18.11.2025, 01:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 05:11 przez Atreus Bulstrode.)
- Mówiłem o jego popijaniu herbatki, więc z fusów to raczej wróżba - odpowiedział grzecznie, bo przecież rozumiał całe to jasnowidztwo i wróżbiarstwo na tyle, żeby znać różnicę. Chociaż kto wie, może herbata była dla Morpheusa jakimś katalizatorem który uaktywniał jego trzecie oko, a nie zmuszała do zwykłej próby przypomnienia sobie, co mówił podręcznik symboli na temat takiej lampy czy chmury.
- Zasady są po to, żeby je łamać - mruknął z przekąsem, bo to miał być taki żart, ale najwyraźniej z nią nie można było sobie pozwolić na takie rzeczy. Ciężka mu się publika trafiła, co tylko potwierdziła jej uwaga na temat Harper, na co tylko wywrócił teatralnie oczami. - To wciąż auror z wieloletnim stażem, który nie trzyma się godzin pracy w przeciwieństwie do ciebie - mruknął z kwaśną minął, darując już sobie beztroskie spojrzenie jej prosto w oczy i powiedzenie czegoś pokroju 'ale Lestrange, nawet ty jesteś jednym z chłopaków'. To miał być relaksujący moment, a nie darcie kotów, a Bulstrode był na tyle jednak rozsądny, by zdawać sobie sprawę gdzie te słowa by ich zaprowadziły.
- Było coś o kręceniu? - zapytał, spoglądając to na nią, to na trzymaną w dłoniach filiżankę. Ciężko mu było coś sobie na ten temat przypomnieć, ale postanowił pójść w jej ślady i zakręcić trzy razy w lewo, a potem w prawo. A potem znowu w lewo, żeby być lepszym od niej.
Cokolwiek faktycznie znajdowało się wśród fusów, na pierwszy rzut oka wyglądało dla niego jak... no fusy. Kupka ciemnych, podmokłych teraz liści, gnieździła się na spodzie filiżanki i pewnie gdyby nie jakieś głośno ogłoszone twierdzenia na temat wróżenia, to szybko by sobie odpuścił. Skrzywił się i zerknął na Victorię kontrolnie, kiedy ona przejęła pałeczkę i podjęła się próby zinterpretowania swoich fusów. - Może po prostu powinnaś sobie kupić nową lampę? Niedługo kiermasz na Mabon to może ktoś będzie miał wystawione na Pokątnej rupiecie? - zasugerował, posłusznie jednak opuszczając spojrzenie i na nowo lustrując pozostałości po herbacie. Poprzekrzywiał głowę, to na prawo, to na lewo, aż w końcu zaczął też i samą filiżanką obracać. - Iks? - zaryzykował. - Chociaż nie, ma małe takie... - zamruczał, znowu przekręcając naczynie. - Ty, to chyba jakiś smok? Wiesz, nawet by się zgadzało, bo przecież Geraldine i Greengrass biorą zaraz ślub, a to ma być w tej ich Snowdonii. Tam smoki latają.
- Zasady są po to, żeby je łamać - mruknął z przekąsem, bo to miał być taki żart, ale najwyraźniej z nią nie można było sobie pozwolić na takie rzeczy. Ciężka mu się publika trafiła, co tylko potwierdziła jej uwaga na temat Harper, na co tylko wywrócił teatralnie oczami. - To wciąż auror z wieloletnim stażem, który nie trzyma się godzin pracy w przeciwieństwie do ciebie - mruknął z kwaśną minął, darując już sobie beztroskie spojrzenie jej prosto w oczy i powiedzenie czegoś pokroju 'ale Lestrange, nawet ty jesteś jednym z chłopaków'. To miał być relaksujący moment, a nie darcie kotów, a Bulstrode był na tyle jednak rozsądny, by zdawać sobie sprawę gdzie te słowa by ich zaprowadziły.
- Było coś o kręceniu? - zapytał, spoglądając to na nią, to na trzymaną w dłoniach filiżankę. Ciężko mu było coś sobie na ten temat przypomnieć, ale postanowił pójść w jej ślady i zakręcić trzy razy w lewo, a potem w prawo. A potem znowu w lewo, żeby być lepszym od niej.
Cokolwiek faktycznie znajdowało się wśród fusów, na pierwszy rzut oka wyglądało dla niego jak... no fusy. Kupka ciemnych, podmokłych teraz liści, gnieździła się na spodzie filiżanki i pewnie gdyby nie jakieś głośno ogłoszone twierdzenia na temat wróżenia, to szybko by sobie odpuścił. Skrzywił się i zerknął na Victorię kontrolnie, kiedy ona przejęła pałeczkę i podjęła się próby zinterpretowania swoich fusów. - Może po prostu powinnaś sobie kupić nową lampę? Niedługo kiermasz na Mabon to może ktoś będzie miał wystawione na Pokątnej rupiecie? - zasugerował, posłusznie jednak opuszczając spojrzenie i na nowo lustrując pozostałości po herbacie. Poprzekrzywiał głowę, to na prawo, to na lewo, aż w końcu zaczął też i samą filiżanką obracać. - Iks? - zaryzykował. - Chociaż nie, ma małe takie... - zamruczał, znowu przekręcając naczynie. - Ty, to chyba jakiś smok? Wiesz, nawet by się zgadzało, bo przecież Geraldine i Greengrass biorą zaraz ślub, a to ma być w tej ich Snowdonii. Tam smoki latają.