłaby wyłapać pośród nich jednego, ale nie było i świeżego smrodu czarnej magii, który doprowadziłby je do celu.
Po dłuższej chwili na chodniku znów pojawiła się ciemnowłosa kobieta.
- W pobliżu nie ma ciała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.