17.11.2025, 18:00 ✶
Przez chwilę milczałem, oddychałem jak ktoś, kto wrócił z długiego biegu i nadal miał w płucach piach z pobocza. Nie chciałem się bronić, nie chciałem jej tłumaczyć, że byłem młody, głupi, zakochany - to wszystko było prawdą, ale prawda w niczym nie zmieniała faktu, że spierdoliłem to po całości i na długo straciłem przez to zdolność do normalnego myślenia o sobie samym. Patrzyłem na nią, słuchając tej całej logicznej, trzeźwej układanki, i przez chwilę czułem się tak, jakbym stał naprzeciw kogoś, kto przypadkiem trafił na mój nagrobek i postanowił przeczytać napis na głos. Wciągnąłem powietrze powoli, może zbyt powoli.
- Fakt czy nie fakt. - Powiedziałem cicho. - Siedemnaście lat to był… Śmieszny wiek. Myślałem, sze jeśli coś wygląda jak losina, pachnie jak losina i obiecuje, sze będzie losiną, to wystalszy, to jest wyból, któlego nie wolno zawaliś. - Przesunąłem językiem po zębach, myśląc o tych wszystkich latach, o tej irracjonalności ubranej w wielkie słowa, poczucie obowiązku, miłość, która miała unieść cały świat, a zamiast tego wzięła mnie za kostki i przeciągnęła po bruku, kopiąc dla mnie dół, by na koniec strzelić mi w głowę, od przodu, prosto w twarz… Miałem odruch, żeby prychnąć. Nie z Geraldine, jej słów i myśli, tylko z siebie sprzed lat. Tamten dzieciak naprawdę wierzył, że własny upór da się postawić w roli fundamentu, a ten fundament się nie zawali.
Oboje byliśmy toksyczni, idealnie dobrani, żeby się nawzajem niszczyć i trzymać w miejscu jednocześnie, ale byłem tak popierdolonym optymistą, desperacko potrzebującym kogoś, kogo uważałem za dobranego do mnie na tym samym poziomie trudności charakteru, że uważałem to za dopasowanie. Miałem wrażenie, że wszystko jest proste, jeśli się wystarczająco mocno zaciśnie szczękę, bo będąc trudnym człowiekiem, powinienem być z kimś, kto to zniesie, odpyskuje, tupnie nogą, kogo nie zniszczę dominującym charakterem. A jednak. Wspomnienie tamtego mieszkania, dusznego i za małego, przylepiło mi się do karku, niczym ten deszcz, mżawka, która ogarnęła okolicę. Odwaga, honor, wyjątkowo dojrzałe, odpowiedzialne zachowanie - nie, to nie było to, to była desperacja przebrana za odwagę, młodzieńcza ślepota przekonana, że świat da się ogrzać dłonią jednego człowieka. Rzuciłem wszystko, bo w tamtym czasie „wszystko” nie znaczyło prawie nic. Rodzina, nazwisko, tradycja - nic z tego nie było moje, ona była, a potem przestała. W najgorszym możliwym stylu.
- Zdlada to nie była decyzja w afekcie. - Mruknąłem, nazywając zdradę po imieniu, nie uciekłem wzrokiem, to nie było nic nowego, ten kawałek historii przetrawiłem już dawno. Blizna po nim była gładka, zimna, ale nie wstydliwa, może tylko nadal swędziała przy zmianie pogody. Nie czułem złości, raczej czegoś o wiele brzydszego - tego, co zostaje po kimś, kto obiecał ci pół świata, a potem z czystą, uśmiechniętą twarzą poszedł dać je komuś innemu. - To było pszygotowane, powtaszalne, zimne. Tego nie da się obloniś, ale to, co ja zlobiłem póśniej… - Zaciąłem się. - Tesz nie było ładne, nie usplawiedliwiałem tego, nigdy, i nie zamieszam. Nie o to chodzi. - Zawsze wiedziałem, że byłem gówniarzem. Nawet jeśli starałem się nim nie być. Tylko… W tamtym wieku człowiek myślał, że jak kocha wystarczająco mocno, to to już wystarczy, jak w bajce o dwóch idiotach uciekających przed całym światem, bo wierzą, że sama wiara to broń. Podrapałem się po karku, czując w palcach to znane, sztywne napięcie.
- Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie zawiódł sam siebie na tyle, szeby uznaś, sze to jedyne, co potlafi. - Mruknąłem, ale nie zaprotestowałem, gdy dodała, że dwa przypadki to za mało, żeby mówić o prawidłowości. Może dlatego, że jej słowa były suche, rzeczowe, pozbawione tonu terapeuty. Mogłem się z nimi nie zgadzać, ale nie zamierzałem się z nią kłócić - nie dziś, dziś byłem wyjątkowo spokojny. - Ja mam w tym cholelną wplawę. - Uniósł mi się kącik ust, ledwo zauważalnie, kiedy skomentowała moje dwa przypadki, jakbym kolekcjonował katastrofy. To było chyba najbliższe prawdy, jaką byłem w stanie wypowiedzieć dzisiaj. Nie chodziło o to, że zrobiłem coś złego, zanim podjąłem decyzję, by odejść. Bardziej o to, że bałem się, iż w końcu zrobię - powtórzę jakiś stary rytm, coś we mnie się uruchomi i zanim zrozumiem, będzie za późno.
Kiedy powiedziała, że wątpi, abym zdążył doprowadzić “tę teraz” do nienawiści, tylko prychnąłem cicho i przetarłem sobie twarz. Przez głowę przebiegła mi myśl, której głośno nie wypowiedziałem, bo nie chciałem, żeby zabrzmiała jak wyznanie, którego wcale nie planowałem - nawet jeśli wszystko byłoby między nami idealne, to mój sposób wyjścia był niewybaczalny. Wspomnienie wróciło ostro, nagle jakby mi ktoś odciął tlen. Najpierw odszedłem do łazienki, potem do przedpokoju, potem trzymałem już klamkę, nie wiedząc, dlaczego do cholery nie potrafię jej puścić. Coś mnie złapało od środka, sparaliżowało, uciekłem, prawdziwie.
Dopiero po chwili wsunąłem rękę do kieszeni spodni, czując znajomą fakturę papieru - zmiętolonego, wielokrotnie składnego, pokreślonego, poplamionego atramentem, który dodatkowo popłynął od wilgoci. Kartka, której nie wyrzuciłem, chociaż powinienem, brudna od dotyku, pokreślona tak, że ledwo dało się odczytać pierwsze zdanie. Nie ta osobista, prawdziwa - ta druga, a właściwie pierwsza, pierwsza wersja ogólnikowej wiadomości, przepisanej później na czysto i wysłanej z kwiatami. Wyciągnąłem ją powoli, jakby coś w środku próbowało mnie jeszcze powstrzymać.
- Wyszedłem w połowie losmowy. O kocie, kulwa. O zwykłym, piepszonym kocie. Wyszedłem, bo musiałem wyjść, bez wyjaśnienia. A potem wlósiłem, nad lanem, tylko po swoje szeczy. Myślę… Sze to mosze jednak wystalczyś, szeby ktoś, komu tego samego wieczolu mówiłem o naszych planach na następne tygodnie, mnie znienawidził, nie sądzisz? - Zamknąłem usta na chwilę, wciąż trzymając kartkę między palcami, wyciągnąłem ją powoli przed siebie. Podałem jej kartkę bez wahania - w końcu coś takiego powinno być powiedziane do końca.
- Fakt czy nie fakt. - Powiedziałem cicho. - Siedemnaście lat to był… Śmieszny wiek. Myślałem, sze jeśli coś wygląda jak losina, pachnie jak losina i obiecuje, sze będzie losiną, to wystalszy, to jest wyból, któlego nie wolno zawaliś. - Przesunąłem językiem po zębach, myśląc o tych wszystkich latach, o tej irracjonalności ubranej w wielkie słowa, poczucie obowiązku, miłość, która miała unieść cały świat, a zamiast tego wzięła mnie za kostki i przeciągnęła po bruku, kopiąc dla mnie dół, by na koniec strzelić mi w głowę, od przodu, prosto w twarz… Miałem odruch, żeby prychnąć. Nie z Geraldine, jej słów i myśli, tylko z siebie sprzed lat. Tamten dzieciak naprawdę wierzył, że własny upór da się postawić w roli fundamentu, a ten fundament się nie zawali.
Oboje byliśmy toksyczni, idealnie dobrani, żeby się nawzajem niszczyć i trzymać w miejscu jednocześnie, ale byłem tak popierdolonym optymistą, desperacko potrzebującym kogoś, kogo uważałem za dobranego do mnie na tym samym poziomie trudności charakteru, że uważałem to za dopasowanie. Miałem wrażenie, że wszystko jest proste, jeśli się wystarczająco mocno zaciśnie szczękę, bo będąc trudnym człowiekiem, powinienem być z kimś, kto to zniesie, odpyskuje, tupnie nogą, kogo nie zniszczę dominującym charakterem. A jednak. Wspomnienie tamtego mieszkania, dusznego i za małego, przylepiło mi się do karku, niczym ten deszcz, mżawka, która ogarnęła okolicę. Odwaga, honor, wyjątkowo dojrzałe, odpowiedzialne zachowanie - nie, to nie było to, to była desperacja przebrana za odwagę, młodzieńcza ślepota przekonana, że świat da się ogrzać dłonią jednego człowieka. Rzuciłem wszystko, bo w tamtym czasie „wszystko” nie znaczyło prawie nic. Rodzina, nazwisko, tradycja - nic z tego nie było moje, ona była, a potem przestała. W najgorszym możliwym stylu.
- Zdlada to nie była decyzja w afekcie. - Mruknąłem, nazywając zdradę po imieniu, nie uciekłem wzrokiem, to nie było nic nowego, ten kawałek historii przetrawiłem już dawno. Blizna po nim była gładka, zimna, ale nie wstydliwa, może tylko nadal swędziała przy zmianie pogody. Nie czułem złości, raczej czegoś o wiele brzydszego - tego, co zostaje po kimś, kto obiecał ci pół świata, a potem z czystą, uśmiechniętą twarzą poszedł dać je komuś innemu. - To było pszygotowane, powtaszalne, zimne. Tego nie da się obloniś, ale to, co ja zlobiłem póśniej… - Zaciąłem się. - Tesz nie było ładne, nie usplawiedliwiałem tego, nigdy, i nie zamieszam. Nie o to chodzi. - Zawsze wiedziałem, że byłem gówniarzem. Nawet jeśli starałem się nim nie być. Tylko… W tamtym wieku człowiek myślał, że jak kocha wystarczająco mocno, to to już wystarczy, jak w bajce o dwóch idiotach uciekających przed całym światem, bo wierzą, że sama wiara to broń. Podrapałem się po karku, czując w palcach to znane, sztywne napięcie.
- Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie zawiódł sam siebie na tyle, szeby uznaś, sze to jedyne, co potlafi. - Mruknąłem, ale nie zaprotestowałem, gdy dodała, że dwa przypadki to za mało, żeby mówić o prawidłowości. Może dlatego, że jej słowa były suche, rzeczowe, pozbawione tonu terapeuty. Mogłem się z nimi nie zgadzać, ale nie zamierzałem się z nią kłócić - nie dziś, dziś byłem wyjątkowo spokojny. - Ja mam w tym cholelną wplawę. - Uniósł mi się kącik ust, ledwo zauważalnie, kiedy skomentowała moje dwa przypadki, jakbym kolekcjonował katastrofy. To było chyba najbliższe prawdy, jaką byłem w stanie wypowiedzieć dzisiaj. Nie chodziło o to, że zrobiłem coś złego, zanim podjąłem decyzję, by odejść. Bardziej o to, że bałem się, iż w końcu zrobię - powtórzę jakiś stary rytm, coś we mnie się uruchomi i zanim zrozumiem, będzie za późno.
Kiedy powiedziała, że wątpi, abym zdążył doprowadzić “tę teraz” do nienawiści, tylko prychnąłem cicho i przetarłem sobie twarz. Przez głowę przebiegła mi myśl, której głośno nie wypowiedziałem, bo nie chciałem, żeby zabrzmiała jak wyznanie, którego wcale nie planowałem - nawet jeśli wszystko byłoby między nami idealne, to mój sposób wyjścia był niewybaczalny. Wspomnienie wróciło ostro, nagle jakby mi ktoś odciął tlen. Najpierw odszedłem do łazienki, potem do przedpokoju, potem trzymałem już klamkę, nie wiedząc, dlaczego do cholery nie potrafię jej puścić. Coś mnie złapało od środka, sparaliżowało, uciekłem, prawdziwie.
Dopiero po chwili wsunąłem rękę do kieszeni spodni, czując znajomą fakturę papieru - zmiętolonego, wielokrotnie składnego, pokreślonego, poplamionego atramentem, który dodatkowo popłynął od wilgoci. Kartka, której nie wyrzuciłem, chociaż powinienem, brudna od dotyku, pokreślona tak, że ledwo dało się odczytać pierwsze zdanie. Nie ta osobista, prawdziwa - ta druga, a właściwie pierwsza, pierwsza wersja ogólnikowej wiadomości, przepisanej później na czysto i wysłanej z kwiatami. Wyciągnąłem ją powoli, jakby coś w środku próbowało mnie jeszcze powstrzymać.
- Wyszedłem w połowie losmowy. O kocie, kulwa. O zwykłym, piepszonym kocie. Wyszedłem, bo musiałem wyjść, bez wyjaśnienia. A potem wlósiłem, nad lanem, tylko po swoje szeczy. Myślę… Sze to mosze jednak wystalczyś, szeby ktoś, komu tego samego wieczolu mówiłem o naszych planach na następne tygodnie, mnie znienawidził, nie sądzisz? - Zamknąłem usta na chwilę, wciąż trzymając kartkę między palcami, wyciągnąłem ją powoli przed siebie. Podałem jej kartkę bez wahania - w końcu coś takiego powinno być powiedziane do końca.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)