16.11.2025, 10:44 ✶
– Taaaak. Niestety – zgodziła się z Victorią, ale po prostu miała jeszcze cień nadziei, że to jednak jakiś głupi żart. Sprawienie, by dłoń martwej osoby była ciepła i sama złapała kogoś za rękę krzyczało wręcz „nekromancja”. Ktoś inny mógłby się ucieszyć, że ma tutaj sprawę, która może ściągnąć na nich światła reflektorów… ale Brenna myślała raczej o tym, że mają gdzieś trupa. I czarnoksiężnika, na tyle wprawionego w czarnej magii, że na pewno krzywdził kolejnych ludzi. Wolała walniętego rzemieślnika albo jakieś części ciał samoistnie ożywione magią Spalonej Nocy.
Jeśli zgaśnięcie świateł nie było przypadkiem, to ten kto to zrobił albo był w jednym z budynków, albo stał nieco dalej od nich, bo ani Victoria nikogo nie wypatrzyła, ani Brenna go nie wyczuła. W magicznych dzielnicach wprawdzie węszenie było trudniejsze, ale w alejce były same, a nie mogła pochwycić żadnego konkretnego zapachu.
– To całkiem pasowałoby do wróżenia z części ciał. Może nie wiem, posłał ją za nami? Albo zapomniał jej zabrać? – zastanowiła się, wbijając wzrok w ich „zdobycz”. Kalkulowała przez jakieś piętnaście sekund, czy powinny tam wrócić, ale w końcu uznała, że tak, owszem, ale najpierw należało zabezpieczyć tę rękę. Skoczyć do Ministerstwa Magii, znaleźć kogoś, kto potwierdzi, że jest ludzka, może podrzuci jakieś wskazówki – co do wieku czy płci ofiary, i jak bardzo mieli przejebane przy czarach, jakich na niej użyto – może spróbować z widmowidzeniem. A potem zajrzeć do pracowni wróżbity.
– Mam przeczucie, że czeka nas bardzo długa noc – oświadczyła Brenna w zadumie, bo to była jedna z tych spraw, które nie mogły czekać. Pewnie i tak utkną w martwym punkcie, ale co tylko się dało należało sprawdzić natychmiast. – To co? Szybka teleportacja do atrium? Może jeszcze owińmy to w szalik… – zaoferowała, ściągając ten z szyi. Nie tyle dlatego, że chciała zabezpieczyć dowód rzeczowy… bo zabezpieczenie to było marne, ale nie miały lepszego… ile nie chciała, aby ktoś zobaczył, jak paraduje z odciętą ręką.
Jeśli zgaśnięcie świateł nie było przypadkiem, to ten kto to zrobił albo był w jednym z budynków, albo stał nieco dalej od nich, bo ani Victoria nikogo nie wypatrzyła, ani Brenna go nie wyczuła. W magicznych dzielnicach wprawdzie węszenie było trudniejsze, ale w alejce były same, a nie mogła pochwycić żadnego konkretnego zapachu.
– To całkiem pasowałoby do wróżenia z części ciał. Może nie wiem, posłał ją za nami? Albo zapomniał jej zabrać? – zastanowiła się, wbijając wzrok w ich „zdobycz”. Kalkulowała przez jakieś piętnaście sekund, czy powinny tam wrócić, ale w końcu uznała, że tak, owszem, ale najpierw należało zabezpieczyć tę rękę. Skoczyć do Ministerstwa Magii, znaleźć kogoś, kto potwierdzi, że jest ludzka, może podrzuci jakieś wskazówki – co do wieku czy płci ofiary, i jak bardzo mieli przejebane przy czarach, jakich na niej użyto – może spróbować z widmowidzeniem. A potem zajrzeć do pracowni wróżbity.
– Mam przeczucie, że czeka nas bardzo długa noc – oświadczyła Brenna w zadumie, bo to była jedna z tych spraw, które nie mogły czekać. Pewnie i tak utkną w martwym punkcie, ale co tylko się dało należało sprawdzić natychmiast. – To co? Szybka teleportacja do atrium? Może jeszcze owińmy to w szalik… – zaoferowała, ściągając ten z szyi. Nie tyle dlatego, że chciała zabezpieczyć dowód rzeczowy… bo zabezpieczenie to było marne, ale nie miały lepszego… ile nie chciała, aby ktoś zobaczył, jak paraduje z odciętą ręką.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.