15.11.2025, 22:01 ✶
Zaciąłem zęby, kiedy padł ten komentarz. To było w jej stylu - pół kroku w moją stronę, pół w stronę zimnej rezerwy, może dobrze, gdyby była łagodna, nie wiedziałbym, co z tym zrobić. Wypuściłem powietrze powoli, aż nazbyt powoli, jakbym musiał ręcznie sterować oddechem, żeby nie wkurwić się bardziej. Jej komentarze trafiały celnie, może aż za bardzo - nie próbowała mnie pocieszać, i chociaż normalnie pewnie bym to docenił, dziś każde słowo odbijało się ode mnie ostrzej niż powinno.
- Walto myśleś? - Powtórzyłem cicho, jak gorzki żart. - No, widaś nie zawsze.
Myśli mnie zapętlały, to prawda. Człowiek sobie coś obiecuje, że nie wróci do tego, co go kiedyś niszczyło, a później wystarczy jeden parszywy wybór i stoi znowu w punkcie wyjścia jak idiota. Jeśli ona sądziła, że kilka dni temu byłem normalny, to dobrze - to znaczy, że wtedy jeszcze byłem w stanie udawać. Teraz już nie. Patrzyłem w ciemność przed nami, nie na nią, bo z nią to zawsze działało jak tarcie dwóch kamieni. To było łatwiejsze, kiedy nie musiałem się liczyć z jej spojrzeniem, a jednocześnie chore było to, jak dużo z jej słów trafiało mi prosto pod żebra. Nie dlatego, że były raniące - dlatego, że były bezpardonowo trzeźwe. Takie ludzie pamiętają na długo.
Kiedy wsunęła papierosa za ucho, prawie parsknąłem, ale brakło mi siły. A potem dowaliła - walnęła w punkt, prosto, bez rozbiegu.
„Znowu wybierasz ucieczkę? Nie miałam cię za tchórza.”
W pierwszej sekundzie aż mnie zatkało. Patrzyłem przed siebie, na ten cholerny deszcz, jakby miał mi dać odpowiedź, której szukałem wiele dni, a której nie znalazłem nawet wtedy, gdy podjąłem decyzję i poczułem, jak wszystko się pode mną wali. Wiedziałem, że wyglądałem jak zbity pies. Nie trzeba było luster, żeby to zauważyć.
- Naplawdę? - Mruknąłem, teatralnie próbując sprawdzić, czy dobrze usłyszałem. Wypuściłem powietrze powoli, z rozdrażnioną, krótką nutą śmiechu. Obróciłem głowę na tyle, by ją zobaczyć kątem oka. - Nie miałaś mnie za tchósza? To były pielwsze piepszone słowa, jakie kiedykolwiek do mnie powiedziałaś.
Nie odwróciłem się całkowicie w jej stronę - nie chciałem widzieć, jak unosi brew, jak zaciska usta, jak już układa w głowie kolejną logicznie zgrabną odpowiedź.
- Udawanie, sze ploblem nie istnieje? - Powtórzyłem po niej, krótko. - Gdybym chciał udawaś, po plostu bym wlósił i lobił doblą minę do złej gly. To dopielo byłoby odwlacanie wzloku. - Mój głos był matowy. - To nie jest udawanie, sze ploblem nie istnieje. - Burknąłem po chwili. -To jest jedyne loswiązanie, jakie zostało na stole. Pszyznanie, sze ja jestem ploblemem. Więc mosze najlepiej… Usunąś problem. „Lecz pszyczynę, nie objaw”, jako pani doktolowa, powinnaś byś s tym obeznana. - Nie był to dramatyczny tekst, raczej zwykła logika. Przez moment miałem ochotę dodać coś jeszcze, jakąś obronę własnej decyzji, choćby lichą, ale nie miało to sensu. Może faktycznie dałoby się coś zrobić, może, ale nie każde gówno da się naprawić rozmową albo przeprosinami. Czasem jedyne, co można zrobić, to przestać bruździć ludziom, którzy i tak mają wystarczająco dużo na głowie.
- Gówno wiesz, co mną kieluje. Nie jesteś Isobel. Ani Letą. - Dodałem równie spokojnie. - Nie jesteśmy blisko, nie opowiadałem ci szadnych histolii na doblanoc, gdy byliśmy dziećmi, więc nawet nie plóbuj udawaś, sze masz pełen oblas. Masz tylko tyle, ile widzisz.
A widziała niewiele.
Skrzywiłem się lekko, kiedy wspomniała, że byłem zadowolony - tak, przez chwilę było normalnie. Zbyt normalnie, jak na coś, co wisiało nade mną od dawna. Owszem, wyglądałem na spokojnego, bo umiałem to robić. Potrafiłem wejść w to, co rodzinne, czego kiedyś nie miałem, potrafiłem grać normalność, nawet zacząłem ją prawie czuć, ale to było przed tamtą decyzją.
Pauza zawisła ciężko, nie po to, by dramatyzować, tylko dlatego, że tak właśnie brzmiała prawda.
- Walto myśleś? - Powtórzyłem cicho, jak gorzki żart. - No, widaś nie zawsze.
Myśli mnie zapętlały, to prawda. Człowiek sobie coś obiecuje, że nie wróci do tego, co go kiedyś niszczyło, a później wystarczy jeden parszywy wybór i stoi znowu w punkcie wyjścia jak idiota. Jeśli ona sądziła, że kilka dni temu byłem normalny, to dobrze - to znaczy, że wtedy jeszcze byłem w stanie udawać. Teraz już nie. Patrzyłem w ciemność przed nami, nie na nią, bo z nią to zawsze działało jak tarcie dwóch kamieni. To było łatwiejsze, kiedy nie musiałem się liczyć z jej spojrzeniem, a jednocześnie chore było to, jak dużo z jej słów trafiało mi prosto pod żebra. Nie dlatego, że były raniące - dlatego, że były bezpardonowo trzeźwe. Takie ludzie pamiętają na długo.
Kiedy wsunęła papierosa za ucho, prawie parsknąłem, ale brakło mi siły. A potem dowaliła - walnęła w punkt, prosto, bez rozbiegu.
„Znowu wybierasz ucieczkę? Nie miałam cię za tchórza.”
W pierwszej sekundzie aż mnie zatkało. Patrzyłem przed siebie, na ten cholerny deszcz, jakby miał mi dać odpowiedź, której szukałem wiele dni, a której nie znalazłem nawet wtedy, gdy podjąłem decyzję i poczułem, jak wszystko się pode mną wali. Wiedziałem, że wyglądałem jak zbity pies. Nie trzeba było luster, żeby to zauważyć.
- Naplawdę? - Mruknąłem, teatralnie próbując sprawdzić, czy dobrze usłyszałem. Wypuściłem powietrze powoli, z rozdrażnioną, krótką nutą śmiechu. Obróciłem głowę na tyle, by ją zobaczyć kątem oka. - Nie miałaś mnie za tchósza? To były pielwsze piepszone słowa, jakie kiedykolwiek do mnie powiedziałaś.
Nie odwróciłem się całkowicie w jej stronę - nie chciałem widzieć, jak unosi brew, jak zaciska usta, jak już układa w głowie kolejną logicznie zgrabną odpowiedź.
- Udawanie, sze ploblem nie istnieje? - Powtórzyłem po niej, krótko. - Gdybym chciał udawaś, po plostu bym wlósił i lobił doblą minę do złej gly. To dopielo byłoby odwlacanie wzloku. - Mój głos był matowy. - To nie jest udawanie, sze ploblem nie istnieje. - Burknąłem po chwili. -To jest jedyne loswiązanie, jakie zostało na stole. Pszyznanie, sze ja jestem ploblemem. Więc mosze najlepiej… Usunąś problem. „Lecz pszyczynę, nie objaw”, jako pani doktolowa, powinnaś byś s tym obeznana. - Nie był to dramatyczny tekst, raczej zwykła logika. Przez moment miałem ochotę dodać coś jeszcze, jakąś obronę własnej decyzji, choćby lichą, ale nie miało to sensu. Może faktycznie dałoby się coś zrobić, może, ale nie każde gówno da się naprawić rozmową albo przeprosinami. Czasem jedyne, co można zrobić, to przestać bruździć ludziom, którzy i tak mają wystarczająco dużo na głowie.
- Gówno wiesz, co mną kieluje. Nie jesteś Isobel. Ani Letą. - Dodałem równie spokojnie. - Nie jesteśmy blisko, nie opowiadałem ci szadnych histolii na doblanoc, gdy byliśmy dziećmi, więc nawet nie plóbuj udawaś, sze masz pełen oblas. Masz tylko tyle, ile widzisz.
A widziała niewiele.
Skrzywiłem się lekko, kiedy wspomniała, że byłem zadowolony - tak, przez chwilę było normalnie. Zbyt normalnie, jak na coś, co wisiało nade mną od dawna. Owszem, wyglądałem na spokojnego, bo umiałem to robić. Potrafiłem wejść w to, co rodzinne, czego kiedyś nie miałem, potrafiłem grać normalność, nawet zacząłem ją prawie czuć, ale to było przed tamtą decyzją.
Pauza zawisła ciężko, nie po to, by dramatyzować, tylko dlatego, że tak właśnie brzmiała prawda.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)