17.11.2025, 23:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2025, 00:17 przez Benjy Fenwick.)
Czasem w ludziach wybrzmiewa coś znajomego, nawet jeśli żadna nić nie łączyła ich wcześniej bezpośrednio. To, co mówiła, wbijało się we mnie z dziwną precyzją. Nie dlatego, że miała rację w każdej sylabie, tylko dlatego, iż w jej tonie nie było ani odrobiny terapeutyzowania, którego nie zniósłbym bardziej, niż potępiania i nazywania mnie uciekinierem. Nie robiła z mojej historii tragedii wszechczasów, nie próbowała mnie głaskać, nie sprzedawała frazesów o „czasie, który leczy rany”. Wysłuchałem jej komentarza o tym, że miałem prawo do tego wszystkiego, w normalnej sytuacji może bym się zaśmiał, sprowadził to do jakiejś ironii, ale dziś nie było we mnie miejsca na wygłupy. Coś w niej zabrzmiało tak, jakby mówiła z miejsca, które znałem aż za dobrze. Patrzyłem na nią uważnie, kiedy mówiła o prawie do pomyłki. Pierwszy raz, kiedy się zakochałem… Merlinie, to było jak wpadnięcie w przerębel i próba nazwania tego kąpielą. Nie miałem wtedy pojęcia, jak mają wyglądać zdrowe relacje, jak ma wyglądać normalny dom, jak wygląda cokolwiek poza tym, co wyssałem z cudzych rozmów, domów przyjaciół i książek, które czytałem, żeby rozumieć, skoro w rzeczywistości nikt nie uczył mnie, jak to działa. A mimo to ładowałem się w to wszystko tak, jakbym był do tego stworzony. Tak, tonąłem - tonąłem zanim ktokolwiek zdążył podać mi rękę. Wszedłem w to jak idiota, bez planu, bez kotwicy, bez czegokolwiek, co mogłoby mnie utrzymać, a potem tonąłem, ale nie puszczałem - człowiek czasem idzie na dno nie dlatego, że ktoś go ciągnie, tylko dlatego, że sam nie wie, jak puścić.
Jej słowa nie były czymś, co mogłem zlekceważyć - każde kolejne trafiało we mnie jak kamienie wrzucane do wody, która i tak była już mętna. Te dwa krótkie zdania o śmierci na jej rękach wywołały we mnie coś cięższego, niż chciałem dopuścić do powierzchni. Milczałem, bo nie było nic, co mógłbym powiedzieć, co nie zabrzmiałoby jak tani frazes. Wciągnąłem powietrze wolno, jakby miało to zmniejszyć to rosnące we mnie napięcie, ale nie zmniejszyło niczego.
- Po plostu wyszedłem. - Powtórzyłem cicho, tak jakby te trzy słowa miały tłumaczyć całą katastrofę - to, że mogłem komuś zawdzięczać zaufanie, bliskość, normalność, a potem po prostu wyjść, jakby nic nie miało znaczenia.
Nie spodziewałem się, że cokolwiek ją tak ruszy. Nie spodziewałem się, że będzie w stanie czytać ten list, a w środku będzie gotować się jak w tygielku. W chwili, kiedy spojrzała na kartkę, którą jej podałem, jej twarz zmrożała, ale oczy zaczęły iskrzyć - to była cisza, która poprzedzała burzę, tę prawdziwą, która zrywała dachy i łamała drzewa. Patrzyłem, jak czytała tę zapisaną, poprzecinaną skreśleniami, brzydką prawdę. Kartkę, którą zgniatałem i rozprostowywałem w dłoni przez ostatnie dni, zamiast zrobić cokolwiek, co świadczyłoby o odrobinie kręgosłupa. Widząc jej minę, pomyślałem, że może błędem było wyciąganie tego przy niej, ale nie zabrałem listu.
Deszcz dudnił jak wojenny bęben. A potem zaczęła mamrotać, to nie była tylko analiza mojego zachowania - ona znała to z autopsji, przecież powinienem być tego świadomy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że byłem debilem - to było wyciągnięcie noża z własnych pleców i rzucenie nim o stół. Zanim w pełni ogarnąłem, co się dzieje, jej dłonie wylądowały na mojej klatce piersiowej - gwałtownie, bez ostrzeżenia, z siłą odpowiadającą jej rozmiarom. Pchnięcie było szczere, impulsywne, raczej zatrważająco jasne w swojej intencji - udowodnić mi, że spadanie wygląda inaczej, niż w mojej głowie. Zachwiałem się, deszcz chlusnął mnie po twarzy, balustrada trzasnęła pod moimi plecami, a serce walnęło mi o żebra w sposób, którego się po sobie nie spodziewałem. W tym jednym sekundowym ułamku, mrugnięciu okiem, kiedy poczułem jej dłonie na mojej piersi, zdałem sobie sprawę, że rozumiałem to uczucie aż za dobrze - bo gdybym stał po jej stronie balustrady, też bym siebie wypierdolił.
Spróbowałem złapać ją za przedramiona, żeby nie polecieć do tyłu, nawet jeśli chciała przepchnąć mnie przez tę cholerną balustradę, zrzucić na mokrą trawę pod balkonem, żeby coś w końcu pękło we mnie tak, jak powinno było pęknąć dawno temu.
af ◉◉◉◉○ 0,0000001% szans na złapanie Geraldine
Jej słowa nie były czymś, co mogłem zlekceważyć - każde kolejne trafiało we mnie jak kamienie wrzucane do wody, która i tak była już mętna. Te dwa krótkie zdania o śmierci na jej rękach wywołały we mnie coś cięższego, niż chciałem dopuścić do powierzchni. Milczałem, bo nie było nic, co mógłbym powiedzieć, co nie zabrzmiałoby jak tani frazes. Wciągnąłem powietrze wolno, jakby miało to zmniejszyć to rosnące we mnie napięcie, ale nie zmniejszyło niczego.
- Po plostu wyszedłem. - Powtórzyłem cicho, tak jakby te trzy słowa miały tłumaczyć całą katastrofę - to, że mogłem komuś zawdzięczać zaufanie, bliskość, normalność, a potem po prostu wyjść, jakby nic nie miało znaczenia.
Nie spodziewałem się, że cokolwiek ją tak ruszy. Nie spodziewałem się, że będzie w stanie czytać ten list, a w środku będzie gotować się jak w tygielku. W chwili, kiedy spojrzała na kartkę, którą jej podałem, jej twarz zmrożała, ale oczy zaczęły iskrzyć - to była cisza, która poprzedzała burzę, tę prawdziwą, która zrywała dachy i łamała drzewa. Patrzyłem, jak czytała tę zapisaną, poprzecinaną skreśleniami, brzydką prawdę. Kartkę, którą zgniatałem i rozprostowywałem w dłoni przez ostatnie dni, zamiast zrobić cokolwiek, co świadczyłoby o odrobinie kręgosłupa. Widząc jej minę, pomyślałem, że może błędem było wyciąganie tego przy niej, ale nie zabrałem listu.
Deszcz dudnił jak wojenny bęben. A potem zaczęła mamrotać, to nie była tylko analiza mojego zachowania - ona znała to z autopsji, przecież powinienem być tego świadomy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że byłem debilem - to było wyciągnięcie noża z własnych pleców i rzucenie nim o stół. Zanim w pełni ogarnąłem, co się dzieje, jej dłonie wylądowały na mojej klatce piersiowej - gwałtownie, bez ostrzeżenia, z siłą odpowiadającą jej rozmiarom. Pchnięcie było szczere, impulsywne, raczej zatrważająco jasne w swojej intencji - udowodnić mi, że spadanie wygląda inaczej, niż w mojej głowie. Zachwiałem się, deszcz chlusnął mnie po twarzy, balustrada trzasnęła pod moimi plecami, a serce walnęło mi o żebra w sposób, którego się po sobie nie spodziewałem. W tym jednym sekundowym ułamku, mrugnięciu okiem, kiedy poczułem jej dłonie na mojej piersi, zdałem sobie sprawę, że rozumiałem to uczucie aż za dobrze - bo gdybym stał po jej stronie balustrady, też bym siebie wypierdolił.
Spróbowałem złapać ją za przedramiona, żeby nie polecieć do tyłu, nawet jeśli chciała przepchnąć mnie przez tę cholerną balustradę, zrzucić na mokrą trawę pod balkonem, żeby coś w końcu pękło we mnie tak, jak powinno było pęknąć dawno temu.
Rzut PO 1d100 - 67
Sukces!
Sukces!
af ◉◉◉◉○ 0,0000001% szans na złapanie Geraldine
Rzut 1d4 - 4
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)