17.11.2025, 08:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2025, 11:02 przez Lorraine Malfoy.)
Zacisnęła na chwilę powieki, aby nie widzieć pustych miejsc pośród ustawionych rzędem chórzystów. Nikt nie śmiał zająć miejsc tych, którzy pozostawali nieobecnymi. Nikt nie próbował. O niektórych wiedziała, że są cali i zdrowi, ale ukrywają się, w obawie o życie swoje albo swoich bliskich. O niektórych, że przechodzą niezbędną rekonwalescencję. To znaczy, o ile udało im się w ogóle dostać do szpitala świętego Munga. Większość nie miała tego szczęścia. Pielęgnowali swych rannych w przytułkach, zorganizowanych naprędce szpitalach polowych, w punktach pierwszej pomocy magomedycznej, we wnętrzu domowego zacisza. A przynajmniej ci, którzy wciąż mieli domy, bo wielu ich już nie miało. Ani domów, ani mieszkań, ani nawet miejsca w schronisku. Koczowali u rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Spali na ulicach, pośród ruin, a nawet w kowenowej kruchcie. Niektórzy stracili w pożarach wszystko, inni nigdy nie mieli wiele, nie mieli więc czego stracić. Niczego poza życiem. A nawet to zabrali im Śmierciożercy, myślała Lorraine, wciąż nie mogąc uwierzyć, że nigdy już nie spotka się na próbie chóru z młodziutką Cecilią, która dopiero co skończyła Hogwart, nie pokłóci się o zapis w partyturze z podstarzałym panem Gambonem.
Otworzyła zmęczone oczy. Wszystko to było na nic, bo wyczulonym uchem łowiła najbardziej głosy tych nieobecnych. Rozwarła więc ociężałe powieki, po czym uniosła dłonie, dyrygując dwiema partiami wokalnymi, na które podzielili stary psalm. Prawa ręka pilnowała stałości tempa, lewa stanowiła motor zmiany, wspierając jednocześnie balans pomiędzy poszczególnymi głosami.
Głos Lorraine nie wzbijał się razem z innymi w pieśni. Lorraine nie śpiewała, bo nie to było jej rolą. Zwykle zajmowała się przygrywaniem odpowiednich partii na ustawionym z boku pianinie. Dzisiaj jednak klapa instrumentu miała pozostać zamkniętą. Liturgię uświetniały jedynie ludzkie głosy. Głosy tych, co przetrwali, i mimo ostatnich wydarzeń, stawili się na porannym nabożeństwie, żeby śpiewać na chwałę Matki. Niektóre głosy były gniewne, inne zrezygnowane. Niektóre smutne, jeszcze inne, pełne strachu. Wszystko było w tych ludziach. Tam wzruszenie, tu apatia. Nadzieja i determinacja. Pretensja i rozpacz. Niektórzy zdzierali gardła, jak gdyby rzucali wyzwanie. Bogom?, zapytywała Lorraine. Ludziom? Samym sobie? Inni znów intonowali łagodnie, prosząc o łaskę. Modlili się o pokój. Modlili się o wybaczenie. W końcu w naturze Matki leży wybaczać. Sama szeptała to nie tak dawno w szarości poranka spowijającego senne wnętrze Necronomiconu.
Wiedziała też, co wyszeptała zaraz potem.
Dobrze, że Lorraine nie śpiewała. Nie wiedziałaby, do której partii wokalnej powinna dołączyć.
Po zakończonym nabożeństwie nie odbyła się żadna próba chóru. A jednak wszyscy zostali, żeby zamienić parę słów. "Niech Matka ma cię w opiece", żegnali się. Niemal każdego z wiernych w kongregacji Lorraine znała przecież po imieniu. "Wyjedziemy na jakiś czas do mojej ciotki. U niej spaliła się tylko przybudówka za domem", wyznała jej we łzach Marion. "Dobrze, że dzieciaki były w szkole", westchnął John, zanim odszedł, stukając kulą. "Chyba wezmę tę tańszą urnę, Lorraine, papie nie zrobi to już różnicy", wyszeptała pani Davenport.
Wiedziała, że Baldwin na nią zaczeka. Zawsze na nią czekał. Nie chciała jednak, żeby czekał zbyt długo, w końcu mieli dzisiaj pełne ręce roboty z przeprowadzką i sprzątaniem Necronomiconu. Lorraine zerknęła w stronę ostatniej ławki, którą oboje zwykli zajmować. Zostawiła pod opiekę brata małą ghoulkę, której zdawał się udzielić ponury nastrój. Frida była dzieckiem skądinąd spostrzegawczym, wyczuwała więc, kiedy coś jest nie tak. Kiedy dorośli mówili ściszonymi głosami, nic na twarzy siedzącego obok pana Malouela nie mogło wywołać uśmiechu, a ton kazania daleki był od radosnego, bo sprawił, że panie wycierały ukradkiem łzy chusteczkami, a panowie patrzyli w zamyśleniu w przestrzeń. Lorraine szukała wzrokiem małej twarzyczki Fridy, rozglądając się przy okazji za czupryną Baldwina, ale zamiast tego... Jej wzrok padł na siedzącego w ławce Anthony'ego.
Pobladła. Nie przerwała prowadzonej ściszonym głosem rozmowy, a jednak myślała o tym tylko, że przyszedł. Przyszedł! Ściskając w dłoniach swój stary modlitewnik, Lorraine postąpiła parę kroków środkiem głównej nawy, zatrzymując się jednak w pół drogi, zanim dotarła do ławki Anthony'ego. Jak gdyby nie do końca dowierzała temu, co widzą jej oczy.
"Nic poza nami nie pozostanie", obiecała wczoraj Baldwinowi, zanim jeszcze przymusił ją do wyjrzenia przez zniszczone okno, z którego rozciągał się widok na posiadłość Anthony'ego w Little Hangleton.
Może dlatego nie podeszła bliżej.
Otworzyła zmęczone oczy. Wszystko to było na nic, bo wyczulonym uchem łowiła najbardziej głosy tych nieobecnych. Rozwarła więc ociężałe powieki, po czym uniosła dłonie, dyrygując dwiema partiami wokalnymi, na które podzielili stary psalm. Prawa ręka pilnowała stałości tempa, lewa stanowiła motor zmiany, wspierając jednocześnie balans pomiędzy poszczególnymi głosami.
Głos Lorraine nie wzbijał się razem z innymi w pieśni. Lorraine nie śpiewała, bo nie to było jej rolą. Zwykle zajmowała się przygrywaniem odpowiednich partii na ustawionym z boku pianinie. Dzisiaj jednak klapa instrumentu miała pozostać zamkniętą. Liturgię uświetniały jedynie ludzkie głosy. Głosy tych, co przetrwali, i mimo ostatnich wydarzeń, stawili się na porannym nabożeństwie, żeby śpiewać na chwałę Matki. Niektóre głosy były gniewne, inne zrezygnowane. Niektóre smutne, jeszcze inne, pełne strachu. Wszystko było w tych ludziach. Tam wzruszenie, tu apatia. Nadzieja i determinacja. Pretensja i rozpacz. Niektórzy zdzierali gardła, jak gdyby rzucali wyzwanie. Bogom?, zapytywała Lorraine. Ludziom? Samym sobie? Inni znów intonowali łagodnie, prosząc o łaskę. Modlili się o pokój. Modlili się o wybaczenie. W końcu w naturze Matki leży wybaczać. Sama szeptała to nie tak dawno w szarości poranka spowijającego senne wnętrze Necronomiconu.
Wiedziała też, co wyszeptała zaraz potem.
Dobrze, że Lorraine nie śpiewała. Nie wiedziałaby, do której partii wokalnej powinna dołączyć.
Po zakończonym nabożeństwie nie odbyła się żadna próba chóru. A jednak wszyscy zostali, żeby zamienić parę słów. "Niech Matka ma cię w opiece", żegnali się. Niemal każdego z wiernych w kongregacji Lorraine znała przecież po imieniu. "Wyjedziemy na jakiś czas do mojej ciotki. U niej spaliła się tylko przybudówka za domem", wyznała jej we łzach Marion. "Dobrze, że dzieciaki były w szkole", westchnął John, zanim odszedł, stukając kulą. "Chyba wezmę tę tańszą urnę, Lorraine, papie nie zrobi to już różnicy", wyszeptała pani Davenport.
Wiedziała, że Baldwin na nią zaczeka. Zawsze na nią czekał. Nie chciała jednak, żeby czekał zbyt długo, w końcu mieli dzisiaj pełne ręce roboty z przeprowadzką i sprzątaniem Necronomiconu. Lorraine zerknęła w stronę ostatniej ławki, którą oboje zwykli zajmować. Zostawiła pod opiekę brata małą ghoulkę, której zdawał się udzielić ponury nastrój. Frida była dzieckiem skądinąd spostrzegawczym, wyczuwała więc, kiedy coś jest nie tak. Kiedy dorośli mówili ściszonymi głosami, nic na twarzy siedzącego obok pana Malouela nie mogło wywołać uśmiechu, a ton kazania daleki był od radosnego, bo sprawił, że panie wycierały ukradkiem łzy chusteczkami, a panowie patrzyli w zamyśleniu w przestrzeń. Lorraine szukała wzrokiem małej twarzyczki Fridy, rozglądając się przy okazji za czupryną Baldwina, ale zamiast tego... Jej wzrok padł na siedzącego w ławce Anthony'ego.
Pobladła. Nie przerwała prowadzonej ściszonym głosem rozmowy, a jednak myślała o tym tylko, że przyszedł. Przyszedł! Ściskając w dłoniach swój stary modlitewnik, Lorraine postąpiła parę kroków środkiem głównej nawy, zatrzymując się jednak w pół drogi, zanim dotarła do ławki Anthony'ego. Jak gdyby nie do końca dowierzała temu, co widzą jej oczy.
"Nic poza nami nie pozostanie", obiecała wczoraj Baldwinowi, zanim jeszcze przymusił ją do wyjrzenia przez zniszczone okno, z którego rozciągał się widok na posiadłość Anthony'ego w Little Hangleton.
Może dlatego nie podeszła bliżej.