18.11.2025, 14:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:51 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rumunia, noc
Zebrałem w płuca tyle powietrza, ile pozwalały połamane wrażenia pod skórą, i splunąłem krwią na bruk, a potem zaciągnąłem się tak mocno, że aż zakręciło mi się w głowie - smak był gorzki, lepki, ale znajomy. Uśmiech nie schodził mi z gęby, chociaż każdy nerw podpowiadał, że powinienem wyć. Po prostu zacząłem schodzić po mokrych, krzywych schodkach w dół wzgórza, powoli, jak ktoś, kto musiał sprawdzić, czy któraś kość nie wyszła mu przez skórę. Każdy ruch czułem aż w potylicy, deszcz przyklejał mi koszulkę do pleców, a mokry bruk odbijał światła miasteczka. W centrum miasteczka paliło się kilka lamp, liczyłem, że chociaż jeden bar będzie otwarty - potrzebowałem czegoś na wstrząśnięcie mózgu z powrotem w miejsce. Szło się ciężko, wlokłem nogi jak ktoś, kto dopiero uczył się, że grawitacja to skurwiel. W głowie brzęczało mi jej „będę czekać”, a ja parłem przed siebie, jakbym mógł to zgubić po drodze, zostawić na chodniku obok peta. Ignorowałem jej obecność, przynajmniej przez dłuższą chwilę. Nie dlatego, że miałem jej cokolwiek za złe - musiałem zająć czymś myśli, zanim zrobię coś głupszego niż spadnięcie z balkonu. - Ty to, kurwa, masz plosty świat. - Mruknąłem pod nosem, nisko, tak jakbym musiał dociążyć każdą głoskę, żeby przebić się dźwiękiem przez narastający deszcz. - Ale ja nie jestem łowcą, nie jestem Yaxleyem, nie mam palasola tatusia nad głową, nikt nie wyśle dla mnie ludzi na dlugi koniec kontynentu. - Zmrużyłem oczy, patrząc na nią spod byka - tak, jakbyśmy byli dwoma różnymi gatunkami tej samej choroby. - Nie mam nazwiska, któle otwiela dszwi do stałej siateczki zleceń ani lodu, któly lobi kolytasz bezpieczeństwa, czy zasłuszyłem, czy nie. - Przesunąłem filtrem papierosa po ranie na języku i poczułem kolejny impuls bólu przebijający skronie, nie zareagowałem jednak, nie miałem na to przestrzeni. Miałem tylko tę cholerną świadomość, że jeśli teraz nie powiem, co mi siedzi w głowie, to za godzinę będę tego żałować, za to, jeśli powiem - cóż - pewnie też pojawi się złość na siebie, bo lubiłem Astarotha, którego teraz mieszałem w całą sprawę. Tolerowałem też Geraldine, to nie tak, że chciałem ją obrazić - w mojej głowie robiłem dokładnie to, co ona wcześniej - mówiłem wprost, by przekaz był jasny. Tu nie było dobrych rozwiązań. Wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby i to chyba zabolało bardziej niż upadek.
- Będę tam, gdzie będzie lobota. Tam, gdzie mnie potszebują, a nie tam, gdzie mi wygodnie. Nie tam, gdzie ktoś mnie „mosze znaleźć”. Najlepiej tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. I tam, gdzie nie lysykuję, sze ktoś, na kim mi zaleszy, wyleci w powietsze, bo Fenwick…Rookwood pojawił się w nieodpowiednim miejscu. - Słowa wyszły ciężkie, ale spokojne, prawie neutralne. To nie było wyrzutem - to był fakt - brutalny, codzienny, wkurwiająco prosty. Wyprostowałem się, tyle ile dało się przy rozwalonym kręgosłupie moralnym i poobijanym ciele. - Ja nie mam tej waszej… Instytucjonalnej zajebistości. Ja mam byś wszędzie i nigdzie nalas, bo jeśli ktoś kiedyś połączy fakty i splóbuje kogoś dosięgnąś pszez to, sze ja istnieję, to ja to pszeszyję. - Dodałem ciszej, bez jadu, bardziej stwierdzając fakt. To była faktologia mojego życia, ona miała swoje demony, ja swoje - tylko moje były bardziej ruchome, jak cholerny ogień, który nigdy nie chciał stać w miejscu. Zamiast wyglądać imponująco, wyglądałem jak ktoś, kogo właśnie ciągnięto po bruku przez kilkadziesiąt metrów, albo wypierdolono przez balkon, jedno z dwóch było całkiem prawdziwe. Wzruszyłem ramieniem, krzywiąc się, bo najwyraźniej bark też oberwał przy lądowaniu.
- Ty moszesz planowaś pół loku napszód. Ja planuję na jutlo, jak dobsze pójdzie. - Na mojej twarzy pojawił się ten krzywy, krwawy półuśmiech, jakby cały ten burdel był jedynie kolejną anegdotą, którą opowiem komuś, kto nie powinien jej słyszeć. - Ale jak mówię, sze się losczymy, to się losliczymy. - Rzuciłem tak, jakby to było coś nieuchronnego, coś zapisanego w jakiejś pieprzonej księdze rachunkowej, której nie widziała.
Opuściłem wzrok na swoje zakrwawione dłonie, stawiając kolejny krok, i dopiero wtedy poczułem, jak piekielnie zimny jest jesienny, rumuński deszcz, gdy nie weźmie się kurtki.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)