18.11.2025, 09:41 ✶
Lorien uważała, że to szalenie niekulturalne miziać kogoś po mózgu. A już zwłaszcza, gdy chodziło o gości. Na szczęście nie miała pojęcia o toczącej się mentalnej walce między mężczyznami, bo zapewne Alexander usłyszałby parę ostrych słów na temat prób infiltracji jej przyjaciół. Z drugiej jednak strony Anthony naraziłby się na pełne podejrzeń spojrzenia i pytania “Co takiego strasznego musisz ukrywać za zasłoną oklumencji?” Nie było w tym konflikcie wygranych, byli tylko miziający i miziani.
Można by godzinami rozmawiać o ich przepięknych pałacach umysłów, pielęgnowanych latami pracy nad sobą. Lorien wiedziała… nie, wróć; głęboko wierzyła, że wie jak wygląda jej własny. Znała poszczególne sale wyłożone siecią wspomnień tak rzeczywistych, że mieszały się z jawą. Setki flakoników ustawionych na stole niczym fiolki na tureckim bazarze. Kot. Czarne mury przedwiecznej wieży. A potem ręka pokryta liszajami wyciągnięta w jej stro…
Drgnęła nieznacznie na samą myśl.
Znała to “ależ nalegam”, ale zdążyła tylko rzucić to wymowne, wręcz przepraszające spojrzenie Anthony’emu. Próbowała. Niestety na tym wykładzie z wróżbiarstwa obecność była nie dość że sprawdzana to jeszcze obowiązkowa. Rzeczywiście, gdy tylko Aleksander odsunął rękę z podłokietnika, Lorien na nim przysiadła. Ruch był prosty, naturalny, zupełnie jakby robili to tak często, że spełnianie niemych życzeń brata weszło jej już w nawyk. Niby słuchała całego tego monologu o mistykach i regułach jasnowidzów i tłumaczeniach staroegipskich, ale jednocześnie… no nie.
Dlatego, gdzieś w połowie całej opowieści wychyliła się w stronę stolika tak mocno, że Mulciber nie miał innego wyjścia jak ją przytrzymać w pasie, żeby z podłokietnika nie spadła. Ale sądząc po pewności z jaką się ruszyła - nie byłby to pierwszy raz. Imiona mają moc. Lorien powtarzała to zdanie z niemal nabożną czcią - imiona bowiem były czymś więcej niż funkcją. Nigdy nie powiedziała o nieświętej pamięci Robercie inaczej jak “mój mąż”. Awansował ostatnio do roli jej zmarłego męża. Z jaką łatwością przychodziło jej szufladkowanie ludzi, patrzenie na nich przez pryzmat rodów, zawodu czy urodzenia. Ten urzędnik, ta szlama, ten ktoś. A potem jak gdyby nigdy nic odwracała się do przyjaciół i szczebiotała “mój Antonio”, “mój Alex”.
Moje, moje, moje.
Wybrała z rozrzuconych po stole koralików jeden, który najbardziej przypadł jej do gustu. Obejrzała go, obracając przez moment w palcach, by wreszcie upuścić go na otwartą dłoń Alexandra.
- A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?- Zapytała. Nie przypominała teraz żadnej sprawiedliwości gniewu ani innego płonącego ptaszyska.
Posłała delikatny uśmiech w stronę Anthony’ego. No cóż, sam pisał się na tą herbatkę. Mógł się nie spodziewać przy okazji wywodu o mistycyzmie i jasnowidzeniu, ale… Przecież nie było w tym nic złego. Było bardzo miło. Dokładnie tak jak powinno być.
- To wszystko jest bardzo interesujące. Nie wiedziałam, że Departament Tajemnic zaczął się zajmować mistycyzmami z kontynentu afrykańskiego… Czy to może twój prywatny projekt? Mimo wszystko wykonanie tych wszystkich dziewięćset trzydziestu trzech seksdecylionów? decyliardów? kombinacji przemnożonych przez liczbę atomów w układzie słonecznym brzmi jak zadanie dla co najmniej dwuosobowego zespołu. Ale mam takiego jednego stażystę Harry’ego…-Zażartowała.
Oczywiście, że żartowała, choć szczerze powiedziawszy - czy dawanie zadań niemożliwych nieszczęsnemu stażyście byłoby czymś nowym? To wcale nie było tak, że chłopaka nie lubiła. Po prostu… w przeciwieństwie do rozlubowanego w szlamach i mugolach kuzyna Croucha, Lorien zdawała sobie sprawę, że niemagicznie urodzonemu w Wizengamocie będzie ciężko. Rozpieszczenie dzieciaka nie przyniosłoby mu nic dobrego w dalszej karierze.
– Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?
- Oy! Anthony potwierdzi, że oni wszyscy mają ze mną za dobrze.- Skrzyżowała ramiona niemal urażona jakże okrutną insynuacją.- Jak za moich czasów stary Rowle prowadził wykłady to potrafił człowieka na ostatnim roku kursu wyrzucić.
Zabrała Alexandrowi swoją kartkę z szóstką pucharów. Sześć kielichów, zdaje się być bardziej waszą kartą, niż... kartą kwiatów i wina.
- To prawda, tutejsze wrzosowiska są przepiękne. Po herbacie się tam przejdziemy na spacer, o tej porze roku aż żal je sobie odpuścić. Mam tylko nadzieję, że pogoda nam dopisze. - Zacisnęła delikatnie dłoń na przedramieniu Alexandra.- Nie będę cię odrywać od pracy nad…- Machnęła dłonią w stronę stolika.- tym.- Skończyła zdanie mocnym akcentem.
Można by godzinami rozmawiać o ich przepięknych pałacach umysłów, pielęgnowanych latami pracy nad sobą. Lorien wiedziała… nie, wróć; głęboko wierzyła, że wie jak wygląda jej własny. Znała poszczególne sale wyłożone siecią wspomnień tak rzeczywistych, że mieszały się z jawą. Setki flakoników ustawionych na stole niczym fiolki na tureckim bazarze. Kot. Czarne mury przedwiecznej wieży. A potem ręka pokryta liszajami wyciągnięta w jej stro…
Drgnęła nieznacznie na samą myśl.
Znała to “ależ nalegam”, ale zdążyła tylko rzucić to wymowne, wręcz przepraszające spojrzenie Anthony’emu. Próbowała. Niestety na tym wykładzie z wróżbiarstwa obecność była nie dość że sprawdzana to jeszcze obowiązkowa. Rzeczywiście, gdy tylko Aleksander odsunął rękę z podłokietnika, Lorien na nim przysiadła. Ruch był prosty, naturalny, zupełnie jakby robili to tak często, że spełnianie niemych życzeń brata weszło jej już w nawyk. Niby słuchała całego tego monologu o mistykach i regułach jasnowidzów i tłumaczeniach staroegipskich, ale jednocześnie… no nie.
Dlatego, gdzieś w połowie całej opowieści wychyliła się w stronę stolika tak mocno, że Mulciber nie miał innego wyjścia jak ją przytrzymać w pasie, żeby z podłokietnika nie spadła. Ale sądząc po pewności z jaką się ruszyła - nie byłby to pierwszy raz. Imiona mają moc. Lorien powtarzała to zdanie z niemal nabożną czcią - imiona bowiem były czymś więcej niż funkcją. Nigdy nie powiedziała o nieświętej pamięci Robercie inaczej jak “mój mąż”. Awansował ostatnio do roli jej zmarłego męża. Z jaką łatwością przychodziło jej szufladkowanie ludzi, patrzenie na nich przez pryzmat rodów, zawodu czy urodzenia. Ten urzędnik, ta szlama, ten ktoś. A potem jak gdyby nigdy nic odwracała się do przyjaciół i szczebiotała “mój Antonio”, “mój Alex”.
Moje, moje, moje.
Wybrała z rozrzuconych po stole koralików jeden, który najbardziej przypadł jej do gustu. Obejrzała go, obracając przez moment w palcach, by wreszcie upuścić go na otwartą dłoń Alexandra.
- A ten? Czy ten też mnie jakoś ładnie nazywa?- Zapytała. Nie przypominała teraz żadnej sprawiedliwości gniewu ani innego płonącego ptaszyska.
Posłała delikatny uśmiech w stronę Anthony’ego. No cóż, sam pisał się na tą herbatkę. Mógł się nie spodziewać przy okazji wywodu o mistycyzmie i jasnowidzeniu, ale… Przecież nie było w tym nic złego. Było bardzo miło. Dokładnie tak jak powinno być.
- To wszystko jest bardzo interesujące. Nie wiedziałam, że Departament Tajemnic zaczął się zajmować mistycyzmami z kontynentu afrykańskiego… Czy to może twój prywatny projekt? Mimo wszystko wykonanie tych wszystkich dziewięćset trzydziestu trzech seksdecylionów? decyliardów? kombinacji przemnożonych przez liczbę atomów w układzie słonecznym brzmi jak zadanie dla co najmniej dwuosobowego zespołu. Ale mam takiego jednego stażystę Harry’ego…-Zażartowała.
Oczywiście, że żartowała, choć szczerze powiedziawszy - czy dawanie zadań niemożliwych nieszczęsnemu stażyście byłoby czymś nowym? To wcale nie było tak, że chłopaka nie lubiła. Po prostu… w przeciwieństwie do rozlubowanego w szlamach i mugolach kuzyna Croucha, Lorien zdawała sobie sprawę, że niemagicznie urodzonemu w Wizengamocie będzie ciężko. Rozpieszczenie dzieciaka nie przyniosłoby mu nic dobrego w dalszej karierze.
– Nie obróciłaś dzisiaj w popiół marzeń o karierze prawniczej żadnego stażysty, prawda?
- Oy! Anthony potwierdzi, że oni wszyscy mają ze mną za dobrze.- Skrzyżowała ramiona niemal urażona jakże okrutną insynuacją.- Jak za moich czasów stary Rowle prowadził wykłady to potrafił człowieka na ostatnim roku kursu wyrzucić.
Zabrała Alexandrowi swoją kartkę z szóstką pucharów. Sześć kielichów, zdaje się być bardziej waszą kartą, niż... kartą kwiatów i wina.
- To prawda, tutejsze wrzosowiska są przepiękne. Po herbacie się tam przejdziemy na spacer, o tej porze roku aż żal je sobie odpuścić. Mam tylko nadzieję, że pogoda nam dopisze. - Zacisnęła delikatnie dłoń na przedramieniu Alexandra.- Nie będę cię odrywać od pracy nad…- Machnęła dłonią w stronę stolika.- tym.- Skończyła zdanie mocnym akcentem.