16.11.2025, 09:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2025, 17:49 przez Lorraine Malfoy.)
– Usłyszeć wyznanie wiary z ust niewierzącego – powiedziała w końcu Lorraine, jej głos drżący pod usilnie tłumionym wzruszeniem. Wyglądała na przejętą słowami, jakie padły z ust Peregrinusa. A potem nagle się zaśmiała. Coś niezwykle radosnego było w tym śmiechu, niewłaściwym być może w miejscu, w którym śmierć poniosło tak wielu. Śmiechu pełnym niedowierzania, jak gdyby Lorraine odkrywała coś... Coś zupełnie dla niej nowego. – O jakie lepsze potwierdzenie wiary możnaby prosić? Uczono mnie jak się modlić, od lat przyzywam zresztą Matkę po imieniu. Przyzywałam ją ku sobie częściej niż rodzoną matkę. Jeżeli ty nie wierzysz, ja muszę zatem wierzyć tym silniej. Właśnie dlatego, że nie umiem mówić o wierze tak pięknie, jak robisz to ty. Nie, ja... – odetchnęła głęboko, poważniejąc nagle. "Pomyślałaś, że bogini mogła okazać i inne ludzkie ułomności? Jak kłamstwo?" – Nie pomyślałam o tym.
Nie było w tym wyznaniu wstydu. Jedynie głęboka zaduma, zastanowienie nad tym, co właśnie powiedział Peregrinus, stawiając wyzwanie jej światopoglądowi. Odkrywając przed nią nową ścieżkę, którą mogły podążyć jej myśli, tak jak ona odkrywała przed nim ścieżki Lasu Wisielców. Nie uśmiechała się, skupienie wymalowane było na jej twarzy, nie dbała bowiem o to, aby kontrolować przy jasnowidzu swą mimikę. Czasem jej milczenie było przecież największym komplementem, jaki można było dostać. Lorraine składała się bowiem z opowieści, które poustawiane jedna na drugiej, tworzyły coś na kształt osobistej mitologii. Muru, odgradzającego ją od reszty świata. Gdy brakowało jej słów, wtedy dopiero widziało się prawdziwą Lorraine. Tę, która żyła we własnej głowie, w niewypowiedzianym: ale teraz będę o tym myśleć. Potrzebowała po prostu czasu. Czasu, żeby ubrać w słowa pytania, które powoli formowały się w jej umyśle. Niesłychany szacunek żywiła wobec Peregrinusa, który potrafił tłumaczyć, aż zrozumie. Czekać, póki nie pojmie. Wdzięczność, ale i ulga musiały się malować na jej twarzy, gdy przerwała zaległe między nimi milczenie.
– Zacząłeś mi opowiadać o lesie z zaświatów. Nie wiem, jak wyglądają zaświaty, które widzicie wy, Trelawneyowie. Wiem jednak, jak to jest, śnić na jawie. Gdy opowiadam o sobie... Trudno mi czasem odróżnić sny od wspomnień. Może dlatego, że w dzieciństwie zbyt często opowiadałam sobie bajki, zamiast zasnąć. Stało się to poniekąd moją drugą naturą. Opowiadałam sobie bajki, aby przetrwać. Najpierw nocami, a potem dniami. A potem dnie stawały się nocami, a noce dniami. A choć rzeczywistość daleka była bajkom, wierzyłam, że bajki mogą stać się rzeczywistością. Bo tak jak wspomnienia ulegają wypaczeniu... – Przez twarz Lorraine przebiegł cień, jak zawsze wtedy, gdy myślała o Mirandzie. – ...Tak opowieści są wieczne. Opowiadane wciąż na nowo i nowo, mogą zmieniać bieg historii. Więc snułam swe opowieści, licząc, że przetrwają dłużej niż trwa pamięć. Przeróżne były to opowieści... – Nawet teraz snuła taką w głowie, chcąc unieśmietelnić trwającą chwilę. Była sobie kiedyś księżniczka, która mieszkała samotnie w jadeitowym pałacyku otoczonym nefrytowym ogrodem. Był też kiedyś samotny książę z kryształowymi oczami, świecącymi tak jasno, jak gwiazdy na firmamencie. Jak to w bajkach bywa, oboje żyli w tym samym "kiedyś". Więc kiedy samotność stawała się nieznośną, książę nawiedzał księżniczkę. Kroczył tak, jak mu pokazała. Wyłożoną szmaragdami ścieżką, na której końcu czekała księżniczka. A potem kroczyli już razem w stronę pałacu, a drzewa wokół szumiały, gdy stęskniona, zaczynała snuć swą opowieść. – O księżniczkach i o książętach. O rycerzach. O damach. O smokach. A na początku tych opowieści... – westchnęła nagle. – Na początku zawsze był król.
Jej serce ominęło jedno uderzenie, gdy podniosła wreszcie wzrok na przyjaciela.
– Oto początek tej opowieści, Peregrinusie. Początek ścieżki – wyszeptała Lorraine, zatrzymując się przed drzewem, z którego konaru zwieszał się wiekowy szkielet z popękaną czaszką. Wisielczy powróz puścił, więc trup częściowo leżał na ziemi, złożywszy na niej na głowę ze złamanym karkiem, częściowo zaś wciąż wisiał w powietrzu, z nogami w górze, niby Wisielec z tarota. – Poznaj, proszę, króla Ryszarda II.
Ujęła delikatnie dłoń jasnowidza, uśmiechając się do niego leciutko. A potem dygnęła z dworską galanterią przed zwieszającym się z gałęzi kościotrupem, subtelnie zachęcając Peregrinusa, aby zrobił to samo, podążając za jej przykładem. Bo przecież stali przed obliczem króla. A ona już jako mała dziewczynka wiedziała, że królowi należy oddać pokłon.
– Leży niemal na ziemi, nazwałam go więc na cześć szekspirowskiego króla. Tego, który prosił... "Nie mówmy o nadziei. Mówmy o trumnach – o robakach – o nagrobkach!" – wyrecytowała cicho. – "Niech pył nam będzie papierem, a łzami piszmy na łonie ziemi smutne dzieje. I cóż z nas każdy przekazem dać może, prócz ciała swego, nędznego, mogile?". – Lorraine pokręciła głową, uśmiechając się wciąż lekko, jak gdyby sama była rozbawiona patosem, który bił z cytatu zapożyczonego ze sztuki o królu Ryszardzie. – "Więc, przez Boga, siądźmy, panowie, na ziemi, i królewskich śmierci prawmy smutne dzieje." – Pamiętała też ciąg dalszy. Recytowała go raz po raz, z religijną czcią niemal, za każdym razem, gdy wchodziła do Lasu Wisielców. "Prawmy o tym, jak jedni z tronów swych byli strąceni, inni polegli w boju, inni znowu straszeni byli przez tych królów duchy, których strącili. Tych otruły żony, tamtych zabito we śnie, ale wszyscy zamordowani... Bo w korony wnętrzu – która śmiertelną królów skroń otacza – śmierć dwór swój chowa."
A król znów miał koronę. Kwitnące pnącze, które wspięło się po pniu drzewa, aby opleść z czasem szczątki wisielca, pokryło bowiem nagą czaszkę kwieciem. Zamiast misternego wykuszu były więc gałązki, splecione ze sobą zdrewniałymi łodyżkami. Zamiast klejnotów koronnych, które obsadzano w oprawie szlachetnych metali, były kwiaty. Te niemal przekwitłe, i te jeszcze zwinięte w pączki.
– Przychodziłam tu jako mała dziewczynka, kiedy czułam się samotna. Przychodziłam, i opowiadałam mu o tym, co mnie trapi. Bo przecież dobry król powinien umieć słuchać swych poddanych... A ja bardzo potrzebowałam wysłuchania.
Powierzyła jego pieczy wiele swych trosk. Trosk małych i dużych. Tych do bólu dziecinnych, ale i tych przerażająco dorosłych. Poniekąd uczyniła to miejsce swoją domeną, swym królestwem. Pałacem pamięci, którego posadami nie mogło wstrząsnąć nic, nawet śmierć. Śmierć nie była bowiem czymś złym. Uświadomiła to sobie bardzo wcześnie, widząc, że umierający stają się w końcu jednością z naturą. Ciała toczyły robaki, dzikie zwierzęta wyżerały wnętrzności, bielejące kości pochłaniała ziemia. Nie zbliżała się do świeżych trupów, które zajmowały padlinożerców, ale modliła się za nie, bo przecież za zmarłych trzeba się modlić. Wiele modlitw tu zostawiła, wiele wspomnień. Ukrywała pośród drzew uszkodzone przez legilimencję wspomnienia, wierząc, że w ten sposób nikt nie zdoła jej odebrać pamięci. Aby sobie przypomnieć, wystarczyło przejść ścieżką, wzdłuż której leżały pochowane trupy. Wystarczyło wejść do jej pałacu, jej mauzoleum. Wpuszczała do niego Peregrinusa powoli, pozwalając przyzwyczaić stopy do wytartego dywanu z leśnego runa, oczy do pogrążonego w ciemności sklepienia utworzonego z koron drzew. Przepraszam, że tyle tu cierni, tyle ostrych kamieni na ścieżce, mówiło jej spojrzenie. Pozwoliła mu się w nim rozgościć, aby czuł się wygodnie. Nie kroczyli bowiem wyłącznie ścieżkami lasu. Kroczyli ścieżkami umysłu Lorraine, ścieżkami wspomnień, a te, choć były często krętymi, nie stanowiły zagrożenia dla wędrujących, którzy stąpali tak ostrożnie, jak stąpał Peregrinus.
Jakaż groza mogłaby bowiem czyhać na niego w umyśle dziewczynki, która nawet zapomniane przez bogów i ludzi trupy próbowała uczynić swymi... Przyjaciółmi.
– Zdaje mi się, że i ty potrzebujesz być wysłuchanym. Więc... Opowiedz. Umarli już nie osądzają. – Lorraine odwzajemniła uśmiech wyszczerzonej czaszki króla, zanim pokazała Peregrinowi, w którą stronę powinni udać się dalej. – Ale tylko żywi umieją pocieszyć naprawdę.
Nie, dzisiaj żadne z nich nie musiało być samotne.
Nie było w tym wyznaniu wstydu. Jedynie głęboka zaduma, zastanowienie nad tym, co właśnie powiedział Peregrinus, stawiając wyzwanie jej światopoglądowi. Odkrywając przed nią nową ścieżkę, którą mogły podążyć jej myśli, tak jak ona odkrywała przed nim ścieżki Lasu Wisielców. Nie uśmiechała się, skupienie wymalowane było na jej twarzy, nie dbała bowiem o to, aby kontrolować przy jasnowidzu swą mimikę. Czasem jej milczenie było przecież największym komplementem, jaki można było dostać. Lorraine składała się bowiem z opowieści, które poustawiane jedna na drugiej, tworzyły coś na kształt osobistej mitologii. Muru, odgradzającego ją od reszty świata. Gdy brakowało jej słów, wtedy dopiero widziało się prawdziwą Lorraine. Tę, która żyła we własnej głowie, w niewypowiedzianym: ale teraz będę o tym myśleć. Potrzebowała po prostu czasu. Czasu, żeby ubrać w słowa pytania, które powoli formowały się w jej umyśle. Niesłychany szacunek żywiła wobec Peregrinusa, który potrafił tłumaczyć, aż zrozumie. Czekać, póki nie pojmie. Wdzięczność, ale i ulga musiały się malować na jej twarzy, gdy przerwała zaległe między nimi milczenie.
– Zacząłeś mi opowiadać o lesie z zaświatów. Nie wiem, jak wyglądają zaświaty, które widzicie wy, Trelawneyowie. Wiem jednak, jak to jest, śnić na jawie. Gdy opowiadam o sobie... Trudno mi czasem odróżnić sny od wspomnień. Może dlatego, że w dzieciństwie zbyt często opowiadałam sobie bajki, zamiast zasnąć. Stało się to poniekąd moją drugą naturą. Opowiadałam sobie bajki, aby przetrwać. Najpierw nocami, a potem dniami. A potem dnie stawały się nocami, a noce dniami. A choć rzeczywistość daleka była bajkom, wierzyłam, że bajki mogą stać się rzeczywistością. Bo tak jak wspomnienia ulegają wypaczeniu... – Przez twarz Lorraine przebiegł cień, jak zawsze wtedy, gdy myślała o Mirandzie. – ...Tak opowieści są wieczne. Opowiadane wciąż na nowo i nowo, mogą zmieniać bieg historii. Więc snułam swe opowieści, licząc, że przetrwają dłużej niż trwa pamięć. Przeróżne były to opowieści... – Nawet teraz snuła taką w głowie, chcąc unieśmietelnić trwającą chwilę. Była sobie kiedyś księżniczka, która mieszkała samotnie w jadeitowym pałacyku otoczonym nefrytowym ogrodem. Był też kiedyś samotny książę z kryształowymi oczami, świecącymi tak jasno, jak gwiazdy na firmamencie. Jak to w bajkach bywa, oboje żyli w tym samym "kiedyś". Więc kiedy samotność stawała się nieznośną, książę nawiedzał księżniczkę. Kroczył tak, jak mu pokazała. Wyłożoną szmaragdami ścieżką, na której końcu czekała księżniczka. A potem kroczyli już razem w stronę pałacu, a drzewa wokół szumiały, gdy stęskniona, zaczynała snuć swą opowieść. – O księżniczkach i o książętach. O rycerzach. O damach. O smokach. A na początku tych opowieści... – westchnęła nagle. – Na początku zawsze był król.
Jej serce ominęło jedno uderzenie, gdy podniosła wreszcie wzrok na przyjaciela.
– Oto początek tej opowieści, Peregrinusie. Początek ścieżki – wyszeptała Lorraine, zatrzymując się przed drzewem, z którego konaru zwieszał się wiekowy szkielet z popękaną czaszką. Wisielczy powróz puścił, więc trup częściowo leżał na ziemi, złożywszy na niej na głowę ze złamanym karkiem, częściowo zaś wciąż wisiał w powietrzu, z nogami w górze, niby Wisielec z tarota. – Poznaj, proszę, króla Ryszarda II.
Ujęła delikatnie dłoń jasnowidza, uśmiechając się do niego leciutko. A potem dygnęła z dworską galanterią przed zwieszającym się z gałęzi kościotrupem, subtelnie zachęcając Peregrinusa, aby zrobił to samo, podążając za jej przykładem. Bo przecież stali przed obliczem króla. A ona już jako mała dziewczynka wiedziała, że królowi należy oddać pokłon.
– Leży niemal na ziemi, nazwałam go więc na cześć szekspirowskiego króla. Tego, który prosił... "Nie mówmy o nadziei. Mówmy o trumnach – o robakach – o nagrobkach!" – wyrecytowała cicho. – "Niech pył nam będzie papierem, a łzami piszmy na łonie ziemi smutne dzieje. I cóż z nas każdy przekazem dać może, prócz ciała swego, nędznego, mogile?". – Lorraine pokręciła głową, uśmiechając się wciąż lekko, jak gdyby sama była rozbawiona patosem, który bił z cytatu zapożyczonego ze sztuki o królu Ryszardzie. – "Więc, przez Boga, siądźmy, panowie, na ziemi, i królewskich śmierci prawmy smutne dzieje." – Pamiętała też ciąg dalszy. Recytowała go raz po raz, z religijną czcią niemal, za każdym razem, gdy wchodziła do Lasu Wisielców. "Prawmy o tym, jak jedni z tronów swych byli strąceni, inni polegli w boju, inni znowu straszeni byli przez tych królów duchy, których strącili. Tych otruły żony, tamtych zabito we śnie, ale wszyscy zamordowani... Bo w korony wnętrzu – która śmiertelną królów skroń otacza – śmierć dwór swój chowa."
A król znów miał koronę. Kwitnące pnącze, które wspięło się po pniu drzewa, aby opleść z czasem szczątki wisielca, pokryło bowiem nagą czaszkę kwieciem. Zamiast misternego wykuszu były więc gałązki, splecione ze sobą zdrewniałymi łodyżkami. Zamiast klejnotów koronnych, które obsadzano w oprawie szlachetnych metali, były kwiaty. Te niemal przekwitłe, i te jeszcze zwinięte w pączki.
– Przychodziłam tu jako mała dziewczynka, kiedy czułam się samotna. Przychodziłam, i opowiadałam mu o tym, co mnie trapi. Bo przecież dobry król powinien umieć słuchać swych poddanych... A ja bardzo potrzebowałam wysłuchania.
Powierzyła jego pieczy wiele swych trosk. Trosk małych i dużych. Tych do bólu dziecinnych, ale i tych przerażająco dorosłych. Poniekąd uczyniła to miejsce swoją domeną, swym królestwem. Pałacem pamięci, którego posadami nie mogło wstrząsnąć nic, nawet śmierć. Śmierć nie była bowiem czymś złym. Uświadomiła to sobie bardzo wcześnie, widząc, że umierający stają się w końcu jednością z naturą. Ciała toczyły robaki, dzikie zwierzęta wyżerały wnętrzności, bielejące kości pochłaniała ziemia. Nie zbliżała się do świeżych trupów, które zajmowały padlinożerców, ale modliła się za nie, bo przecież za zmarłych trzeba się modlić. Wiele modlitw tu zostawiła, wiele wspomnień. Ukrywała pośród drzew uszkodzone przez legilimencję wspomnienia, wierząc, że w ten sposób nikt nie zdoła jej odebrać pamięci. Aby sobie przypomnieć, wystarczyło przejść ścieżką, wzdłuż której leżały pochowane trupy. Wystarczyło wejść do jej pałacu, jej mauzoleum. Wpuszczała do niego Peregrinusa powoli, pozwalając przyzwyczaić stopy do wytartego dywanu z leśnego runa, oczy do pogrążonego w ciemności sklepienia utworzonego z koron drzew. Przepraszam, że tyle tu cierni, tyle ostrych kamieni na ścieżce, mówiło jej spojrzenie. Pozwoliła mu się w nim rozgościć, aby czuł się wygodnie. Nie kroczyli bowiem wyłącznie ścieżkami lasu. Kroczyli ścieżkami umysłu Lorraine, ścieżkami wspomnień, a te, choć były często krętymi, nie stanowiły zagrożenia dla wędrujących, którzy stąpali tak ostrożnie, jak stąpał Peregrinus.
Jakaż groza mogłaby bowiem czyhać na niego w umyśle dziewczynki, która nawet zapomniane przez bogów i ludzi trupy próbowała uczynić swymi... Przyjaciółmi.
– Zdaje mi się, że i ty potrzebujesz być wysłuchanym. Więc... Opowiedz. Umarli już nie osądzają. – Lorraine odwzajemniła uśmiech wyszczerzonej czaszki króla, zanim pokazała Peregrinowi, w którą stronę powinni udać się dalej. – Ale tylko żywi umieją pocieszyć naprawdę.
Nie, dzisiaj żadne z nich nie musiało być samotne.