17.11.2025, 19:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2025, 20:51 przez The Lightbringer.)
Problem z brygadzistami jest taki, że zawsze wpierdalają się tam, gdzie nie trzeba, pomyślał Jim. Z głośnym charknięciem splunął w bok krwią spływającą ze złamanego nosa. Bo gdzie niby podziewała się bohaterska brygadzistka, gdy typ próbował zaatakować kompletnie bezbronną dziewczynę na ulicy? No jasne, że przyczepiła się do niego tuż po tym, jak dostał w mordę, stając w obronie nieznajomej. Gdzie diabeł nie może, tam glinę pośle, zwykł mawiać Jim. Wszystkich ich zdążył poznać od możliwie najgorszej strony. Nieważne, czy chodziło o mugolską policję, czy o siły bojowe Ministerstwa Magii. Zraził się do nich jeszcze dzieciakiem będąc, po tym jak musiał spędzić kilka nocy w niemagicznym areszcie, że niby za żebranie. A przecież tylko pokazywał sztuczki na rynku. A jak odpyskował, posadzili go na dłużej. Tym razem za włóczęgowstwo. Na poczyniania cyrkowców gliny zwykle przymykały oko, ale ilu trzeba było przy tym tłumaczeń, a ilu wybiegów! Dla szczerego, prostolinijnego z natury Jima każda rozmowa z glinami przypomniała przesłuchanie. A może raczej, spowiedź. A spowiadać, Jim spowiadał się wyłącznie przed obliczem swego Boga. Do funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości nie miał za knut zaufania. Zwykle odnosił się też do nich z odpowiednią dozą dystansu, ale dzisiaj, dzisiaj okolicznosci były przecież wyjątkowymi.
– HEJ, PANI WŁADZO, TEN ZBIR PRÓBOWAŁ WŁAŚNIE NAPAŚĆ NA DZIEWCZYNĘ. ONA JEST... – MA-LE-DIC-TU-SEM, gotów był przesylabilizować głośno, zanim rzuciłby w stronę brygadzistki krótkim: CZAISZ?, łypiąc na nią spode łba. Przypomniał sobie jednak, że wciąż otaczają ich mugole. Nie chciał narażać ani ich, ani siebie, na konsekwencje wynikające z nieprzestrzenia prawa tajności. Przecież zaraz ktoś chciałby tym biedakom wyczyścić pamięć. Albo i gorzej, pomyślał Jim. – ...CHORA. – Przytrzymał brygadzistkę za szatę, ryzykując, że będzie miała wystarczająco rozumu, żeby nie cisnąć nim o glebę. Nie, gdy wciąż trzymał na rękach ogłuszoną klątwą nieznajomą, a z rozkwaszonego pięścią zbira nosa ciekła mu krew. Nie był to jego pierwszy raz, jak oberwał. Zapewne też nie ostatni, bo Jim miał naturalny talent do pakowania się w kłopoty. Dopust boży.
– Proszę – dodał już nieco ciszej. – Ona potrzebuje pomocy. Moja siostra ma to samo... Maledictus. Klątwa krwi – wyjaśnił, pokazując na trzymaną na rękach kobietę. Była taka drobna w jego ramionach. Niewiele większa od dziewczynki. Noszoną na wierzchniej warstwie ubrań koszulę, chwilę wcześniej naprędce ściągnął przez głowę. Materiał był nadpalony, ale kto by się tym przejmował. To było jedyne, czym mógł ją okryć. Wystarczyło bowiem spojrzeć na resztki czarnych piór, które wciąż tkwiły pod skórą kobiety, aby zrozumieć, czym była naprawdę. Wcześniej, podczas przemiany, boleśnie wczepiła się w niego rękoma, wbijając paznokcie w skórę. Czy może były to jeszcze ptasie pazurki? Nie przejmował się zadrapaniami, ale zobaczył, że oczy brygadzistki rozszerzają się lekko, na widok pierza przebijającego skórę ramienia. Szybko zasłonił na powrót rękę kobiety koszulą. – Każda przemiana wiąże się z ryzykiem. Nie możemy jej zostawić bez pomocy. Pomóż mi dotrzeć do szpitala. Ja się tam przecież nie dopcham, ale glina już tak. Proszę. – Nie wiedział, czy zachłysnął się krwią, czy dymem, ale zaczął kasłać.
Brygadzistka wahała się tylko przez chwilę. Skinęła głową, wyrażając tym samym zgodę na plan Jima. Być może gdyby wokół nie panował kompletny chaos, ruszyłaby w pościg za napastnikiem, ale ten zniknął w chmarach ludzi, ognia i popiołu. Razem z Jimem ruszyła więc w stronę szpitala świętego Munga.
– Cśśś, spokojnie, jesteś bezpieczna – Jim starał się przemawiać łagodnie do niesionej na rękach kobiety. Jego głos zdawał się być jednak dziwnie przytłumionym przez złamany nos. – Słyszysz mnie? Nie wiem, jak masz na imię... Ja jestem Jim. Właściwie to James, ale wszyscy mówią mi Jim. – Mówienie sprawiało mu trudność. Drapało go w gardle, bo nie dość, że przez noc zdążył nawdychać się dymu, teraz oddychać mógł tylko przez usta. A mimo to plótł bez sensu, żeby pomóc półprzytomnej kobiecie w jego ramionach odwrócić proces. Na powrót przybliżyć się ku tej bardziej ludzkiej stronie jej natury. – Powiesz mi, jak masz na imię? Postaralibyśmy się znaleźć twoich bliskich. – Nie sądził, aby mu odpowiedziała, bo pozostawała jak gdyby w stanie zawieszenia między snem a jawą. Czasem wymruczała coś niezrozumiale pod nosem... Jak gdyby po włosku? – Może... Francesca – spróbował. – Po Francescu Bernardone, świętym Franciszku, majętnym kupcu z Asyżu, który wybrał życie mnisze. Bo wiesz, był sobie taki jeden święty człowiek, który potrafił mówić z ptakami. Nazywał je swoimi małymi siostrami, swoimi małymi braćmi. Nakazywał wsłuchiwać się w ich śpiew, wierząc, że Bóg przemawia przez najmniejsze ze swych stworzeń, i... – Jim odetchnął z ulgą, widząc majaczący w oddali budynek szpitala. – Nie bój się. Nikt cię już nie skrzywdzi.
Zdjął z szyi rzemyk z drewnianym krzyżykiem. Niechże cię strzeże, pomyślał, uczyniwszy ten sam znak na czole kobiety. Na odchodnym szepnął jej na ucho kilka słów. A potem oddał bezwładne ciało brygadzistce, znikając, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać.
Gdy Lorien Mulciber ocknęła się później w jednej z sal szpitala świętego Munga, jej ręka natychmiast powędrowała ku szyi.
Ku tajemniczemu talizmanowi, który ktoś kompletnie nieznajomy musiał tej nocy zawiesić na jej szyi.
– HEJ, PANI WŁADZO, TEN ZBIR PRÓBOWAŁ WŁAŚNIE NAPAŚĆ NA DZIEWCZYNĘ. ONA JEST... – MA-LE-DIC-TU-SEM, gotów był przesylabilizować głośno, zanim rzuciłby w stronę brygadzistki krótkim: CZAISZ?, łypiąc na nią spode łba. Przypomniał sobie jednak, że wciąż otaczają ich mugole. Nie chciał narażać ani ich, ani siebie, na konsekwencje wynikające z nieprzestrzenia prawa tajności. Przecież zaraz ktoś chciałby tym biedakom wyczyścić pamięć. Albo i gorzej, pomyślał Jim. – ...CHORA. – Przytrzymał brygadzistkę za szatę, ryzykując, że będzie miała wystarczająco rozumu, żeby nie cisnąć nim o glebę. Nie, gdy wciąż trzymał na rękach ogłuszoną klątwą nieznajomą, a z rozkwaszonego pięścią zbira nosa ciekła mu krew. Nie był to jego pierwszy raz, jak oberwał. Zapewne też nie ostatni, bo Jim miał naturalny talent do pakowania się w kłopoty. Dopust boży.
– Proszę – dodał już nieco ciszej. – Ona potrzebuje pomocy. Moja siostra ma to samo... Maledictus. Klątwa krwi – wyjaśnił, pokazując na trzymaną na rękach kobietę. Była taka drobna w jego ramionach. Niewiele większa od dziewczynki. Noszoną na wierzchniej warstwie ubrań koszulę, chwilę wcześniej naprędce ściągnął przez głowę. Materiał był nadpalony, ale kto by się tym przejmował. To było jedyne, czym mógł ją okryć. Wystarczyło bowiem spojrzeć na resztki czarnych piór, które wciąż tkwiły pod skórą kobiety, aby zrozumieć, czym była naprawdę. Wcześniej, podczas przemiany, boleśnie wczepiła się w niego rękoma, wbijając paznokcie w skórę. Czy może były to jeszcze ptasie pazurki? Nie przejmował się zadrapaniami, ale zobaczył, że oczy brygadzistki rozszerzają się lekko, na widok pierza przebijającego skórę ramienia. Szybko zasłonił na powrót rękę kobiety koszulą. – Każda przemiana wiąże się z ryzykiem. Nie możemy jej zostawić bez pomocy. Pomóż mi dotrzeć do szpitala. Ja się tam przecież nie dopcham, ale glina już tak. Proszę. – Nie wiedział, czy zachłysnął się krwią, czy dymem, ale zaczął kasłać.
Brygadzistka wahała się tylko przez chwilę. Skinęła głową, wyrażając tym samym zgodę na plan Jima. Być może gdyby wokół nie panował kompletny chaos, ruszyłaby w pościg za napastnikiem, ale ten zniknął w chmarach ludzi, ognia i popiołu. Razem z Jimem ruszyła więc w stronę szpitala świętego Munga.
– Cśśś, spokojnie, jesteś bezpieczna – Jim starał się przemawiać łagodnie do niesionej na rękach kobiety. Jego głos zdawał się być jednak dziwnie przytłumionym przez złamany nos. – Słyszysz mnie? Nie wiem, jak masz na imię... Ja jestem Jim. Właściwie to James, ale wszyscy mówią mi Jim. – Mówienie sprawiało mu trudność. Drapało go w gardle, bo nie dość, że przez noc zdążył nawdychać się dymu, teraz oddychać mógł tylko przez usta. A mimo to plótł bez sensu, żeby pomóc półprzytomnej kobiecie w jego ramionach odwrócić proces. Na powrót przybliżyć się ku tej bardziej ludzkiej stronie jej natury. – Powiesz mi, jak masz na imię? Postaralibyśmy się znaleźć twoich bliskich. – Nie sądził, aby mu odpowiedziała, bo pozostawała jak gdyby w stanie zawieszenia między snem a jawą. Czasem wymruczała coś niezrozumiale pod nosem... Jak gdyby po włosku? – Może... Francesca – spróbował. – Po Francescu Bernardone, świętym Franciszku, majętnym kupcu z Asyżu, który wybrał życie mnisze. Bo wiesz, był sobie taki jeden święty człowiek, który potrafił mówić z ptakami. Nazywał je swoimi małymi siostrami, swoimi małymi braćmi. Nakazywał wsłuchiwać się w ich śpiew, wierząc, że Bóg przemawia przez najmniejsze ze swych stworzeń, i... – Jim odetchnął z ulgą, widząc majaczący w oddali budynek szpitala. – Nie bój się. Nikt cię już nie skrzywdzi.
Zdjął z szyi rzemyk z drewnianym krzyżykiem. Niechże cię strzeże, pomyślał, uczyniwszy ten sam znak na czole kobiety. Na odchodnym szepnął jej na ucho kilka słów. A potem oddał bezwładne ciało brygadzistce, znikając, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać.
Gdy Lorien Mulciber ocknęła się później w jednej z sal szpitala świętego Munga, jej ręka natychmiast powędrowała ku szyi.
Ku tajemniczemu talizmanowi, który ktoś kompletnie nieznajomy musiał tej nocy zawiesić na jej szyi.
Koniec sesji
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić