16.11.2025, 00:09 ✶
Zmrużyłem na moment oczy, nie ze złości, tylko dlatego, że każde jej słowo trafiało we mnie jak w coś, co już i tak było popękane. Może dlatego nie musiałem niczego udawać - nie była jedną z tych osób, przed którymi człowiek instynktownie naciąga maskę. Miała za duży radar na fałsz, albo to ja byłem zbyt zmęczony, by próbować jej coś wciskać. Poza tym - jej niby-przeprosiny były toporne jak cholera, ale szczere, a szczerość była walutą, którą respektowałem bardziej niż większość innych. Nie potrzebowałem od niej kajania się. To, co powiedziała, brzmiało jak Geraldine, więc było wystarczająco prawdziwe, żebym nie musiał tego drążyć.
- Wkulwianie ludzi wychodziło mi zawsze dość natulalnie. - Mruknąłem, nie jako żart, tylko zwykły fakt. - A tamtego dnia… Tak, wiem. Mogłem to loseglaś inaczej. Mogłem loseglaś inaczej wszystko. - To były zarówno przeprosiny - w pewnym sensie - jak i była cześć problemu, objaw do diagnozy. Ja swoją postawiłem sobie dawno temu - to nie była poza, nie było w tym dramatyczne uderzenie pięścią w pierś, to było czyste, zimne stwierdzenie faktu. Cegła, która wpadła do wody i poszła na dno.
- Nie muszę się zastanawiaś nad pszyczyną. - Powiedziałem w końcu, wolniej, niż planowałem. - Ona jest tak kulwa pszejszysta, sze balsiej się nie da.
Odsunąłem się o pół kroku od balustrady, żeby zebrać myśl, chociaż wiedziałem, że nie ma jej co zbierać - była tam cały czas.
- Nie patszyłem, w kogo ładuję kutasa. Okej? Chcesz autodiagnozy? To ją masz. - Słowa wyszły ze mnie chropowato, ostro, ale bez agresji. - A potem, jak kaszdy debil s jakimś lesztkowym pojęciem o honosze, oszeniłem się, bo tak było „słusznie”. Bo sytuacja, bo konsekwencje, bo tszeba blaś odpowiedzialność za czyjeś szycie, nawet jeśli własne jusz dawno lozjebałeś. - Wzruszyłem ramionami, ciężko, jakby to była tylko statystyka, a nie moje własne piekło. Przez chwilę było dobrze - jasne, oczywiście, ale stosunkowo szybko okazało się, jak to miało wyglądać. - Więc nie, nie spieldalam pszed sobą samym. Stoję dokładnie tam, gdzie mnie postawiono, i pszyjmuję to, jak wygląda bilans. - Powiedziałem spokojnie, bez emocji, które mógłbym ukrywać. Nie miałem w głosie żalu, ani rozpaczy, tylko stwierdzenie faktu, tak obojętne, jakbym mówił o pogodzie. Vonnegut by to pewnie lepiej ujął, ale nie miałem w sobie poetyki. Ciemność wokół nas zgęstniała, deszcz dudnił, a w uszach brzmiało mi echo czegoś, czego nie chciałem wypowiadać, ale i tak wypowiedziałem. - To nie jest altluizm. Nie plóbuję tesz glaś męczennika. Po plostu… Dotalłem do mulu, wiem, sze jak zostanę, to losjebię więcej szeszy, nisz jusz losjebałem. Bo wiem, jak to się skończy. Wiesz, co jest zabawne? - Zapytałem, chociaż to nie było pytanie. - Ta sama osoba, ta, któlą wziąłem za szonę. Ta, ktola zachowywała się tak, jakbyśmy mieli daś ladę ze wszystkim - nie miałem potrzeby dodawać, że była szonem, nie żoną, zakładając, że to chyba wszyscy już wiedzieli - powiedziała mi kiedyś, sze wszyscy mieliby łatwiej, gdybym się po plostu kiedyś zabił, to by rozwiązało problem szybciej, czyściej, kompletnie. - Nie uniosłem głosu, nie musiałem, to zdanie samo niosło cały ciężar. - Więc nie mów mi, sze dlamatyzuję. Znam lealną cenę. Wypowiedzianą, podpisaną, dostalczoną osobiście. A mimo tego upalłem się być doblym chłopcem i wszystko latowaś, udowadniaś, naplawiaś, sklejaś. I wiesz, gdzie mnie to doplowadziło? Do tego momentu. - Powoli podniosłem wzrok, chociaż nadal nie patrzyłem jej prosto w oczy. Przeciągnąłem dłonią po karku, jakbym chciał wyrzucić z siebie napięcie, które siedziało tam od tygodni.
- Wkulwianie ludzi wychodziło mi zawsze dość natulalnie. - Mruknąłem, nie jako żart, tylko zwykły fakt. - A tamtego dnia… Tak, wiem. Mogłem to loseglaś inaczej. Mogłem loseglaś inaczej wszystko. - To były zarówno przeprosiny - w pewnym sensie - jak i była cześć problemu, objaw do diagnozy. Ja swoją postawiłem sobie dawno temu - to nie była poza, nie było w tym dramatyczne uderzenie pięścią w pierś, to było czyste, zimne stwierdzenie faktu. Cegła, która wpadła do wody i poszła na dno.
- Nie muszę się zastanawiaś nad pszyczyną. - Powiedziałem w końcu, wolniej, niż planowałem. - Ona jest tak kulwa pszejszysta, sze balsiej się nie da.
Odsunąłem się o pół kroku od balustrady, żeby zebrać myśl, chociaż wiedziałem, że nie ma jej co zbierać - była tam cały czas.
- Nie patszyłem, w kogo ładuję kutasa. Okej? Chcesz autodiagnozy? To ją masz. - Słowa wyszły ze mnie chropowato, ostro, ale bez agresji. - A potem, jak kaszdy debil s jakimś lesztkowym pojęciem o honosze, oszeniłem się, bo tak było „słusznie”. Bo sytuacja, bo konsekwencje, bo tszeba blaś odpowiedzialność za czyjeś szycie, nawet jeśli własne jusz dawno lozjebałeś. - Wzruszyłem ramionami, ciężko, jakby to była tylko statystyka, a nie moje własne piekło. Przez chwilę było dobrze - jasne, oczywiście, ale stosunkowo szybko okazało się, jak to miało wyglądać. - Więc nie, nie spieldalam pszed sobą samym. Stoję dokładnie tam, gdzie mnie postawiono, i pszyjmuję to, jak wygląda bilans. - Powiedziałem spokojnie, bez emocji, które mógłbym ukrywać. Nie miałem w głosie żalu, ani rozpaczy, tylko stwierdzenie faktu, tak obojętne, jakbym mówił o pogodzie. Vonnegut by to pewnie lepiej ujął, ale nie miałem w sobie poetyki. Ciemność wokół nas zgęstniała, deszcz dudnił, a w uszach brzmiało mi echo czegoś, czego nie chciałem wypowiadać, ale i tak wypowiedziałem. - To nie jest altluizm. Nie plóbuję tesz glaś męczennika. Po plostu… Dotalłem do mulu, wiem, sze jak zostanę, to losjebię więcej szeszy, nisz jusz losjebałem. Bo wiem, jak to się skończy. Wiesz, co jest zabawne? - Zapytałem, chociaż to nie było pytanie. - Ta sama osoba, ta, któlą wziąłem za szonę. Ta, ktola zachowywała się tak, jakbyśmy mieli daś ladę ze wszystkim - nie miałem potrzeby dodawać, że była szonem, nie żoną, zakładając, że to chyba wszyscy już wiedzieli - powiedziała mi kiedyś, sze wszyscy mieliby łatwiej, gdybym się po plostu kiedyś zabił, to by rozwiązało problem szybciej, czyściej, kompletnie. - Nie uniosłem głosu, nie musiałem, to zdanie samo niosło cały ciężar. - Więc nie mów mi, sze dlamatyzuję. Znam lealną cenę. Wypowiedzianą, podpisaną, dostalczoną osobiście. A mimo tego upalłem się być doblym chłopcem i wszystko latowaś, udowadniaś, naplawiaś, sklejaś. I wiesz, gdzie mnie to doplowadziło? Do tego momentu. - Powoli podniosłem wzrok, chociaż nadal nie patrzyłem jej prosto w oczy. Przeciągnąłem dłonią po karku, jakbym chciał wyrzucić z siebie napięcie, które siedziało tam od tygodni.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)