18.11.2025, 05:03 ✶
Poczułem obecność Geraldine zanim podniosłem wzrok - stała tam, już trochę mokra od deszczu, z oczami rozpalonymi gniewem i tym dziwnym błyskiem, który zawsze oznaczał, że nie chodziło jej tylko o słowa. Wiedziałem, że mogłem się domyślić konsekwencji, ale i tak zaskoczyło mnie to, jak zawsze, trochę za nagle - uderzenie było zbyt mocne, nieoczekiwane, nie fizycznie złe, ale wystarczające, żeby przypomnieć mi, że konsekwencje moich działań nie zawsze zostawały w sferze usłyszanych słów, nawet częściej niż rzadziej, miały swoje fizyczne następstwa. W tym wypadku wyleciałem z przestrzeni nie jednej, a dwóch kobiet, w stosunkowo krótkim czasie. Nie było wysoko, ale wystarczająco, by poczuć zimną, surową brutalność rzeczywistości.
Chrząknąłem, próbując złapać oddech i jednocześnie nie wydać jęku bólu. Leżałem na betonie, smak krwi mieszał się z deszczem, zimny chłód przenikał przez moją coraz bardziej przemoczoną koszulkę, a puls w głowie dudnił rytmem, którego nie rozumiałem. Czułem każdą nierówność pod sobą, każdy drobny kamień wbijał mi się w ciało, a język, przegryziony, puchł coraz bardziej. Każdy ruch powodował ból, każdy oddech był walką z własnym ciałem, a jednak patrzyłem na nią, bo w jej oczach było coś, co mówiło „zrozumiesz, jeśli chcesz” - i to było całkiem absurdalnie prześmieszne. Odchyliłem głowę do tyłu, zlizując krew z języka i warg, prezentując zakrwawione zęby, wraz z nowym ubytkiem, po czym wierzchem dłoni przetarłem policzek, który zdawał się piec od uderzenia, nawet jeśli zamiast mnie spoliczkować, ta pizda wypchnęła mnie przez balkon.
- Spierdalaj. - Rzuciłem spokojnym tonem, nie było w nim gniewu, nie w klasycznym znaczeniu - brzmiało to raczej jak chore rozbawienie, obserwacja absurdu własnego życia, coś w rodzaju perwersyjnej satysfakcji. Moja dłoń drżała, czując napięcie w palcach, każdy ruch wymagał koncentracji, ale nie zamierzałem przyjąć jej pomocy. Zdecydowanie nie chciałem korzystać z wyciągniętej ręki, nie teraz, nie w tym momencie. Zbierając wszystkie możliwe siły, podniosłem się na tyle, że mogłem oprzeć się na rękach i kolanach, i spojrzałem na nią kątem oka, czując chłód mokrego betonu pod dłońmi, ból pulsujący w szczęce, a mimo wszystko - śmiech, który sam z siebie wyrwał się z gardła, wydawał się odpowiedni. Prawdopodobnie musiała wiedzieć, że to, co teraz robiłem, było odruchowe - mój charkliwy, zduszony rechot był bardziej wyrazem absurdalnej satysfakcji z własnej odporności niż radości. Nie powiedziałem nic więcej, tylko przymknąłem oczy na moment, żeby zebrać oddech. Potem otworzyłem je i spojrzałem na nią, chłodno, kalkulując. Byliśmy do siebie zbyt podobni, a to oznaczało jedno - nie mogłem jej odpuścić, musiała to wiedzieć, ale postanowiłem dodatkowo ją oświecić.
- Losliczymy się… Za pół loku. - Wyrzuciłem w końcu, głosem, który w dalszym ciągu nie miał w sobie złości, a raczej dziwnie wypaczony rodzaj satysfakcji, jakby całe to pieprzone wydarzenie było grą, którą sobie dopiero teraz rozplanowałem w głowie. Nie dodawałem nic więcej, nie patrzyłem na nią dłużej niż trzeba, jednak środku życzyłem jej powodzenia, bo wiedziałem, że jeśli się wtedy odegram, a lubiłem wyrównywać rachunki, zrobię to bez litości, i wcale nie miałem zamiaru grać czysto - a ona miała mieć naprawdę wrażliwe suty.
Chrząknąłem, próbując złapać oddech i jednocześnie nie wydać jęku bólu. Leżałem na betonie, smak krwi mieszał się z deszczem, zimny chłód przenikał przez moją coraz bardziej przemoczoną koszulkę, a puls w głowie dudnił rytmem, którego nie rozumiałem. Czułem każdą nierówność pod sobą, każdy drobny kamień wbijał mi się w ciało, a język, przegryziony, puchł coraz bardziej. Każdy ruch powodował ból, każdy oddech był walką z własnym ciałem, a jednak patrzyłem na nią, bo w jej oczach było coś, co mówiło „zrozumiesz, jeśli chcesz” - i to było całkiem absurdalnie prześmieszne. Odchyliłem głowę do tyłu, zlizując krew z języka i warg, prezentując zakrwawione zęby, wraz z nowym ubytkiem, po czym wierzchem dłoni przetarłem policzek, który zdawał się piec od uderzenia, nawet jeśli zamiast mnie spoliczkować, ta pizda wypchnęła mnie przez balkon.
- Spierdalaj. - Rzuciłem spokojnym tonem, nie było w nim gniewu, nie w klasycznym znaczeniu - brzmiało to raczej jak chore rozbawienie, obserwacja absurdu własnego życia, coś w rodzaju perwersyjnej satysfakcji. Moja dłoń drżała, czując napięcie w palcach, każdy ruch wymagał koncentracji, ale nie zamierzałem przyjąć jej pomocy. Zdecydowanie nie chciałem korzystać z wyciągniętej ręki, nie teraz, nie w tym momencie. Zbierając wszystkie możliwe siły, podniosłem się na tyle, że mogłem oprzeć się na rękach i kolanach, i spojrzałem na nią kątem oka, czując chłód mokrego betonu pod dłońmi, ból pulsujący w szczęce, a mimo wszystko - śmiech, który sam z siebie wyrwał się z gardła, wydawał się odpowiedni. Prawdopodobnie musiała wiedzieć, że to, co teraz robiłem, było odruchowe - mój charkliwy, zduszony rechot był bardziej wyrazem absurdalnej satysfakcji z własnej odporności niż radości. Nie powiedziałem nic więcej, tylko przymknąłem oczy na moment, żeby zebrać oddech. Potem otworzyłem je i spojrzałem na nią, chłodno, kalkulując. Byliśmy do siebie zbyt podobni, a to oznaczało jedno - nie mogłem jej odpuścić, musiała to wiedzieć, ale postanowiłem dodatkowo ją oświecić.
- Losliczymy się… Za pół loku. - Wyrzuciłem w końcu, głosem, który w dalszym ciągu nie miał w sobie złości, a raczej dziwnie wypaczony rodzaj satysfakcji, jakby całe to pieprzone wydarzenie było grą, którą sobie dopiero teraz rozplanowałem w głowie. Nie dodawałem nic więcej, nie patrzyłem na nią dłużej niż trzeba, jednak środku życzyłem jej powodzenia, bo wiedziałem, że jeśli się wtedy odegram, a lubiłem wyrównywać rachunki, zrobię to bez litości, i wcale nie miałem zamiaru grać czysto - a ona miała mieć naprawdę wrażliwe suty.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)