17.11.2025, 19:56 ✶
Mogliśmy znajdować się w pewnej odległości od siebie, ale jej głos wślizgiwał mi się pod skórę tak, jakby mówiła tuż przy moim uchu. Za każdym razem, gdy wypowiadała te swoje ostrożne, niby‑naukowe zdania, coś we mnie napinało się mocniej, ciaśniej, jakby ktoś oplatał mnie niewidzialną liną i powoli zaciągał w jej stronę.
- Pielwsza plóba, hm? - Parsknąłem cicho, spoglądając na nią spod łuku wygiętej brwi, jak człowiek, który właśnie usłyszał coś, co wyjątkowo mu się spodobało. - To sobie wyblałaś balso… Ambitny stalt. - Wypuściłem powietrze przez zęby, wolno, żeby mogła dokładnie wychwycić zmianę w moim tonie - nie chciałem mówić, że powinien być to także równie ambitny koniec, nie widziało mi się bycie „pierwszą próbą”, podczas gdy wszystko we mnie chciało żądać od niej, by zmieniła to określenie na „jedyną”, nie „pierwszą”, ale… Byliśmy tylko tymczasowo ekskluzywni, to nie było coś takiego, a jednak to „ostrożna” brzmiało z jej ust jak prowokacja, nie jak hamulec. Gdyby naprawdę chciała ostrożności, stałaby ode mnie dalej, mówiłaby inaczej, oddychała inaczej. Nie trzymałaby dłoni splecionych tak mocno, jakby sama próbowała powstrzymać własny instynkt. Ja też próbowałem - na swój pokraczny, moralnie sfatygowany sposób, jednocześnie nie wykluczający pożerania jej wzrokiem.
Patrzyłem na nią, tak długo, bez mrugania, aż zrobiło się z tego dotykanie bez dotyku, długa linia napięcia rozciągnięta między nami niczym sznurek, który tylko czekał, żeby ktoś go przegryzł. Pierwsza próba, ostrożność - brzmiało to jak ironia, biorąc pod uwagę, jak usiadła na moich kolanach zaledwie parę chwil później, ale wtedy, w tej wcześniejszej minucie, kiedy między nami dopiero skręcały się węzły, poczułem uderzenie czegoś niepokojąco miękkiego. Nie przyznałbym tego na głos, lecz jej słowa dotknęły miejsca, które wolałem trzymać w mroku - naprawdę chciałem być jedynym takim projektem, nie początkiem ciągu. Cały mój życiorys składał się z decyzji podejmowanych bez namysłu, bez planu, bez zabezpieczeń, a jednak kiedy patrzyłem na nią, na jej twarz tak blisko, coś we mnie próbowało trzymać pion - tak w przenośni, jak dosłownie. Być kimś… Kompromisującym.
Wiedziałem przecież, jak to się zaczęło - jej usta na moich wśród tego pieprzonego dymu, żaru, chaosu, żaden scenariusz nie przewidywał, że to ona przekroczy granicę, jako pierwsza, ani że w ogóle to zrobimy. Nie poznałem jej, nie sądziłem, że to ona, chociaż nawet nie próbowałem myśleć, co by było, gdybym to zrobił. Już to kiedyś powiedziałem - nic by to nie zmieniło w podjętych wtedy decyzjach. Wystarczyło, że nawet wtedy, gdy uważaliśmy się za nieznajomych, nie widziałem dla nas miejsca na łamanie konwenansów i przekraczanie granic, robiłem to wszystko, bo chciałem, nie dla tego, co się teraz działo - nie sądziłem, byśmy mogli zanurzyć się w tym wszystkim, nie byliśmy z tego samego świata, nie na tym samym poziomie, a jednak teraz to grało. Zbyt dobrze.
A potem padło pytanie o druzgotki.
- Nie. - Odpowiedziałem natychmiast, bez żartu, bez mrugnięcia. - Nie chcę, szebyś tam była. - Nie dlatego, że się o nią bałem, a może trochę też, ale to nie było sedno. Widziałem, jak jej oczy błyszczały na myśl o „ciekawym doświadczeniu” - to było w niej piękne, cholernie piękne, to pragnienie wyjścia poza siebie. Nie miałem zamiaru niszczyć tego jednym popisem brutalności, którą potrafiłem w sobie rozkręcić, jeśli coś mnie sprowokowało. - Plue… - Zacząłem cicho, nie po to, żeby ją hamować, tylko żeby wybrać słowa, bo te, które zwykle miałem na końcu języka, były cholernie niewłaściwe. Potrafiłem być brutalny, nie z konieczności, nie z dumy, po prostu taką miałem naturę, tę część, którą nauczyłem się wykorzystywać, kiedy trzeba było ratować własną skórę albo cudzą. Druzgotki, po tym co mi zrobiły, nie miałyby najmniejszych szans, ale my mieliśmy szanse - szanse być dla siebie normalni, no, normalniejsi niż kiedyś. Nie chciałem tego spartaczyć. - Naplawdę nie chcesz na to patsześ. Zlesztą… - Spróbowałem na nowo, lepiej, pozwalając sobie na półuśmiech. - Chcę, szebyś wiedziała, kim jestem, ale niekoniecznie w tej welsji.
Miałem dużo gorszych twarzy niż ta, którą przy niej nosiłem, i choćbym nawet pluł sobie za to w brodę, a nie plułem, nie chciałem pokazywać jej tej najciemniejszej. Nie teraz - nie wtedy, kiedy dopiero otwieraliśmy drzwi, które tyle lat były zaryglowane. - Jak będziesz naplawdę chciała wiedzieś, co potlafię,Pluey, znajdziemy lepszy sposób, szeby to splawdziś. - Dodałem miękko, licząc na to, że tym jednym słowem mogłem kupić sobie zakończenie tej dyskusji, nawet jeśli ona mogła chcieć się uprzeć. Nigdy nie lubiła mnie do końca słuchać.
Od zawsze byłem marnym wyznawcą zasad, a jeszcze gorszym ich praktykiem. W tej chwili wszystkie normy, prócz tej jednej, były dla mnie jedynie drażniącym szumem w tle. Jej ciało mówiło więcej niż jej słowa, a ja byłem dość wyczulony, żeby to słyszeć - równie wyraźnie, co własne pragnienia. Zawsze lubiłem kontrasty, fakt, że fizycznie byliśmy tak różni, zamiast nas od siebie odpychać, działał jak magnes. Przyciągało mnie do niej od lat, długo przed tym, zanim wolno nam było się do tego przyznawać, ale teraz nic już nie stało na drodze.
Popatrzyłem na nią od stóp do głów, powoli, bez wstydu i już bez udawania, że mogę to zatrzymać. Moja szczęka naprężyła się tak mocno, że poczułem ból. Wszystko wskazywało, że myślała dokładnie o tym samym co ja. Nawet „mdły smak” wypowiedziany jej ustami zabrzmiał jak zaproszenie do czegoś zdecydowanie intensywniejszego. Mówiła to tonem naukowca, ale oczy… Oczy miała takie, że każdy eksperyment tracił pozory obiektywizmu.
- Mdłe smaki są dla posbawionych wyoblaśni. - Wymamrotałem, lekko przechylając głowę, jakbym ją analizował, ale prawda była taka, że wcale nie zamierzałem traktować tego naukowo. Nigdy nie potrafiłem trzymać się zasad, regułek, konieczności, formuł - od zawsze były czymś, co łamałem, zanim zdążyłem je zrozumieć. A byłem już zmęczony - zmęczony udawaniem, że potrafię patrzeć, nie dotykając, zmęczony słowami, które ociekały obietnicami, a jednocześnie utrzymywały nas na granicy. Granicy, którą mogłem rozwalić jednym ruchem dłoni, tak samo skutecznie, co ona.
- Dla nauki zlobię wsystko. - Dodałem, głosem ochrypłym od zimnej wody i narastającego pożądania. - Patszysz na człowieka gotowego na wiele. Zwłaszcza jeśli wyniki mają byś… Innowacyjne.
Odprowadzając ją wzrokiem do łazienki, wciąż czując dotyk na policzku, czułem, jak moje ciało napięło się tak gwałtownie, że musiałem oprzeć dłonie o uda, żeby nie zrobić kroku, którego jeszcze nie powinniśmy robić. Chcieliśmy zobaczyć, do czego miała nas doprowadzić ta rozmowa - tak? Sekunda, tylko sekunda, i wszystko by pękło.
Nie, by w rzeczywistości miało to potrwać znacznie dłużej - nie po tej prezentacji koszuli. Nie gdy usiadła na podłodze, mając w oczach ten błysk zadowolenia, jakby sama siebie zdziwiła tym ruchem. Wystarczyło, że przygryzła wargę, bym poczuł, że już po nas - to był moment, w którym całe to napięcie przestało mieć gdzie się podziać. Gdy tylko uniosła głowę i wypowiedziała te osiem słów, które brzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba, coś we mnie po prostu pękło. Prawie zawyłem w myślach. „W końcu.” Tak, też mnie męczyło to przeciąganie, ale to już było bezczelne. To pytanie było niczym otwarcie drzwi, które i tak już trzymaliśmy uchylone od dłuższego czasu, dźwięk jej głosu przeszedł mi dreszczem po kręgosłupie.
- W końcu? - Powtórzyłem niżej, niż planowałem. - Wiesz dobsze, sze czekałem na to zdecydowanie dłuszej, nisz wypada.
Nie zdążyłem nawet unieść ręki, bo już była na moich kolanach. Wślizgnęła się tam tak naturalnie, jakby robiła to od lat, to było najnaturalniejsze zachowanie na świecie. Jej ciało otuliło mnie ciepłem, które uderzyło we mnie szybciej niż jakakolwiek adrenalina - i to był koniec zabawy w dystans, koniec odwlekania, koniec „naukowych rozważań”. Empirycznie ta różnica wzrostu działała na naszą korzyść, różnica siły jeszcze bardziej - mogłem ją przytrzymać jedną ręką, drugą robiąc absolutnie wszystko, na co miałem ochotę. A miałem ochotę na wiele.
Zachłannie przyciągnąłem ją jeszcze bliżej, ignorując ślady po druzgotkach na udach i łydkach skrytych pod zbyt grubą warstwą kocy, zadrapania i wszystko, co nie było związane z nami dwojgiem, czując, jak jej biodra dopasowują się do mnie w sposób, który prawie wyrywał mi jęk z gardła. Koszula… Moja koszula… Na niej wyglądała jak cholernie wyraźne spełnienie fantazji, którą nosiłem ze sobą od dawna. Od bardzo dawna - jeszcze zanim całowaliśmy się w garażu, zanim przeszkodziły nam druzgotki, zanim wydarzyły się te wszystkie inne, przerwane, niepełne chwile, gdy już byliśmy blisko, a jednocześnie tak daleko.
Biorąc płytki oddech, spuściłem wzrok na guziki, i tylko przez sekundę, może nawet krócej, udawałem, że mogłem je rozpiąć jak człowiek. Nie miałem w sobie nawet krzty cierpliwości, by to zrobić. Wsunąłem palce między poły materiału i odciągnąłem je od siebie, nonszalancko, prawie bez wysiłku, odsłaniając odrobinę skóry przy dekolcie Prue z siłą, która powinna mnie zawstydzić, ale nigdy w życiu nie należałem do wstydliwych. Czekałem na to dłużej niż powinienem. Dłużej, niż myślałem, że będę musiał.
Te cholerne koce faktycznie przeszkadzały. Jeden częściowo i tak ześlizgnął się z moich pleców, drugi zsunął mi się po ręce, trzeci zawisł nieporadnie między nami, jakby jeszcze próbował bronić resztek dystansu. Zsunąłem je brutalnym, niecierpliwym szarpnięciem, jakby były tylko kolejną przeszkodą, którą noc wcisnęła między nas przez złośliwość losu. Czułem, jak jej ciało w końcu przestaje udawać, że jest w stanie czekać, tak samo jak moje. Czułem to drżenie, ten drobny bezwiedny ruch w biodrach, to napięcie karku. Przechyliłem głowę, a gdy jej oddech przesunął się po moim policzku, jakby błagał o to, żeby już przestać gadać, przestać grać, przestać trzymać się pozorów… Zamknąłem usta na jej ustach. Nie był to pocałunek, jak te wcześniejsze - ten był ciężki, nasycony, zachłanny, tak pełny wszystkiego, czego nie potrafiliśmy wypowiedzieć przez te wszystkie lata. Wsunąłem jedną dłoń w jej włosy, na kark, przyciągając ją jeszcze bliżej, tak że jej biodra otarły się o moje z siłą, która wciągnęła mi powietrze z płuc. Druga dłoń zjechała w dół, po kręgosłupie, po plecach, zatrzymała się niżej, żeby poczuć więcej, przyciągnąć mocniej.
- Nie będziemy się s tym pieldoliś, Sha. To jest moja koszula. - Wymamrotałem jej w usta, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Na mojej kobiecie. Za długo kazałaś mi na to czekaś. - Dotknąłem jej ud, przesuwając dłoń wzdłuż linii koszuli, aż do miejsca, gdzie zaczynały się guziki. Wsunąłem między nie palce… I nawet nie próbowałem ich odpinać. Palce wślizgnęły się pod materiał bezwstydnie, szukając każdego fragmentu skóry, którego jeszcze nie poznałem - przesunąłem rękę wzdłuż jej talii, mocniej, pewniej, bawełna napięła się pod moimi dłońmi, lekko strzelając, kiedy przesuwałem palce głębiej, między przerwy, ignorując zapięcia, ignorując wszystko poza tym, jak bardzo jej pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać mimowolnego rozszerzenia źrenic - to, co się działo, wciągało mnie całkowicie. Jeden z guzików puścił z cichym trzaśnięciem, które zabrzmiało jak pierwszy dźwięk właściwej melodii - kolejne zaczęły strzelać pod palcami, jeden po drugim. Czułem jej ciepło pod sobą, idealnie dopasowane, i choć fizycznie nie mogłem być już twardszy, to wewnątrz zawrzała mi krew, serce waliło jak szalone, a każda część mnie krzyczała, że nie chcę, żeby to się kończyło. Noc była jeszcze młoda, tak jak my i to, co się między nami działo.
- Pielwsza plóba, hm? - Parsknąłem cicho, spoglądając na nią spod łuku wygiętej brwi, jak człowiek, który właśnie usłyszał coś, co wyjątkowo mu się spodobało. - To sobie wyblałaś balso… Ambitny stalt. - Wypuściłem powietrze przez zęby, wolno, żeby mogła dokładnie wychwycić zmianę w moim tonie - nie chciałem mówić, że powinien być to także równie ambitny koniec, nie widziało mi się bycie „pierwszą próbą”, podczas gdy wszystko we mnie chciało żądać od niej, by zmieniła to określenie na „jedyną”, nie „pierwszą”, ale… Byliśmy tylko tymczasowo ekskluzywni, to nie było coś takiego, a jednak to „ostrożna” brzmiało z jej ust jak prowokacja, nie jak hamulec. Gdyby naprawdę chciała ostrożności, stałaby ode mnie dalej, mówiłaby inaczej, oddychała inaczej. Nie trzymałaby dłoni splecionych tak mocno, jakby sama próbowała powstrzymać własny instynkt. Ja też próbowałem - na swój pokraczny, moralnie sfatygowany sposób, jednocześnie nie wykluczający pożerania jej wzrokiem.
Patrzyłem na nią, tak długo, bez mrugania, aż zrobiło się z tego dotykanie bez dotyku, długa linia napięcia rozciągnięta między nami niczym sznurek, który tylko czekał, żeby ktoś go przegryzł. Pierwsza próba, ostrożność - brzmiało to jak ironia, biorąc pod uwagę, jak usiadła na moich kolanach zaledwie parę chwil później, ale wtedy, w tej wcześniejszej minucie, kiedy między nami dopiero skręcały się węzły, poczułem uderzenie czegoś niepokojąco miękkiego. Nie przyznałbym tego na głos, lecz jej słowa dotknęły miejsca, które wolałem trzymać w mroku - naprawdę chciałem być jedynym takim projektem, nie początkiem ciągu. Cały mój życiorys składał się z decyzji podejmowanych bez namysłu, bez planu, bez zabezpieczeń, a jednak kiedy patrzyłem na nią, na jej twarz tak blisko, coś we mnie próbowało trzymać pion - tak w przenośni, jak dosłownie. Być kimś… Kompromisującym.
Wiedziałem przecież, jak to się zaczęło - jej usta na moich wśród tego pieprzonego dymu, żaru, chaosu, żaden scenariusz nie przewidywał, że to ona przekroczy granicę, jako pierwsza, ani że w ogóle to zrobimy. Nie poznałem jej, nie sądziłem, że to ona, chociaż nawet nie próbowałem myśleć, co by było, gdybym to zrobił. Już to kiedyś powiedziałem - nic by to nie zmieniło w podjętych wtedy decyzjach. Wystarczyło, że nawet wtedy, gdy uważaliśmy się za nieznajomych, nie widziałem dla nas miejsca na łamanie konwenansów i przekraczanie granic, robiłem to wszystko, bo chciałem, nie dla tego, co się teraz działo - nie sądziłem, byśmy mogli zanurzyć się w tym wszystkim, nie byliśmy z tego samego świata, nie na tym samym poziomie, a jednak teraz to grało. Zbyt dobrze.
A potem padło pytanie o druzgotki.
- Nie. - Odpowiedziałem natychmiast, bez żartu, bez mrugnięcia. - Nie chcę, szebyś tam była. - Nie dlatego, że się o nią bałem, a może trochę też, ale to nie było sedno. Widziałem, jak jej oczy błyszczały na myśl o „ciekawym doświadczeniu” - to było w niej piękne, cholernie piękne, to pragnienie wyjścia poza siebie. Nie miałem zamiaru niszczyć tego jednym popisem brutalności, którą potrafiłem w sobie rozkręcić, jeśli coś mnie sprowokowało. - Plue… - Zacząłem cicho, nie po to, żeby ją hamować, tylko żeby wybrać słowa, bo te, które zwykle miałem na końcu języka, były cholernie niewłaściwe. Potrafiłem być brutalny, nie z konieczności, nie z dumy, po prostu taką miałem naturę, tę część, którą nauczyłem się wykorzystywać, kiedy trzeba było ratować własną skórę albo cudzą. Druzgotki, po tym co mi zrobiły, nie miałyby najmniejszych szans, ale my mieliśmy szanse - szanse być dla siebie normalni, no, normalniejsi niż kiedyś. Nie chciałem tego spartaczyć. - Naplawdę nie chcesz na to patsześ. Zlesztą… - Spróbowałem na nowo, lepiej, pozwalając sobie na półuśmiech. - Chcę, szebyś wiedziała, kim jestem, ale niekoniecznie w tej welsji.
Miałem dużo gorszych twarzy niż ta, którą przy niej nosiłem, i choćbym nawet pluł sobie za to w brodę, a nie plułem, nie chciałem pokazywać jej tej najciemniejszej. Nie teraz - nie wtedy, kiedy dopiero otwieraliśmy drzwi, które tyle lat były zaryglowane. - Jak będziesz naplawdę chciała wiedzieś, co potlafię,Pluey, znajdziemy lepszy sposób, szeby to splawdziś. - Dodałem miękko, licząc na to, że tym jednym słowem mogłem kupić sobie zakończenie tej dyskusji, nawet jeśli ona mogła chcieć się uprzeć. Nigdy nie lubiła mnie do końca słuchać.
Od zawsze byłem marnym wyznawcą zasad, a jeszcze gorszym ich praktykiem. W tej chwili wszystkie normy, prócz tej jednej, były dla mnie jedynie drażniącym szumem w tle. Jej ciało mówiło więcej niż jej słowa, a ja byłem dość wyczulony, żeby to słyszeć - równie wyraźnie, co własne pragnienia. Zawsze lubiłem kontrasty, fakt, że fizycznie byliśmy tak różni, zamiast nas od siebie odpychać, działał jak magnes. Przyciągało mnie do niej od lat, długo przed tym, zanim wolno nam było się do tego przyznawać, ale teraz nic już nie stało na drodze.
Popatrzyłem na nią od stóp do głów, powoli, bez wstydu i już bez udawania, że mogę to zatrzymać. Moja szczęka naprężyła się tak mocno, że poczułem ból. Wszystko wskazywało, że myślała dokładnie o tym samym co ja. Nawet „mdły smak” wypowiedziany jej ustami zabrzmiał jak zaproszenie do czegoś zdecydowanie intensywniejszego. Mówiła to tonem naukowca, ale oczy… Oczy miała takie, że każdy eksperyment tracił pozory obiektywizmu.
- Mdłe smaki są dla posbawionych wyoblaśni. - Wymamrotałem, lekko przechylając głowę, jakbym ją analizował, ale prawda była taka, że wcale nie zamierzałem traktować tego naukowo. Nigdy nie potrafiłem trzymać się zasad, regułek, konieczności, formuł - od zawsze były czymś, co łamałem, zanim zdążyłem je zrozumieć. A byłem już zmęczony - zmęczony udawaniem, że potrafię patrzeć, nie dotykając, zmęczony słowami, które ociekały obietnicami, a jednocześnie utrzymywały nas na granicy. Granicy, którą mogłem rozwalić jednym ruchem dłoni, tak samo skutecznie, co ona.
- Dla nauki zlobię wsystko. - Dodałem, głosem ochrypłym od zimnej wody i narastającego pożądania. - Patszysz na człowieka gotowego na wiele. Zwłaszcza jeśli wyniki mają byś… Innowacyjne.
Odprowadzając ją wzrokiem do łazienki, wciąż czując dotyk na policzku, czułem, jak moje ciało napięło się tak gwałtownie, że musiałem oprzeć dłonie o uda, żeby nie zrobić kroku, którego jeszcze nie powinniśmy robić. Chcieliśmy zobaczyć, do czego miała nas doprowadzić ta rozmowa - tak? Sekunda, tylko sekunda, i wszystko by pękło.
Nie, by w rzeczywistości miało to potrwać znacznie dłużej - nie po tej prezentacji koszuli. Nie gdy usiadła na podłodze, mając w oczach ten błysk zadowolenia, jakby sama siebie zdziwiła tym ruchem. Wystarczyło, że przygryzła wargę, bym poczuł, że już po nas - to był moment, w którym całe to napięcie przestało mieć gdzie się podziać. Gdy tylko uniosła głowę i wypowiedziała te osiem słów, które brzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba, coś we mnie po prostu pękło. Prawie zawyłem w myślach. „W końcu.” Tak, też mnie męczyło to przeciąganie, ale to już było bezczelne. To pytanie było niczym otwarcie drzwi, które i tak już trzymaliśmy uchylone od dłuższego czasu, dźwięk jej głosu przeszedł mi dreszczem po kręgosłupie.
- W końcu? - Powtórzyłem niżej, niż planowałem. - Wiesz dobsze, sze czekałem na to zdecydowanie dłuszej, nisz wypada.
Nie zdążyłem nawet unieść ręki, bo już była na moich kolanach. Wślizgnęła się tam tak naturalnie, jakby robiła to od lat, to było najnaturalniejsze zachowanie na świecie. Jej ciało otuliło mnie ciepłem, które uderzyło we mnie szybciej niż jakakolwiek adrenalina - i to był koniec zabawy w dystans, koniec odwlekania, koniec „naukowych rozważań”. Empirycznie ta różnica wzrostu działała na naszą korzyść, różnica siły jeszcze bardziej - mogłem ją przytrzymać jedną ręką, drugą robiąc absolutnie wszystko, na co miałem ochotę. A miałem ochotę na wiele.
Zachłannie przyciągnąłem ją jeszcze bliżej, ignorując ślady po druzgotkach na udach i łydkach skrytych pod zbyt grubą warstwą kocy, zadrapania i wszystko, co nie było związane z nami dwojgiem, czując, jak jej biodra dopasowują się do mnie w sposób, który prawie wyrywał mi jęk z gardła. Koszula… Moja koszula… Na niej wyglądała jak cholernie wyraźne spełnienie fantazji, którą nosiłem ze sobą od dawna. Od bardzo dawna - jeszcze zanim całowaliśmy się w garażu, zanim przeszkodziły nam druzgotki, zanim wydarzyły się te wszystkie inne, przerwane, niepełne chwile, gdy już byliśmy blisko, a jednocześnie tak daleko.
Biorąc płytki oddech, spuściłem wzrok na guziki, i tylko przez sekundę, może nawet krócej, udawałem, że mogłem je rozpiąć jak człowiek. Nie miałem w sobie nawet krzty cierpliwości, by to zrobić. Wsunąłem palce między poły materiału i odciągnąłem je od siebie, nonszalancko, prawie bez wysiłku, odsłaniając odrobinę skóry przy dekolcie Prue z siłą, która powinna mnie zawstydzić, ale nigdy w życiu nie należałem do wstydliwych. Czekałem na to dłużej niż powinienem. Dłużej, niż myślałem, że będę musiał.
Te cholerne koce faktycznie przeszkadzały. Jeden częściowo i tak ześlizgnął się z moich pleców, drugi zsunął mi się po ręce, trzeci zawisł nieporadnie między nami, jakby jeszcze próbował bronić resztek dystansu. Zsunąłem je brutalnym, niecierpliwym szarpnięciem, jakby były tylko kolejną przeszkodą, którą noc wcisnęła między nas przez złośliwość losu. Czułem, jak jej ciało w końcu przestaje udawać, że jest w stanie czekać, tak samo jak moje. Czułem to drżenie, ten drobny bezwiedny ruch w biodrach, to napięcie karku. Przechyliłem głowę, a gdy jej oddech przesunął się po moim policzku, jakby błagał o to, żeby już przestać gadać, przestać grać, przestać trzymać się pozorów… Zamknąłem usta na jej ustach. Nie był to pocałunek, jak te wcześniejsze - ten był ciężki, nasycony, zachłanny, tak pełny wszystkiego, czego nie potrafiliśmy wypowiedzieć przez te wszystkie lata. Wsunąłem jedną dłoń w jej włosy, na kark, przyciągając ją jeszcze bliżej, tak że jej biodra otarły się o moje z siłą, która wciągnęła mi powietrze z płuc. Druga dłoń zjechała w dół, po kręgosłupie, po plecach, zatrzymała się niżej, żeby poczuć więcej, przyciągnąć mocniej.
- Nie będziemy się s tym pieldoliś, Sha. To jest moja koszula. - Wymamrotałem jej w usta, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Na mojej kobiecie. Za długo kazałaś mi na to czekaś. - Dotknąłem jej ud, przesuwając dłoń wzdłuż linii koszuli, aż do miejsca, gdzie zaczynały się guziki. Wsunąłem między nie palce… I nawet nie próbowałem ich odpinać. Palce wślizgnęły się pod materiał bezwstydnie, szukając każdego fragmentu skóry, którego jeszcze nie poznałem - przesunąłem rękę wzdłuż jej talii, mocniej, pewniej, bawełna napięła się pod moimi dłońmi, lekko strzelając, kiedy przesuwałem palce głębiej, między przerwy, ignorując zapięcia, ignorując wszystko poza tym, jak bardzo jej pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać mimowolnego rozszerzenia źrenic - to, co się działo, wciągało mnie całkowicie. Jeden z guzików puścił z cichym trzaśnięciem, które zabrzmiało jak pierwszy dźwięk właściwej melodii - kolejne zaczęły strzelać pod palcami, jeden po drugim. Czułem jej ciepło pod sobą, idealnie dopasowane, i choć fizycznie nie mogłem być już twardszy, to wewnątrz zawrzała mi krew, serce waliło jak szalone, a każda część mnie krzyczała, że nie chcę, żeby to się kończyło. Noc była jeszcze młoda, tak jak my i to, co się między nami działo.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)