18.11.2025, 13:46 ✶
Deszcz zaczął padać mocniej, bębnił o metal daszku i beton, zabierając ze sobą część krwi - wyglądało to jak scena, którą zwykle kończyłem butelką ognistej, może dwoma. Podparłem się dłonią o mokry beton, kręgosłup protestował, kolana też, a jednak kiedy usłyszałem jej „bardzo chętnie stąd spierdolę”, zaśmiałem się krótko, sucho, jak ktoś, kto już dawno nauczył się oddychać, gdy wszystko wołało, by przestał. Krew spływała mi po brodzie, mieszała się z deszczem, ale nie zamierzałem jej dać nawet cienia satysfakcji, że chociaż na chwilę poczułem coś, co mogłoby być zgodne z jej założeniami - jej głos, jej ton, to niby prychnięcie, ta durna pewność, że miała mnie rozszyfrowanego od podszewki i spierdoliłem od kogoś wyjątkowego wyłącznie pod wpływem chwili… To wszystko tylko mnie bardziej rozbawiło. Nie parsknąłem drugi raz śmiechem, bo szczęka bolała zbyt mocno, ale ten uśmiech wrócił, krwawy, popękany, absurdalnie szeroki. Przetarłem krew z ust wierzchem dłoni, spojrzałem na nią z dołu, z tej swojej cudownej, godnej pożałowania pozycji, ale w moich oczach wciąż było to chore rozbawienie, które sprawiało, że mogłem równie dobrze brzmieć jak ktoś, kto właśnie wygrał jakąś groteskową rundę.
- A jak myślisz? - Mruknąłem nisko, przetaczając językiem po ostrym brzegu wyłamanej jedynki, czując kolejną falę bólu. Popatrzyłem na nią, na ustach mając ten idiotycznie rozbawiony uśmieszek, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy rozsądek szedł w pizdu, a ja zostawałem sam na sam z własnym gównem. - Oczywiście, sze będę chuj wie gdzie. Właśnie o to chodzi. - Była w tym jakaś chora logika, zacięcie, które człowiek wyciągał z dna samego siebie, kiedy próbował udowodnić, że jeszcze oddychał. Oparłem się o beton, zostawiając na nim smugę krwi z ust - krople deszczu natychmiast ją rozmyły, jakby noc próbowała za mnie coś zmyć, ale nie było co - wszystko dawno wsiąkło we mnie zbyt mocno.
Obserwowałem ją kątem oka, to wycofanie się o krok, honorowe, niby logiczne, ale w jej spojrzeniu wciąż palił się ten pierdolony ogień. Znałem ten wyraz twarzy, żar - widziałem go w innych, u siebie. Wbrew temu całemu pierdoleniu o emocjach, odruchach i wspomnieniach, wyglądała jak ktoś, kto po prostu odpalił lont i czekał na wybuch. Było w tym coś godnego uwagi, nie podziwu, po prostu - coś, co dało się zrozumieć.
Wstałem wolniej, niż bym chciał, ale stabilnie - plecy bolały, ramię bolało, chyba nawet najmniejsze kostki w moim ciele dostały po dupie, kiedy uderzyłem o ziemię, ale ciało wiedziało, co robić, robiło to już wiele razy. Zebrałem się w końcu do pionu, chociaż wyglądało to bardziej jak mozolne składanie rozjebanego cyrkowego namiotu po gradobiciu. Czułem jej spojrzenie, ciężkie, mimo że próbowała zachować neutralność. Nie chciałem, żeby widziała, że musiałem złapać równowagę, bo wirowało mi przed oczami, więc uparcie stanąłem w miejscu, nie miała dostać niczego za darmo.
- Wiem, gdzie cię znaleźć. - Powiedziałem w końcu, spluwając krwią w bok. - Mam balso doblą pamięś. - Nadal się uśmiechałem, to było chyba najbardziej popierdolone w całej sytuacji - nie gniew, nie wyrzut, nie urażona duma. Po prostu jakieś chore, odległe zadowolenie, że wreszcie ktoś przestał gadać i zrobił swoje. Wyszczerzyłem się jeszcze raz, krzywo, bo brakowało mi fragmentu jedynki.
Przesunąłem językiem po zębach i syknąłem, bo zapomniałem o jebanej jedynce. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, nie po pomoc, po coś znacznie ważniejszego.
- Daj szluga.
- A jak myślisz? - Mruknąłem nisko, przetaczając językiem po ostrym brzegu wyłamanej jedynki, czując kolejną falę bólu. Popatrzyłem na nią, na ustach mając ten idiotycznie rozbawiony uśmieszek, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy rozsądek szedł w pizdu, a ja zostawałem sam na sam z własnym gównem. - Oczywiście, sze będę chuj wie gdzie. Właśnie o to chodzi. - Była w tym jakaś chora logika, zacięcie, które człowiek wyciągał z dna samego siebie, kiedy próbował udowodnić, że jeszcze oddychał. Oparłem się o beton, zostawiając na nim smugę krwi z ust - krople deszczu natychmiast ją rozmyły, jakby noc próbowała za mnie coś zmyć, ale nie było co - wszystko dawno wsiąkło we mnie zbyt mocno.
Obserwowałem ją kątem oka, to wycofanie się o krok, honorowe, niby logiczne, ale w jej spojrzeniu wciąż palił się ten pierdolony ogień. Znałem ten wyraz twarzy, żar - widziałem go w innych, u siebie. Wbrew temu całemu pierdoleniu o emocjach, odruchach i wspomnieniach, wyglądała jak ktoś, kto po prostu odpalił lont i czekał na wybuch. Było w tym coś godnego uwagi, nie podziwu, po prostu - coś, co dało się zrozumieć.
Wstałem wolniej, niż bym chciał, ale stabilnie - plecy bolały, ramię bolało, chyba nawet najmniejsze kostki w moim ciele dostały po dupie, kiedy uderzyłem o ziemię, ale ciało wiedziało, co robić, robiło to już wiele razy. Zebrałem się w końcu do pionu, chociaż wyglądało to bardziej jak mozolne składanie rozjebanego cyrkowego namiotu po gradobiciu. Czułem jej spojrzenie, ciężkie, mimo że próbowała zachować neutralność. Nie chciałem, żeby widziała, że musiałem złapać równowagę, bo wirowało mi przed oczami, więc uparcie stanąłem w miejscu, nie miała dostać niczego za darmo.
- Wiem, gdzie cię znaleźć. - Powiedziałem w końcu, spluwając krwią w bok. - Mam balso doblą pamięś. - Nadal się uśmiechałem, to było chyba najbardziej popierdolone w całej sytuacji - nie gniew, nie wyrzut, nie urażona duma. Po prostu jakieś chore, odległe zadowolenie, że wreszcie ktoś przestał gadać i zrobił swoje. Wyszczerzyłem się jeszcze raz, krzywo, bo brakowało mi fragmentu jedynki.
Przesunąłem językiem po zębach i syknąłem, bo zapomniałem o jebanej jedynce. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, nie po pomoc, po coś znacznie ważniejszego.
- Daj szluga.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)