16.11.2025, 14:08 ✶
Oparłem się plecami o fotel, wciąż otulony trzema kocami, a w głowie kołatała mi mieszanka adrenaliny i… Czegoś, co trudno było nazwać inaczej niż napięciem. Od samego początku, gdy ruszyliśmy w kierunku jeziora, wiedziałem, że ta noc nie będzie zwyczajną nocną kąpielą, liczyłem na coś więcej niż zwykłe zanurzenie się w ciemnej, odbijającej księżyc wodzie. Miało być romantycznie, powolnie, później niekoniecznie - miałem w głowie obrazy naszej bliskości, ciepło jej skóry w świetle księżyca, nasze oddechy mieszające się w nocy nad taflą jeziora. Potem miało przyjść coś namiętnego, coś, co pamiętałbym jeszcze długo. Wyobrażałem sobie nasze ciche śmiechy, plusk wody, ciepło, ale rzeczywistość szybko wpakowała nas w chaos. Te jebane druzgotki prawie mnie utopiły, a jej strach, to błyskawiczne cofnięcie się, a potem doskoczenie, „przepraszam”, które wyryło w mojej pamięci każdy ułamek jej obawy… I przez chwilę poczułem, że całe moje wyrachowane oczekiwania rozpadły się w ciemnej toni jeziora. A jednak - uśmiechnąłem się lekko, przeciągle, odsuwając część koca od szyi, bo zaczęło mi się robić ciepłej, niż potrzebowałem.
- Wiesz, Plue, niestety jest jusz tlochę za póśno, szebyś plóbowała mnie nie plowokowaś. - Powiedziałem, przechylając głowę nieco w bok. Jej słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jakby przechodziły przez filtr, który skupiał się wyłącznie na tym, co robiła ze mną jej obecność. Wiedziałem, że grała - robiła to świadomie, perfekcyjnie, z takim wyczuciem, że aż miałem ochotę parsknąć śmiechem. Nie zrobiłem tego, nie byłem w stanie, jej wzrok trzymał mnie za gardło, a cała reszta - słowa, intencje, ta lekko zaczepna nuta - jedynie wbijała mnie głębiej w to, co i tak już czułem. - Nie spodziewałem się tego twoich ust. - Odparłem powoli, pozwalając, by moje słowa zawisły w powietrzu. - Wydawało mi się, sze kobiety lubią latowaś takich, jak ja, lubię lysyko, pszyciągam kłopoty, właściwie, to kłopoty mnie kochają. Wspaniały plojekt naukowy, nie? - Oczywiście, to była prowokacja, raczej nie zakładałbym u niej pociągu do każdego problematycznego mężczyzny, jaki tylko by się napatoczył. Patrzyłem na nią, wyraźnie zdając sobie sprawę, że nasze spojrzenia kryły więcej niż jakiekolwiek słowa - to nigdy nie było tak banalne. - Nie sądzę, szebyśmy musieli dojść do tego etapu. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Ale jeśli się upszesz, kto wie…
Nie zamierzałem tak łatwo kapitulować, nawet jeśli pożądałem jej, cholernie, tak samo, jak kiedyś. Może bardziej, bo tym razem nie było w nas niczego, co można by nazwać niewinnością. Nie mogłem oderwać od niej wzroku - mała, drobna, a jednocześnie tak cholernie… Absorbująca. Każdy jej ruch powodował, że napięcie w moim ciele rosło, jakby krew w żyłach stawała się gęstsza. Kiedy rzuciła kolejną zaczepkę, nie mrugnąłem - nie mogłem, zbyt mocno wpatrzony w jej oczy - te, które tak subtelnie zmieniły odcień. Ściemniały od wewnętrznego ognia i od tego, co między nami wisiało, i nagle nic nie istniało, nic poza nią.
Nawet tamto jezioro - zamierzałem wrócić tam za jakiś czas, żeby powybijać druzgotki, ale w tym momencie nie byłem przekonany, że Prudence powinna obserwować moje popisy. Byłoby brzydko, zbyt brutalnie, a nie chciałem od razu niszczyć jej wyobrażenia o mnie. Świadomość własnej niepokojącej natury jest jedną rzeczą - pokazanie tego w całej pełni to rzecz zupełnie inna, nawet w obliczu czarnoksiężnicy. Widok mnie w gniewie, w chaosie, byłby inny niż świadomość, że nie jestem spokojnym człowiekiem. Prue znała mnie z teorii, a nie z widowiska - chciałem, żeby tak pozostało.
- Ach tak? - Mruknąłem, unosząc brew i spoglądając na nią spod koca. Te nasze uwagi o druzgotkach, o sprawiedliwości, o tym, że należało się im to, tylko utwierdziły mnie w tym, że cholerna Bletchley nigdy nie przestała być najbardziej popieprzoną, fascynującą osobą, jaką znałem. - Dlusgocenie dlusgotków? - Zaśmiałem się cicho. - Mhm. Zasłuszyły. - Zgodziłem się, przeciągając dłonią po karku. - Ale nie zapominaj, sze mój sposób na zemstę jest balso… Osobisty. - Odparłem, bo pewne rzeczy nie tyle się nie zmieniały, co intensyfikowały. Powinna to wiedzieć.
Pamiętałem jej ojca - nigdy mnie nie lubił. Ledwo tolerował mnie, kiedy byłem kumplem jego syna. Zawsze uważał mnie za zwyrola, syna rodu, człowieka, którego nazwisko, przeklęty Rookwood, samo w sobie było ostrzeżeniem. Moje pochodzenie, moje poprzednie życie - wszystko to sprawiało, że byłem dla niego praktycznie nie do zaakceptowania. Teraz byłem kimś innym, zdrajcą krwi, zmieniłem nazwisko, ale wciąż wiedziałem, że jego tolerancja wobec kogoś takiego jak ja byłaby minimalna - jeśli jakakolwiek. Pewnie wciąż miałby problem, gdybym wszedł do jego domu. Człowiek kultury, tak, ale zasad nie zmieniał, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie zależało mi na jego aprobacie, nigdy, zresztą pozwalał mi zadawać się z Eliasem, ale świadomość jego spojrzenia ciążyła. Głównie dlatego, że miał swoje powody, by tak patrzeć - przynajmniej połowa z nich była bliska prawdy.
- Nie mam nic pszeciwko klasyce. Nie zapominaj, sze s załoszenia, fundamentalnie, jestem tladycjonalistą. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Natomiast powinnaś, Plue, zwłaszcza jako naukowiec, pamiętaś, sze nasza klasyka jusz u samych podstaw nie jest do końca klasyczna, ale pszeciesz to szaden ploblem, nie? To kwestia wymiany doświadczeń, dobolu dogodnych loswiązań, koszystania s wielu… Powiedzmy… - Lubiła to słowo. - Naukowych pozycji. - Uniosłem brew, wskazując niebezpośrednio na fakt, że - no, cóż - niektóre standardowe rozwiązania odpadały już na starcie, przez kilka tych nie tak drobnych różnic, nie tyle repertuarowych i doświadczeniowych, co fizycznych. Natomiast nie była to żadna komplikacja dla kogoś lubiącego zgłębiać temat, prawda? Słowa o elastyczności, o badaniu nowych możliwości, o roli naukowca wywołały we mnie coś między chęcią śmiechu a bardzo realnym obrazem tego, jak wyglądałaby ta jej „naukowa ciekawość”, gdyby pozwoliła sobie na to, czego oboje chcieliśmy. Wiedziałem, że to już dawno przestało być rozmową o magii, rytuałach, teorii - o elastycznym podejściu wyłącznie w naukowym sensie. Głos miała pewny, ale widziałem, jak jej oddech się zmieniał, jak jej źrenice się rozszerzyły, jak minimalnie poruszyła się jej dolna warga.
- A smak… - Powoli przesunąłem językiem po zębach od wewnątrz, ledwie zauważalnie. - Zaleszy od wielu szeszy, ale najlepszy jest wtedy, kiedy jest intensywny. - A w tym wypadku zawsze tak było. Odnajdywałem w niej niepokój, rozbawienie i równie niecierpliwą ciekawość, co we mnie. Byliśmy jak dwa magnesy, które czasem przyciągają, czasem odpychają, ale nigdy nie pozostają obojętne. - Tyle sze, jak pewnie wiesz, nasze definicje „pełnego zaangaszowania” mogą się lekko lószniś.
Wiedziałem, że nie bawiła się w półśrodki, ja też nie zamierzałem - jeśli oczekiwała ode mnie pełnego zaangażowania, mogłem je dać. Tyle tylko, że nasze definicje „całkowitego poświęcenia sprawie” mogły obejmować trochę inny zakres myślowy, czyż nie? Uniwersalnych definicji nigdy nie było, a tym bardziej między nami. Patrzyłem na nią, gdy podniosła lekko brew i uśmiechnęła się do mnie tym swoim cichym, inteligentnym uśmiechem, który zawsze wywoływał lawinę myśli w mojej głowie. Jej oczy zdradzały, że rozumiała wszystko, a jednocześnie zamierzała wykorzystać każdą chwilę, by mnie sprawdzić. To było coraz bardziej niebezpieczne.
Uniosła się i odeszła - nie tak po prostu, oczywiście, że nie - kiedy przechodziła obok mnie i dotknęła palcem mojego policzka, poczułem coś, co nie zdarzało mi się często, napięcie tak mocne, że musiałem zacisnąć szczękę, żeby nie ruszyć za nią od razu. Sam fakt, że zrobiła to mimo wszystko, mimo całej ostrożności, sprawił, że oddech uciekł mi z piersi. Zniknęła za drzwiami, a ja siedziałem, czując jak moje ciało próbowało na nowo odnaleźć punkt ciężkości.
- No, no… - Mruknąłem, unosząc brew, tak lekko, że trudno byłoby uznać to za poważny komentarz. Wróciła, w tej koszuli, która sięgała jej niemal do kolan, wyglądała jednocześnie niewinnie i jak najgorsza pokusa, jaka mogła wejść mi do domu - co z tego, że ten tutaj nie należał do żadnego z nas, teraz, na chwilę, był całym naszym niewielkim światem. Gdy obróciła się, prezentując się jakby robiła to przede mną od lat, dolna warga sama uniosła mi się w połowie, odsłaniając zęby. Serce uderzyło mi szybciej, ciężej. Przeniosłem na nią wzrok, w którym nie było już ani jednego pierdolonego niedopowiedzenia, spojrzałem od stóp, przez kolana, uda, biodra, talię, piersi, szyję, aż po oczy. Ani razu nie mrugając.
- Gdyby leszała idealnie… - Dokończyłem półszeptem, jeszcze raz przesuwając wzrokiem po jej sylwetce, od ramion, przez linię talii, aż do tego miejsca, gdzie materiał przyklejał się do jej ciała, sugerując więcej, niż powinien. - Byłaby telaz na podłodze. - Powiedziałem, chowając palce w ciepłej tkaninie koca. - Niemniej, wyglądasz balso ładnie. - Spojrzałem na nią, śledząc każdy szczegół jej ruchu, każdy gest. Usiadła bliżej - nie mogłem tego zignorować, więc, oczywiście, że to zignorowałem, przymykając oczy i opierając głowę o oparcie fotela.
- Wiesz, Plue, niestety jest jusz tlochę za póśno, szebyś plóbowała mnie nie plowokowaś. - Powiedziałem, przechylając głowę nieco w bok. Jej słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jakby przechodziły przez filtr, który skupiał się wyłącznie na tym, co robiła ze mną jej obecność. Wiedziałem, że grała - robiła to świadomie, perfekcyjnie, z takim wyczuciem, że aż miałem ochotę parsknąć śmiechem. Nie zrobiłem tego, nie byłem w stanie, jej wzrok trzymał mnie za gardło, a cała reszta - słowa, intencje, ta lekko zaczepna nuta - jedynie wbijała mnie głębiej w to, co i tak już czułem. - Nie spodziewałem się tego twoich ust. - Odparłem powoli, pozwalając, by moje słowa zawisły w powietrzu. - Wydawało mi się, sze kobiety lubią latowaś takich, jak ja, lubię lysyko, pszyciągam kłopoty, właściwie, to kłopoty mnie kochają. Wspaniały plojekt naukowy, nie? - Oczywiście, to była prowokacja, raczej nie zakładałbym u niej pociągu do każdego problematycznego mężczyzny, jaki tylko by się napatoczył. Patrzyłem na nią, wyraźnie zdając sobie sprawę, że nasze spojrzenia kryły więcej niż jakiekolwiek słowa - to nigdy nie było tak banalne. - Nie sądzę, szebyśmy musieli dojść do tego etapu. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Ale jeśli się upszesz, kto wie…
Nie zamierzałem tak łatwo kapitulować, nawet jeśli pożądałem jej, cholernie, tak samo, jak kiedyś. Może bardziej, bo tym razem nie było w nas niczego, co można by nazwać niewinnością. Nie mogłem oderwać od niej wzroku - mała, drobna, a jednocześnie tak cholernie… Absorbująca. Każdy jej ruch powodował, że napięcie w moim ciele rosło, jakby krew w żyłach stawała się gęstsza. Kiedy rzuciła kolejną zaczepkę, nie mrugnąłem - nie mogłem, zbyt mocno wpatrzony w jej oczy - te, które tak subtelnie zmieniły odcień. Ściemniały od wewnętrznego ognia i od tego, co między nami wisiało, i nagle nic nie istniało, nic poza nią.
Nawet tamto jezioro - zamierzałem wrócić tam za jakiś czas, żeby powybijać druzgotki, ale w tym momencie nie byłem przekonany, że Prudence powinna obserwować moje popisy. Byłoby brzydko, zbyt brutalnie, a nie chciałem od razu niszczyć jej wyobrażenia o mnie. Świadomość własnej niepokojącej natury jest jedną rzeczą - pokazanie tego w całej pełni to rzecz zupełnie inna, nawet w obliczu czarnoksiężnicy. Widok mnie w gniewie, w chaosie, byłby inny niż świadomość, że nie jestem spokojnym człowiekiem. Prue znała mnie z teorii, a nie z widowiska - chciałem, żeby tak pozostało.
- Ach tak? - Mruknąłem, unosząc brew i spoglądając na nią spod koca. Te nasze uwagi o druzgotkach, o sprawiedliwości, o tym, że należało się im to, tylko utwierdziły mnie w tym, że cholerna Bletchley nigdy nie przestała być najbardziej popieprzoną, fascynującą osobą, jaką znałem. - Dlusgocenie dlusgotków? - Zaśmiałem się cicho. - Mhm. Zasłuszyły. - Zgodziłem się, przeciągając dłonią po karku. - Ale nie zapominaj, sze mój sposób na zemstę jest balso… Osobisty. - Odparłem, bo pewne rzeczy nie tyle się nie zmieniały, co intensyfikowały. Powinna to wiedzieć.
Pamiętałem jej ojca - nigdy mnie nie lubił. Ledwo tolerował mnie, kiedy byłem kumplem jego syna. Zawsze uważał mnie za zwyrola, syna rodu, człowieka, którego nazwisko, przeklęty Rookwood, samo w sobie było ostrzeżeniem. Moje pochodzenie, moje poprzednie życie - wszystko to sprawiało, że byłem dla niego praktycznie nie do zaakceptowania. Teraz byłem kimś innym, zdrajcą krwi, zmieniłem nazwisko, ale wciąż wiedziałem, że jego tolerancja wobec kogoś takiego jak ja byłaby minimalna - jeśli jakakolwiek. Pewnie wciąż miałby problem, gdybym wszedł do jego domu. Człowiek kultury, tak, ale zasad nie zmieniał, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie zależało mi na jego aprobacie, nigdy, zresztą pozwalał mi zadawać się z Eliasem, ale świadomość jego spojrzenia ciążyła. Głównie dlatego, że miał swoje powody, by tak patrzeć - przynajmniej połowa z nich była bliska prawdy.
- Nie mam nic pszeciwko klasyce. Nie zapominaj, sze s załoszenia, fundamentalnie, jestem tladycjonalistą. - Powiedziałem, zerkając na nią uważnie. - Natomiast powinnaś, Plue, zwłaszcza jako naukowiec, pamiętaś, sze nasza klasyka jusz u samych podstaw nie jest do końca klasyczna, ale pszeciesz to szaden ploblem, nie? To kwestia wymiany doświadczeń, dobolu dogodnych loswiązań, koszystania s wielu… Powiedzmy… - Lubiła to słowo. - Naukowych pozycji. - Uniosłem brew, wskazując niebezpośrednio na fakt, że - no, cóż - niektóre standardowe rozwiązania odpadały już na starcie, przez kilka tych nie tak drobnych różnic, nie tyle repertuarowych i doświadczeniowych, co fizycznych. Natomiast nie była to żadna komplikacja dla kogoś lubiącego zgłębiać temat, prawda? Słowa o elastyczności, o badaniu nowych możliwości, o roli naukowca wywołały we mnie coś między chęcią śmiechu a bardzo realnym obrazem tego, jak wyglądałaby ta jej „naukowa ciekawość”, gdyby pozwoliła sobie na to, czego oboje chcieliśmy. Wiedziałem, że to już dawno przestało być rozmową o magii, rytuałach, teorii - o elastycznym podejściu wyłącznie w naukowym sensie. Głos miała pewny, ale widziałem, jak jej oddech się zmieniał, jak jej źrenice się rozszerzyły, jak minimalnie poruszyła się jej dolna warga.
- A smak… - Powoli przesunąłem językiem po zębach od wewnątrz, ledwie zauważalnie. - Zaleszy od wielu szeszy, ale najlepszy jest wtedy, kiedy jest intensywny. - A w tym wypadku zawsze tak było. Odnajdywałem w niej niepokój, rozbawienie i równie niecierpliwą ciekawość, co we mnie. Byliśmy jak dwa magnesy, które czasem przyciągają, czasem odpychają, ale nigdy nie pozostają obojętne. - Tyle sze, jak pewnie wiesz, nasze definicje „pełnego zaangaszowania” mogą się lekko lószniś.
Wiedziałem, że nie bawiła się w półśrodki, ja też nie zamierzałem - jeśli oczekiwała ode mnie pełnego zaangażowania, mogłem je dać. Tyle tylko, że nasze definicje „całkowitego poświęcenia sprawie” mogły obejmować trochę inny zakres myślowy, czyż nie? Uniwersalnych definicji nigdy nie było, a tym bardziej między nami. Patrzyłem na nią, gdy podniosła lekko brew i uśmiechnęła się do mnie tym swoim cichym, inteligentnym uśmiechem, który zawsze wywoływał lawinę myśli w mojej głowie. Jej oczy zdradzały, że rozumiała wszystko, a jednocześnie zamierzała wykorzystać każdą chwilę, by mnie sprawdzić. To było coraz bardziej niebezpieczne.
Uniosła się i odeszła - nie tak po prostu, oczywiście, że nie - kiedy przechodziła obok mnie i dotknęła palcem mojego policzka, poczułem coś, co nie zdarzało mi się często, napięcie tak mocne, że musiałem zacisnąć szczękę, żeby nie ruszyć za nią od razu. Sam fakt, że zrobiła to mimo wszystko, mimo całej ostrożności, sprawił, że oddech uciekł mi z piersi. Zniknęła za drzwiami, a ja siedziałem, czując jak moje ciało próbowało na nowo odnaleźć punkt ciężkości.
- No, no… - Mruknąłem, unosząc brew, tak lekko, że trudno byłoby uznać to za poważny komentarz. Wróciła, w tej koszuli, która sięgała jej niemal do kolan, wyglądała jednocześnie niewinnie i jak najgorsza pokusa, jaka mogła wejść mi do domu - co z tego, że ten tutaj nie należał do żadnego z nas, teraz, na chwilę, był całym naszym niewielkim światem. Gdy obróciła się, prezentując się jakby robiła to przede mną od lat, dolna warga sama uniosła mi się w połowie, odsłaniając zęby. Serce uderzyło mi szybciej, ciężej. Przeniosłem na nią wzrok, w którym nie było już ani jednego pierdolonego niedopowiedzenia, spojrzałem od stóp, przez kolana, uda, biodra, talię, piersi, szyję, aż po oczy. Ani razu nie mrugając.
- Gdyby leszała idealnie… - Dokończyłem półszeptem, jeszcze raz przesuwając wzrokiem po jej sylwetce, od ramion, przez linię talii, aż do tego miejsca, gdzie materiał przyklejał się do jej ciała, sugerując więcej, niż powinien. - Byłaby telaz na podłodze. - Powiedziałem, chowając palce w ciepłej tkaninie koca. - Niemniej, wyglądasz balso ładnie. - Spojrzałem na nią, śledząc każdy szczegół jej ruchu, każdy gest. Usiadła bliżej - nie mogłem tego zignorować, więc, oczywiście, że to zignorowałem, przymykając oczy i opierając głowę o oparcie fotela.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)