18.11.2025, 09:51 ✶
Lestrange zmrużył nieco oczy w odpowiedzi na jej pytanie. Można było je interpretować na wiele różnych sposobów, lecz najbliższe rzeczywistości były chyba zaledwie dwa. Albo uważała go za kruchy kieliszek, który pod wpływem jej słów i dotknięcia może się rozlecieć na milion drobnych kawałków (ach, to męskie ego), lub chodziło jej o tę drugą część. Potwierdziła to też sama Astoria, mówiąc wprost o tym, że nie tylko szkło było tu niebezpieczne. Nie rozumiał, w jaki sposób miałby jej zagrozić - byli przecież wśród ludzi, a on dał jej dokładnie to, o co prosiła, prawda? Dał jej spokój. Dlaczego więc wciąż jej zapach przypominał mu się w najmniej oczekiwanych momentach, a głos dźwięczał w uszach wieczorami, odbijając się jak echo w jaskini? Dlaczego gdy widział miękkie, czarne pukle u kogokolwiek na ulicy, oglądał się z nadzieją, że mignie mu też jej jasna skóra?
Cholerna Astoria Avery. Cholerna Avery, która ogonem swoich intensywnych perfum sprawiała, że kręciło mu się w głowie. Cholerna Avery, która tą wyniosłą postawią sprawiała, że krew gotowała mu się w żyłach i tracił panowanie nad sobą. Cholerna Avery, która najpierw posądzała go o rzeczy, których nie miał na myśli, a gdy w końcu odpuścił: ponownie wsadziła stopę w szczelinę między framugą a drzwiami, nie pozwalając na ich zatrzaśnięcie.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział takim samym tonem - suchym i chłodnym, z naleciałością irytacji. Nie zamierzał jej jednak dawać tej satysfakcji i pokazywać, jak bardzo go zdenerwowała. I jak bardzo denerwowała go teraz, żądając kolejnego pucharu wina, zamiast po prostu odejść w spokoju. Najchętniej to on by się odwrócił na pięcie i odszedł, lecz nie tak go wychowano. Była kobietą, a tym z gruntu należał się szacunek, nawet jeżeli były irytujące. Mimo że go uraziła, to nie zrobiła nic, co ten szacunek by zniwelowało. Matka naprawdę dużo wysiłku włożyła w to, by zaszczepić mu taki a nie inny światopogląd, obawiając się, że skończy tak, jak Louvain - i to zbierało teraz swoje żniwo. - Uznajmy, że to była moja wina.
Oczywiście, że to nie była jego wina. Astoria powinna była się rozejrzeć i nie być tak gwałtowną w swoich ruchach, ale wiedział, jak działał alkohol a ona była tu ewidentnie dłużej niż on sam. Odłożył więc swój prawie pusty kieliszek, a następnie zrobił krok w kierunku kobiety. Chciałby westchnąć na fakt, w jaki sposób wyraziła swoje żądanie, ale zrezygnował, by nie rozjuszyć jej dodatkowo. Oparł więc delikatnie dłoń na jej plecach - nie niżej, bez tego wstrętnego uczucia obłapiania, które zapewne kojarzyła - a następnie delikatnie skierował ją w stronę przedsionka. To tam znajdowały się stoły, uginające się pod ciężarem butelek z najróżniejszymi alkoholami. Było tam odrobinę ciszej, niż w salonie, gdzie toczył się gwar rozmów, od którego pękała głowa. Odpuścił suszenie się i wycieranie. I tak planował stąd zniknąć stosunkowo szybko, a Avery dała mu bardzo dobry pretekst, by to zrobić szybciej, niż planował. Niechcący ten mały wypadek stał się idealną wymówką, którą planował niedługo wykorzystać.
- Na które masz ochotę? - zapytał uprzejmie, dbając o to, by ton był formalny, nienaznaczony irytacją. Gdy zeszli z widoku, a gwar nieco odpuścił, on sam się nieznacznie rozluźnił. Nie było tajemnicą, że nie lubił tego typu spotkań. Oczywiście dało się spotkać Rodolphusa na przyjęciach, lecz z reguły bywał na nich na tyle krótko, na ile to było możliwe. I nie na każdych. Przed Astorią rozciągał się jednak teraz miły widok: stolik z tacą, na której ustawiono wina. Białe, czerwone. Wytrawne, słodkie, półsłodkie. Owocowe, bardziej ciężkiej, lekkie. Butelek było kilka, na kolejnym stoliku były następne. Miała w czym wybierać.
Cholerna Astoria Avery. Cholerna Avery, która ogonem swoich intensywnych perfum sprawiała, że kręciło mu się w głowie. Cholerna Avery, która tą wyniosłą postawią sprawiała, że krew gotowała mu się w żyłach i tracił panowanie nad sobą. Cholerna Avery, która najpierw posądzała go o rzeczy, których nie miał na myśli, a gdy w końcu odpuścił: ponownie wsadziła stopę w szczelinę między framugą a drzwiami, nie pozwalając na ich zatrzaśnięcie.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział takim samym tonem - suchym i chłodnym, z naleciałością irytacji. Nie zamierzał jej jednak dawać tej satysfakcji i pokazywać, jak bardzo go zdenerwowała. I jak bardzo denerwowała go teraz, żądając kolejnego pucharu wina, zamiast po prostu odejść w spokoju. Najchętniej to on by się odwrócił na pięcie i odszedł, lecz nie tak go wychowano. Była kobietą, a tym z gruntu należał się szacunek, nawet jeżeli były irytujące. Mimo że go uraziła, to nie zrobiła nic, co ten szacunek by zniwelowało. Matka naprawdę dużo wysiłku włożyła w to, by zaszczepić mu taki a nie inny światopogląd, obawiając się, że skończy tak, jak Louvain - i to zbierało teraz swoje żniwo. - Uznajmy, że to była moja wina.
Oczywiście, że to nie była jego wina. Astoria powinna była się rozejrzeć i nie być tak gwałtowną w swoich ruchach, ale wiedział, jak działał alkohol a ona była tu ewidentnie dłużej niż on sam. Odłożył więc swój prawie pusty kieliszek, a następnie zrobił krok w kierunku kobiety. Chciałby westchnąć na fakt, w jaki sposób wyraziła swoje żądanie, ale zrezygnował, by nie rozjuszyć jej dodatkowo. Oparł więc delikatnie dłoń na jej plecach - nie niżej, bez tego wstrętnego uczucia obłapiania, które zapewne kojarzyła - a następnie delikatnie skierował ją w stronę przedsionka. To tam znajdowały się stoły, uginające się pod ciężarem butelek z najróżniejszymi alkoholami. Było tam odrobinę ciszej, niż w salonie, gdzie toczył się gwar rozmów, od którego pękała głowa. Odpuścił suszenie się i wycieranie. I tak planował stąd zniknąć stosunkowo szybko, a Avery dała mu bardzo dobry pretekst, by to zrobić szybciej, niż planował. Niechcący ten mały wypadek stał się idealną wymówką, którą planował niedługo wykorzystać.
- Na które masz ochotę? - zapytał uprzejmie, dbając o to, by ton był formalny, nienaznaczony irytacją. Gdy zeszli z widoku, a gwar nieco odpuścił, on sam się nieznacznie rozluźnił. Nie było tajemnicą, że nie lubił tego typu spotkań. Oczywiście dało się spotkać Rodolphusa na przyjęciach, lecz z reguły bywał na nich na tyle krótko, na ile to było możliwe. I nie na każdych. Przed Astorią rozciągał się jednak teraz miły widok: stolik z tacą, na której ustawiono wina. Białe, czerwone. Wytrawne, słodkie, półsłodkie. Owocowe, bardziej ciężkiej, lekkie. Butelek było kilka, na kolejnym stoliku były następne. Miała w czym wybierać.