17.11.2025, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2025, 22:41 przez Benjy Fenwick.)
Leżałem jeszcze przez chwilę, pozwalając jej wtulić się głębiej w moje ciało, obserwując to, jak delikatnie poruszała się w rytmie mojego oddechu. Czułem jej dłoń, sposób, w jaki przytrzymywała mój tors, jakby bała się, że jeśli je puści, wszystko rozpłynie się w powietrzu, zostawiając po sobie jedynie pustkę. A może to ja sam bałem się pierwszego poruszenia, ruchu, który miałby przerwać ten moment? Mgła za oknem wciąż była gęsta, niemal fizyczna, przylegała do szyby, chcąc zatrzymać świat poza chatką, pozostawiając nas w tym odrębnym czasie, gdzie nic nie istniało, poza nami. Czułem jej bicie serca, spokojne i miarowe, czułem też dziwne ciepło w mojej własnej piersi, które nie było ani dumą, ani satysfakcją - raczej czymś czystym, nieokreślonym, jakbyśmy przez te kilka godzin odłożyli na bok wszystkie nasze maski. Jej oddech na mojej skórze był równie hipnotyzujący, co cichy trzask drewna w kominku, który dogasał powoli, zostawiając za sobą jedynie aromat dymu i wilgotnego drewna.
Podniosłem się powoli na łokciach, pozwalając nam odsunąć się odrobinę od siebie, by spojrzała na mnie, a ja na nią - i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo nie chciałem przerywać tej chwili. Ten uśmiech, miękki, poranny, prawdziwy, trafił we mnie z siłą, której nie zdążyłem zamortyzować, zanim poczułem się jak ktoś, kto wreszcie doszedł na szczyt, chociaż od zawsze wierzył, że trasa będzie wiecznie pod górę. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem dokładnie, co miała na myśli, nie potrzebowałem nic dodawać - jej ton był spokojny, pełen wyważonej pewności siebie, takiej, którą znałem z jej zachowania w innych sytuacjach, chociaż nigdy w kontekście czegoś tak osobistego. Mogłem odparować coś błyskotliwego, coś więcej, nadal w stylu żartobliwego triumfu, ale prawda była taka, że rzeczywiście - nie istniała tu kategoria zwycięzców, nie istniała gra, tylko my, spleceni przez noc i przez coś, co od lat wisiało między nami jak napięta, niewidzialna lina. To było nasze zwycięstwo, nie moje, nie jej, a nasze. Nie musieliśmy mówić nic więcej, jeszcze nie teraz, bo wszystko już zostało powiedziane w sposobie, w jaki leżeliśmy razem, w ciepłej harmonii, którą trudno było znaleźć na zewnątrz.
Jej spojrzenie uciekło wyżej, a ja dopiero wtedy ruszyłem głową, śledząc kierunek - książki, notesy, drobiazgi na półce - te same, na które patrzyłem jeszcze chwilę wcześniej, tak naprawdę ich nie widząc, ją jednak zaciekawiły. Zanim zrozumiałem, co właściwie przyciągnęło jej uwagę, zdążyła się wysunąć z moich objęć. Kiedy wyciągnęła rękę, by sięgnąć po książkę, moje spojrzenie podążyło za nią z przyzwyczajenia, bardziej niż z potrzeby, na dłuższy moment zatrzymując się na jej pośladkach i zarysie piersi. Cholera.
Cholera.
Cholera.
A może jednak nie? Krótki błysk zawahania przeciął mi głowę, ale nie sięgnąłem, nie wyciągnąłem dłoni, nie zmieniłem ułożenia ciała. Prawda była prosta - to, co tam leżało, było starsze niż wszystkie słowa, które potrafiłbym teraz wypowiedzieć. Starsze niż ta noc, starsze niż historia, którą powoli rozsupływaliśmy. Twarda oprawa, przetarta z jednej strony. Zagięty róg, którego nigdy nie prostowałem. Pismo, które wyglądało, jakby pisał je ktoś, kto nie mógł zdecydować, czy chce już spać, czy jeszcze milczeć, wylewając żale i złości nad kartką. Mój dziennik - nie ten z ostatnich miesięcy, nie ten z tych dni, które dopiero składały mnie na nowo, ten starszy, z czasów, o których rzadko myślałem, a jeszcze rzadziej o nich mówiłem - nie wiedziałem, jakim cudem się tu znalazł, ale wylądował z nią tuż obok mnie. Były w nim rzeczy, których nigdy nikomu nie dałem do przeczytania, ale kiedy przewróciła pierwszą kartkę, miałem w sobie tę spokojną rezygnację, która przychodziła tylko wtedy, kiedy już komuś coś wyznałeś i wiedziałeś, że reszta jest tylko cieniem starej wersji siebie. Szczerością, która zdążyła się wydarzyć. Przeszłością, która wyblakła, zanim ten poranek w ogóle wstał.
Patrzyłem na niego i nią, gdy otwierała pierwszą stronę - na to, jak jej palce wsuwały się pod papier, na zmarszczenie między jej brwiami pojawiające się, kiedy dostrzegła daty, pismo, nieporządek dawnych prób zrozumienia samego siebie. Natknęła się na notatki, w których próbowałem być systematyczny, ale kończyło się na tym, że zapisywałem strzępy myśli, daty bez kontekstu, pojedyncze zdania, które miały mnie do czegoś doprowadzić, a zostawały zawieszone jak kolejny urwany most. Nie drgnąłem jednak - nawet o milimetr.
Leżałem jeszcze przez chwilę, obserwując, jak jej palce ślizgały się po papierze, a oczy, te same oczy, które znałem od lat, delikatnie poruszały się po liniach zapisanych w notesie. Nie mówiłem nic, tylko pozwoliłem jej zająć się tym, co przykuło jej uwagę, przyciągając ją znów bliżej, kiedy ponownie wtuliła się we mnie. Czułem każdy drobny przesuw koca, każde drgnięcie jej oddechu na mojej skórze. Samemu też niemal odruchowo, nieświadomie, przesunąłem palcami po jej ramieniu i po jej plecach, delikatnie, nie chcąc niczego zakłócać.
Tak. Nie ważne, że od razu rozpoznałem papier - zagięty narożnik, krzywe linie, daty, których wcale nie chciałem pamiętać, a jednak pamiętałem, jak człowiek pamięta pęknięcie w drewnie pod własnym oknem. Nie chciałem się ruszać ani przerywać tej chwili - wszystko między nami było zbyt idealnie wyważone, by to teraz psuć, jakby przez te kilka godzin świat się wstrzymał tylko po to, żebyśmy mogli w pełni istnieć w tym miejscu. Pochyliłem głowę, dotknąłem ustami jej włosów - pachniały nocą, dymem z kominka i czymś, czego wolałem nie nazywać, żeby tego nie spłaszczyć, nie sprowadzić do jednego słowa. Pocałunek był miękki, spokojny.
- Jeśli chcesz, czytaj. - Mruknąłem cicho, głosem, który jeszcze pamiętał sen i rozgrzane powietrze naszej nocy, kiwając głową. - To w posządku, moszesz zaspokoiś ciekawość. - Powiedziałem, uśmiechając się pod nosem, obserwując, jak jej palce przesuwają się po kartkach. Przewróciłem się trochę na bok, przyciągając ją bliżej, żeby poczuła, że nic się nie zmieniło. - Laszej nie pisałem tu niczego zdlosznego o na twój temat, chyba sze moje młodsze ja miało jakieś dziwne pomysły, o któlych zapomniałem.
Patrzyłem na notes, na jej twarz, i pozwoliłem sobie uśmiechnąć się szerzej, bardziej swobodnie niż wcześniej, mimo świadomości tego, co znalazło się przypadkiem w jej dłoniach. To była już część przeszłości, tej, o której powiedziałem jej wystarczająco dużo, żeby nie musiała się domyślać w ciemno. Natomiast to wszystko, co działo się w tym poranku, było dla mnie zwycięstwem, którego nie chciałem kwestionować. Było... Teraźniejszością - ważniejszą, bardziej istotną. Miałem w sobie ten dziwny rodzaj czujności, który budził się tylko wtedy, kiedy naprawdę zależało mi na tym, żeby niczego nie zepsuć.
„Matka wyszła za mąż. Zaraz po tym, jak ojciec umarł. Za własnego szwagra - nie wiem, czy to w ogóle legalne??? Powiedzieli, że to dla dobra rodu, stabilność, ciągłość, te brednie, których używają zawsze, kiedy robią coś obrzydliwego. Dom zrobił się cięższy, jakby ściany chłonęły to całe ich gówno. On patrzy na mnie jak na kulę u nogi, a matka... Nie wiem, co się z nią stało. Jakby umarła razem z ojcem, a to coś, co chodzi w jej sukni... Nawet nie wiem, jak to nazwać. Teraz wszystko w domu jest… Gorzej. Nie wiedziałem, że może być gorzej. A jednak. Thaddeus nigdy nie był święty, jasne. Ale Aurelius… To coś innego. Wszystko musi być po jego myśli. Nienawidzi mnie. Wiem to.”
„Moja własna matka nagle zapomniała, że miała dzieci, które jej potrzebują. Mówi, że to lepsze dla mnie, dla Georgiany, dla Isobel i Leticii. Nie wierzę jej. Nie wierzę już w nic. Ginny cieszy się z tego, jak głupia… Nienawidzę tego miejsca. Ono mnie też.”
„Dzisiaj mnie uderzył. Nie wiem, za co. Może dlatego, że spojrzałem w jego stronę? Może dlatego, że nie chciałem się zgodzić. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się bezpieczny w tym domu. Matka milczy. Czasem patrzy tak, jakby widziała przez stół, na wylot. Myślę, że gdyby ojciec żył, przynajmniej wiedziałbym, że nie chciałby mnie zabić.”
„Dzisiaj znów dostałem, za nic właściwie. Znalazł powód, żebym poczuł, że nie jestem jego własnym dzieckiem. Ginny, na szczęście, nim jest. Chodzi tylko o mnie. Dlaczego? Nie wiem. Może taką mam twarz. Matka siedziała obok i udawała, że nic się nie dzieje. Tak, jakby wszystko było normalne. Może jest. Dla niej pewnie jest. Chciałbym kogoś, kto rozumie, że nie wszystko da się wytłumaczyć, że czasem po prostu jest strasznie i nic nie da się z tym zrobić.”
„Zastanawiam się czasem, jak to było, kiedy ojciec żył. Nawet jeśli był surowy, coś w tym było… Przewidywalne. Przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać. Teraz każde słowo, każdy gest, wszystko może skończyć się źle. Nie chcę tu być. Chciałbym po prostu zniknąć.”
„Georgiana wypaliła wszystko, co wiedziała, jednym zdaniem, takim niby mimochodem. Nie zdążyłem nawet jej kopnąć pod stołem, bo Isobel już to zrobiła, ale było za późno. Nie pomogło. Nie wiem, czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie gorzej, ale nie aż tak.”
„Zmusili mnie, żebym trzymał dystans. Powiedzieli, że „pewne relacje nie przystoją komuś takiemu jak ja”. Jakbym był przedmiotem, który można przestawić na inne półki. Przeszła obok mnie na błoniach, uniosła wzrok, a ja odwróciłem się tak szybko, że aż zakłuło mnie w karku. Nienawidzę tego, że mnie do tego zmuszono. Nienawidzę, że to zrobiłem.”
„Nie mogę spać. Ściany szepczą, kroki po korytarzu odbijają się echem. Matka zawodzi w pokoju Aureliusa, a ja leżę sam i próbuję udawać, że to nic. Każdy dźwięk to przypomnienie, że jestem tu więźniem, chociaż nie jestem jedynym. Czy to pociecha? Głupio mi. Bo czuję, że powinienem coś zrobić, ale nie mogę. Nic nie mogę. Tylko milczę.”
„Wczoraj przeszło mi przez myśl, że jeśli zostanę w tym wszystkim sam, zwariuję. On jest jak cień, zawsze czai się za mną. Chciałbym uciec. Chciałbym, żeby ktoś mnie przytulił, choćby na chwilę, i powiedział, że będzie dobrze, ale nikt tego nie robi.”
„Wróciłem do szkoły i udaję, że wszystko gra. Nie piszę do niej, nie idę do niej, trzymam się tak daleko, jak mi kazano. Mimo to czasem złapię jej spojrzenie w bibliotece albo na schodach. Udaje, że nie widzi, tak samo jak ja. Boli to bardziej niż wszystko, co robią w domu. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę.”
„Mam czasem wrażenie, że ojciec wcale nie był taki zły, tylko ja wtedy nie wiedziałem, jak źle może być naprawdę. Teraz wiem. Aurelius nie udaje nawet przez chwilę, że nie chce mnie złamać. Wchodzi do tego domu tak, jakby zawsze tu był, wprowadza swoje zasady, a matka patrzy, jakby to było normalne.”
„Ginny znowu mnie wsypała. Tym razem listownie, więc mam trochę czasu, by się przygotować. Ale czy można??? Izzy była gotowa wpaść w furię, bardziej ode mnie, ja po prostu wyszedłem. Chciałem, żeby nikt nie widział, że się trzęsę. W Hogwarcie niby czuję się wolniejszy, ale wieczorami, kiedy wszystko cichnie, wraca to samo uczucie, co w domu.”
„Spojrzała na mnie i szybko odwróciła wzrok. To było gorsze niż cokolwiek, co robi on. Zrobiłem wszystko, czego ode mnie chcieli, a jest tylko gorzej.”
„Nie mam ochoty na nic. Wszystko wydaje się szare, nawet śnieg za oknem. Wszystko wali mi się w głowie. Czasami myślę, że lepiej byłoby, gdybym wcale nie wracał do domu. Chociaż wiem, że nie mogę. Nie jestem już małym chłopcem.”
„Nie wiem, czy to w ogóle powinno trafić do dziennika, ale muszę to gdzieś wcisnąć, bo inaczej rozsadzi mi głowę. Nie znam sposobu, żeby ją ocalić. Nie znam sposobu, żeby ocalić siebie.”
„Wszyscy chodzimy ciszej. Leta udaje, że nic się nie dzieje, Isobel udaje, że nic ją nie obchodzi. Ja też próbuję, czegoś pomiędzy, ale nie potrafię. Georgiana jeszcze nic nie wie, tak jak reszta. Nie wiem, co będzie, gdy się dowiedzą. Nie chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć. Muszę temu zapobiec.”
„Izzy powiedziała, że wyglądam, jakbym był już w połowie drogi do obłędu. Może jestem. Może to jedyny sposób, żeby tego wszystkiego nie czuć. Leta udaje, że nic nie widzi, ale widzi. Boję się, że Ginny coś palnie przy śniadaniu, bo nie umie trzymać języka za zębami. Boję się wielu rzeczy. Myślę, że jestem tchórzem. A potem przypominam sobie Aureliusa i dochodzę do wniosku, że jestem po prostu w pułapce.”
„Isobel powiedziała, że zdobędzie kilka rzeczy. Nie pytałem, jakich. Kazała nam przyjść do doków dziś wieczorem. Powiedziała to tak, jakby robiła to już dziesięć razy wcześniej. Może to Ten Jej. Nie wiem, w co się pakuję. Powiedziałbym, że to był błąd, ale nie jestem przekonany. Może to początek czegoś, co będzie miało sens. Może czegoś, co wreszcie będzie moje. Nasze.”
Podniosłem się powoli na łokciach, pozwalając nam odsunąć się odrobinę od siebie, by spojrzała na mnie, a ja na nią - i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo nie chciałem przerywać tej chwili. Ten uśmiech, miękki, poranny, prawdziwy, trafił we mnie z siłą, której nie zdążyłem zamortyzować, zanim poczułem się jak ktoś, kto wreszcie doszedł na szczyt, chociaż od zawsze wierzył, że trasa będzie wiecznie pod górę. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem dokładnie, co miała na myśli, nie potrzebowałem nic dodawać - jej ton był spokojny, pełen wyważonej pewności siebie, takiej, którą znałem z jej zachowania w innych sytuacjach, chociaż nigdy w kontekście czegoś tak osobistego. Mogłem odparować coś błyskotliwego, coś więcej, nadal w stylu żartobliwego triumfu, ale prawda była taka, że rzeczywiście - nie istniała tu kategoria zwycięzców, nie istniała gra, tylko my, spleceni przez noc i przez coś, co od lat wisiało między nami jak napięta, niewidzialna lina. To było nasze zwycięstwo, nie moje, nie jej, a nasze. Nie musieliśmy mówić nic więcej, jeszcze nie teraz, bo wszystko już zostało powiedziane w sposobie, w jaki leżeliśmy razem, w ciepłej harmonii, którą trudno było znaleźć na zewnątrz.
Jej spojrzenie uciekło wyżej, a ja dopiero wtedy ruszyłem głową, śledząc kierunek - książki, notesy, drobiazgi na półce - te same, na które patrzyłem jeszcze chwilę wcześniej, tak naprawdę ich nie widząc, ją jednak zaciekawiły. Zanim zrozumiałem, co właściwie przyciągnęło jej uwagę, zdążyła się wysunąć z moich objęć. Kiedy wyciągnęła rękę, by sięgnąć po książkę, moje spojrzenie podążyło za nią z przyzwyczajenia, bardziej niż z potrzeby, na dłuższy moment zatrzymując się na jej pośladkach i zarysie piersi. Cholera.
Cholera.
Cholera.
A może jednak nie? Krótki błysk zawahania przeciął mi głowę, ale nie sięgnąłem, nie wyciągnąłem dłoni, nie zmieniłem ułożenia ciała. Prawda była prosta - to, co tam leżało, było starsze niż wszystkie słowa, które potrafiłbym teraz wypowiedzieć. Starsze niż ta noc, starsze niż historia, którą powoli rozsupływaliśmy. Twarda oprawa, przetarta z jednej strony. Zagięty róg, którego nigdy nie prostowałem. Pismo, które wyglądało, jakby pisał je ktoś, kto nie mógł zdecydować, czy chce już spać, czy jeszcze milczeć, wylewając żale i złości nad kartką. Mój dziennik - nie ten z ostatnich miesięcy, nie ten z tych dni, które dopiero składały mnie na nowo, ten starszy, z czasów, o których rzadko myślałem, a jeszcze rzadziej o nich mówiłem - nie wiedziałem, jakim cudem się tu znalazł, ale wylądował z nią tuż obok mnie. Były w nim rzeczy, których nigdy nikomu nie dałem do przeczytania, ale kiedy przewróciła pierwszą kartkę, miałem w sobie tę spokojną rezygnację, która przychodziła tylko wtedy, kiedy już komuś coś wyznałeś i wiedziałeś, że reszta jest tylko cieniem starej wersji siebie. Szczerością, która zdążyła się wydarzyć. Przeszłością, która wyblakła, zanim ten poranek w ogóle wstał.
Patrzyłem na niego i nią, gdy otwierała pierwszą stronę - na to, jak jej palce wsuwały się pod papier, na zmarszczenie między jej brwiami pojawiające się, kiedy dostrzegła daty, pismo, nieporządek dawnych prób zrozumienia samego siebie. Natknęła się na notatki, w których próbowałem być systematyczny, ale kończyło się na tym, że zapisywałem strzępy myśli, daty bez kontekstu, pojedyncze zdania, które miały mnie do czegoś doprowadzić, a zostawały zawieszone jak kolejny urwany most. Nie drgnąłem jednak - nawet o milimetr.
Leżałem jeszcze przez chwilę, obserwując, jak jej palce ślizgały się po papierze, a oczy, te same oczy, które znałem od lat, delikatnie poruszały się po liniach zapisanych w notesie. Nie mówiłem nic, tylko pozwoliłem jej zająć się tym, co przykuło jej uwagę, przyciągając ją znów bliżej, kiedy ponownie wtuliła się we mnie. Czułem każdy drobny przesuw koca, każde drgnięcie jej oddechu na mojej skórze. Samemu też niemal odruchowo, nieświadomie, przesunąłem palcami po jej ramieniu i po jej plecach, delikatnie, nie chcąc niczego zakłócać.
Tak. Nie ważne, że od razu rozpoznałem papier - zagięty narożnik, krzywe linie, daty, których wcale nie chciałem pamiętać, a jednak pamiętałem, jak człowiek pamięta pęknięcie w drewnie pod własnym oknem. Nie chciałem się ruszać ani przerywać tej chwili - wszystko między nami było zbyt idealnie wyważone, by to teraz psuć, jakby przez te kilka godzin świat się wstrzymał tylko po to, żebyśmy mogli w pełni istnieć w tym miejscu. Pochyliłem głowę, dotknąłem ustami jej włosów - pachniały nocą, dymem z kominka i czymś, czego wolałem nie nazywać, żeby tego nie spłaszczyć, nie sprowadzić do jednego słowa. Pocałunek był miękki, spokojny.
- Jeśli chcesz, czytaj. - Mruknąłem cicho, głosem, który jeszcze pamiętał sen i rozgrzane powietrze naszej nocy, kiwając głową. - To w posządku, moszesz zaspokoiś ciekawość. - Powiedziałem, uśmiechając się pod nosem, obserwując, jak jej palce przesuwają się po kartkach. Przewróciłem się trochę na bok, przyciągając ją bliżej, żeby poczuła, że nic się nie zmieniło. - Laszej nie pisałem tu niczego zdlosznego o na twój temat, chyba sze moje młodsze ja miało jakieś dziwne pomysły, o któlych zapomniałem.
Patrzyłem na notes, na jej twarz, i pozwoliłem sobie uśmiechnąć się szerzej, bardziej swobodnie niż wcześniej, mimo świadomości tego, co znalazło się przypadkiem w jej dłoniach. To była już część przeszłości, tej, o której powiedziałem jej wystarczająco dużo, żeby nie musiała się domyślać w ciemno. Natomiast to wszystko, co działo się w tym poranku, było dla mnie zwycięstwem, którego nie chciałem kwestionować. Było... Teraźniejszością - ważniejszą, bardziej istotną. Miałem w sobie ten dziwny rodzaj czujności, który budził się tylko wtedy, kiedy naprawdę zależało mi na tym, żeby niczego nie zepsuć.
„Matka wyszła za mąż. Zaraz po tym, jak ojciec umarł. Za własnego szwagra - nie wiem, czy to w ogóle legalne??? Powiedzieli, że to dla dobra rodu, stabilność, ciągłość, te brednie, których używają zawsze, kiedy robią coś obrzydliwego. Dom zrobił się cięższy, jakby ściany chłonęły to całe ich gówno. On patrzy na mnie jak na kulę u nogi, a matka... Nie wiem, co się z nią stało. Jakby umarła razem z ojcem, a to coś, co chodzi w jej sukni... Nawet nie wiem, jak to nazwać. Teraz wszystko w domu jest… Gorzej. Nie wiedziałem, że może być gorzej. A jednak. Thaddeus nigdy nie był święty, jasne. Ale Aurelius… To coś innego. Wszystko musi być po jego myśli. Nienawidzi mnie. Wiem to.”
„Moja własna matka nagle zapomniała, że miała dzieci, które jej potrzebują. Mówi, że to lepsze dla mnie, dla Georgiany, dla Isobel i Leticii. Nie wierzę jej. Nie wierzę już w nic. Ginny cieszy się z tego, jak głupia… Nienawidzę tego miejsca. Ono mnie też.”
„Dzisiaj mnie uderzył. Nie wiem, za co. Może dlatego, że spojrzałem w jego stronę? Może dlatego, że nie chciałem się zgodzić. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się bezpieczny w tym domu. Matka milczy. Czasem patrzy tak, jakby widziała przez stół, na wylot. Myślę, że gdyby ojciec żył, przynajmniej wiedziałbym, że nie chciałby mnie zabić.”
„Dzisiaj znów dostałem, za nic właściwie. Znalazł powód, żebym poczuł, że nie jestem jego własnym dzieckiem. Ginny, na szczęście, nim jest. Chodzi tylko o mnie. Dlaczego? Nie wiem. Może taką mam twarz. Matka siedziała obok i udawała, że nic się nie dzieje. Tak, jakby wszystko było normalne. Może jest. Dla niej pewnie jest. Chciałbym kogoś, kto rozumie, że nie wszystko da się wytłumaczyć, że czasem po prostu jest strasznie i nic nie da się z tym zrobić.”
„Zastanawiam się czasem, jak to było, kiedy ojciec żył. Nawet jeśli był surowy, coś w tym było… Przewidywalne. Przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać. Teraz każde słowo, każdy gest, wszystko może skończyć się źle. Nie chcę tu być. Chciałbym po prostu zniknąć.”
„Georgiana wypaliła wszystko, co wiedziała, jednym zdaniem, takim niby mimochodem. Nie zdążyłem nawet jej kopnąć pod stołem, bo Isobel już to zrobiła, ale było za późno. Nie pomogło. Nie wiem, czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie gorzej, ale nie aż tak.”
„Zmusili mnie, żebym trzymał dystans. Powiedzieli, że „pewne relacje nie przystoją komuś takiemu jak ja”. Jakbym był przedmiotem, który można przestawić na inne półki. Przeszła obok mnie na błoniach, uniosła wzrok, a ja odwróciłem się tak szybko, że aż zakłuło mnie w karku. Nienawidzę tego, że mnie do tego zmuszono. Nienawidzę, że to zrobiłem.”
„Nie mogę spać. Ściany szepczą, kroki po korytarzu odbijają się echem. Matka zawodzi w pokoju Aureliusa, a ja leżę sam i próbuję udawać, że to nic. Każdy dźwięk to przypomnienie, że jestem tu więźniem, chociaż nie jestem jedynym. Czy to pociecha? Głupio mi. Bo czuję, że powinienem coś zrobić, ale nie mogę. Nic nie mogę. Tylko milczę.”
„Wczoraj przeszło mi przez myśl, że jeśli zostanę w tym wszystkim sam, zwariuję. On jest jak cień, zawsze czai się za mną. Chciałbym uciec. Chciałbym, żeby ktoś mnie przytulił, choćby na chwilę, i powiedział, że będzie dobrze, ale nikt tego nie robi.”
„Wróciłem do szkoły i udaję, że wszystko gra. Nie piszę do niej, nie idę do niej, trzymam się tak daleko, jak mi kazano. Mimo to czasem złapię jej spojrzenie w bibliotece albo na schodach. Udaje, że nie widzi, tak samo jak ja. Boli to bardziej niż wszystko, co robią w domu. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę.”
„Mam czasem wrażenie, że ojciec wcale nie był taki zły, tylko ja wtedy nie wiedziałem, jak źle może być naprawdę. Teraz wiem. Aurelius nie udaje nawet przez chwilę, że nie chce mnie złamać. Wchodzi do tego domu tak, jakby zawsze tu był, wprowadza swoje zasady, a matka patrzy, jakby to było normalne.”
„Ginny znowu mnie wsypała. Tym razem listownie, więc mam trochę czasu, by się przygotować. Ale czy można??? Izzy była gotowa wpaść w furię, bardziej ode mnie, ja po prostu wyszedłem. Chciałem, żeby nikt nie widział, że się trzęsę. W Hogwarcie niby czuję się wolniejszy, ale wieczorami, kiedy wszystko cichnie, wraca to samo uczucie, co w domu.”
„Spojrzała na mnie i szybko odwróciła wzrok. To było gorsze niż cokolwiek, co robi on. Zrobiłem wszystko, czego ode mnie chcieli, a jest tylko gorzej.”
„Nie mam ochoty na nic. Wszystko wydaje się szare, nawet śnieg za oknem. Wszystko wali mi się w głowie. Czasami myślę, że lepiej byłoby, gdybym wcale nie wracał do domu. Chociaż wiem, że nie mogę. Nie jestem już małym chłopcem.”
„Nie wiem, czy to w ogóle powinno trafić do dziennika, ale muszę to gdzieś wcisnąć, bo inaczej rozsadzi mi głowę. Nie znam sposobu, żeby ją ocalić. Nie znam sposobu, żeby ocalić siebie.”
„Wszyscy chodzimy ciszej. Leta udaje, że nic się nie dzieje, Isobel udaje, że nic ją nie obchodzi. Ja też próbuję, czegoś pomiędzy, ale nie potrafię. Georgiana jeszcze nic nie wie, tak jak reszta. Nie wiem, co będzie, gdy się dowiedzą. Nie chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć. Muszę temu zapobiec.”
„Izzy powiedziała, że wyglądam, jakbym był już w połowie drogi do obłędu. Może jestem. Może to jedyny sposób, żeby tego wszystkiego nie czuć. Leta udaje, że nic nie widzi, ale widzi. Boję się, że Ginny coś palnie przy śniadaniu, bo nie umie trzymać języka za zębami. Boję się wielu rzeczy. Myślę, że jestem tchórzem. A potem przypominam sobie Aureliusa i dochodzę do wniosku, że jestem po prostu w pułapce.”
„Isobel powiedziała, że zdobędzie kilka rzeczy. Nie pytałem, jakich. Kazała nam przyjść do doków dziś wieczorem. Powiedziała to tak, jakby robiła to już dziesięć razy wcześniej. Może to Ten Jej. Nie wiem, w co się pakuję. Powiedziałbym, że to był błąd, ale nie jestem przekonany. Może to początek czegoś, co będzie miało sens. Może czegoś, co wreszcie będzie moje. Nasze.”
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)