18.11.2025, 17:10 ✶
Szliśmy tym mokrym, rumuńskim poboczem, a jej głos niósł się za mną jak strzęp pary znad gorącej wody, który nie chciał zniknąć, mimo że deszcz robił wszystko, żeby go rozwiać. Trzymałem dłoń przy ustach - nie dlatego, że bolała mnie szczęka, tylko dlatego, że smak krwi wciąż był zbyt wyraźny, a przegryziony język pulsował, więc próbowałem przydusić to wrażenie dymem papierosowym, co w deszczu było niełatwe. Mokry bruk chlupał pod butami, a krople rozpryskiwały się na moich ramionach i włosach, ale nie zwracałem na to uwagi. Odwróciłem głowę dopiero po chwili, fajka moich w ustach pulsowała lekko ciepłem, dym owinął moją twarz jak zasłona, kiedy wtedy wreszcie odezwałem się, głos mając spokojny, oschły, bez cienia gniewu, ale nie do końca neutralny.
- To nie ma nic do szeszy. - Mruknąłem dopiero, kiedy skończyła, głos miałem surowy, ale nie chamski. - Kutas, blak kutasa, kompletnie mnie to nie intelesuje. Plofesjonalizm nie siedzi między nogami, nigdy nie siedział. Jedni lobią doblą lobotę, dludzy pieldolą głupoty, bo czują się zagloszeni. Cała filozofia. - Przesunąłem językiem po ostrym brzegu złamanego zęba, czując tę głupią, prymitywną irytację - fajka zgasła od deszczu, zakląłem pod nosem, znowu ją podpalając, wsunąłem zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Mokre włosy przykleiły mi się do karku, a język pulsował bólem przy każdym ruchu szczęki, ale mówiłem dalej, równym tonem, nieco niższym. Słuchałem jej dalej, tego o zleceniach, o pożarach, o problemach, które nagle spadły na świat jak deszcz gorącego popiołu. Miała rację - było tego pełno. Ludzie błagali o cokolwiek - zdjęcie klątwy, zdjęcie uroku, zdjęcie odpowiedzialności za własne błędy.
Tylko że…
- Zleceń po poszalach jest pełno. Klątwy się mnoszą jak gszyby, ludzie nie wiedzą, co lobiś, jasne, są zdespelowani i zapłacą kaszdemu, kto potlafi odlószniś lunę od własnej dupy. - Wzruszyłem ramieniem, spokojnie, bez drwiny. - Ale s całym szaszunkiem… Czy chciałabyś całymi dniami zajmowaś się polowaniem na sasabonsamy? - To słowo zawisło między nami jak coś kulawego i absurdalnego, chociaż prawdziwego. - Chciałabyś się pszekwalifikowaś na łowcę sasabonsamów, Gelaldine? - Nie oczekiwałem odpowiedzi - wiedziałem, jaka ona będzie. Rzuciłem to zdanie jak kamień w studnię, nie oczekując, że usłyszę plusk odbity od dna. - Jak klysys minie, jak klątwy pszestaną się wykluwaś jak kalaluchy w piwnicy, to co mi zostanie, skolo wszystkie lepsze zlecenia na Wyspach naleszą do was albo Ministelstwa, ewentualnie Munga? Miałbym łamaś te same tszy uloki do końca szycia? Kolejną selię sasabonsamów, co tydzień? - Zapytałem cicho, prawie w tonie, który mógłby uchodzić za przemęczenie. Przeczesałem włosy jedną ręką, czując wilgoć wymieszaną z krwią - miałem mieć tam guza, już miałem rozcięcie, na sto procent. Wszystko pulsowało, jakby upływający czas próbował mi powiedzieć, że jestem większym idiotą, niż sądziłem. Westchnąłem pod nosem, czując znajomy puls bólu za lewą skronią.
- W wieku czteldziestu lat nie zamieszam siedzieś w małym lokalu, s duszą na lamieniu, dziadziejąc i odklątwiając pieldolone polcelanowe słoniki. Mam zająś się czyszczeniem naszyjników ukladzionych s globów? Albo oczyszczaś zestawy helbasiane po ciotce, któla nie lubiła losiny? - Wyrzuciłem spokojnie, bez szyderstwa, raczej opisując nieunikniony, żałosny scenariusz. - Ja tesz mam swoje kompetencje. Mam odejść od tego, w czym jestem najlepszy? Od adlenaliny, któla mnie napędza? - Uniosłem brew z tą zimną, cichą szczerością, która nigdy nie przychodziła łatwo. - To niedoszeszne.
Byłem przyzwyczajony do bólu - potrafił być całkiem wiernym towarzyszem, ale monotonia? Nie byłbym w stanie tego przeżyć, musiała to wiedzieć, a i tak postanowiła mi zaproponować rozszerzanie wpływów tam, gdzie rynek na moje zajęcia był już wysycony, zablokowany przez jej własnych znajomków. To nie były Stany, Wyspy Brytyjskie miały dużo mniejszą powierzchnię i bardziej uregulowane wpływy i układy. Przeszedłem przez kałużę tak, że prysnęła na oboje. Nie przeprosiłem.
Fajka wypaliła się niemal do końca, a ja wciągnąłem ostatni oddech dymu, który wypełnił moje płuca i pozwolił mi jako tako uspokoić puls. Nie zatrzymywałem się, nie czekałem na reakcję, szedłem w dół wzgórza w stronę centrum, licząc na jakiś otwarty bar, a ona maszerowała obok - dalej, uparcie, za cholerę nie wiedziałem, po co, ale ja szedłem, nie czekając na reakcję, nie oglądając się, pozwalając deszczowi obmywać zmęczone ciało. Przekraczane przez nas kałuże wypełniały ciszę rytmicznym chlupotem pod butami, a ja próbowałem ogarnąć własny ból głowy i smak krwi w ustach, który jeszcze się utrzymywał.
A potem padło to o dbaniu o siebie - że nie jestem wyjątkowy, każdy może dostać zaklęciem na ulicy, ona potrafi, oni potrafią, nie muszę nosić świata na plecach. Zamilkłem na kilka kroków, powietrze zdążyło się zagęścić, a potem, bardzo cicho i bardzo spokojnie, wyrównałem oddech. Zatrzymałem się - nie gwałtownie, nie teatralnie, po prostu stanąłem i odwróciłem głowę w jej stronę. Deszcz spływał mi z włosów po policzku, wzdłuż szczęki, po ustach. Głos miałem spokojny, ale z tą nutą czegoś niskiego, ciemnego, co można pomylić z goryczą.
- Mówisz, sze ludzie wokół mnie potlafią o siebie zadbaś, mają się czego baś tylko ci, któszy splóbują coś im zrobiś. - Nie było we mnie ani złości, ani zaczepki, tylko spokojny, prawie ciężki ton.
- To powiedz mi jedno, Gelaldine. Skolo potlafisz o siebie zadbaś…
Opuściłem dłoń z fajką, pozwalając, żeby deszcz zgasił żar.
- Zabiłabyś Ambloise’a, gdybyś musiała?
Ruszyłem dalej, ale spowolniłem, jakby ciężar wiszący między nami zmieniał bieg powietrza.
- To nie ma nic do szeszy. - Mruknąłem dopiero, kiedy skończyła, głos miałem surowy, ale nie chamski. - Kutas, blak kutasa, kompletnie mnie to nie intelesuje. Plofesjonalizm nie siedzi między nogami, nigdy nie siedział. Jedni lobią doblą lobotę, dludzy pieldolą głupoty, bo czują się zagloszeni. Cała filozofia. - Przesunąłem językiem po ostrym brzegu złamanego zęba, czując tę głupią, prymitywną irytację - fajka zgasła od deszczu, zakląłem pod nosem, znowu ją podpalając, wsunąłem zapalniczkę z powrotem do kieszeni. Mokre włosy przykleiły mi się do karku, a język pulsował bólem przy każdym ruchu szczęki, ale mówiłem dalej, równym tonem, nieco niższym. Słuchałem jej dalej, tego o zleceniach, o pożarach, o problemach, które nagle spadły na świat jak deszcz gorącego popiołu. Miała rację - było tego pełno. Ludzie błagali o cokolwiek - zdjęcie klątwy, zdjęcie uroku, zdjęcie odpowiedzialności za własne błędy.
Tylko że…
- Zleceń po poszalach jest pełno. Klątwy się mnoszą jak gszyby, ludzie nie wiedzą, co lobiś, jasne, są zdespelowani i zapłacą kaszdemu, kto potlafi odlószniś lunę od własnej dupy. - Wzruszyłem ramieniem, spokojnie, bez drwiny. - Ale s całym szaszunkiem… Czy chciałabyś całymi dniami zajmowaś się polowaniem na sasabonsamy? - To słowo zawisło między nami jak coś kulawego i absurdalnego, chociaż prawdziwego. - Chciałabyś się pszekwalifikowaś na łowcę sasabonsamów, Gelaldine? - Nie oczekiwałem odpowiedzi - wiedziałem, jaka ona będzie. Rzuciłem to zdanie jak kamień w studnię, nie oczekując, że usłyszę plusk odbity od dna. - Jak klysys minie, jak klątwy pszestaną się wykluwaś jak kalaluchy w piwnicy, to co mi zostanie, skolo wszystkie lepsze zlecenia na Wyspach naleszą do was albo Ministelstwa, ewentualnie Munga? Miałbym łamaś te same tszy uloki do końca szycia? Kolejną selię sasabonsamów, co tydzień? - Zapytałem cicho, prawie w tonie, który mógłby uchodzić za przemęczenie. Przeczesałem włosy jedną ręką, czując wilgoć wymieszaną z krwią - miałem mieć tam guza, już miałem rozcięcie, na sto procent. Wszystko pulsowało, jakby upływający czas próbował mi powiedzieć, że jestem większym idiotą, niż sądziłem. Westchnąłem pod nosem, czując znajomy puls bólu za lewą skronią.
- W wieku czteldziestu lat nie zamieszam siedzieś w małym lokalu, s duszą na lamieniu, dziadziejąc i odklątwiając pieldolone polcelanowe słoniki. Mam zająś się czyszczeniem naszyjników ukladzionych s globów? Albo oczyszczaś zestawy helbasiane po ciotce, któla nie lubiła losiny? - Wyrzuciłem spokojnie, bez szyderstwa, raczej opisując nieunikniony, żałosny scenariusz. - Ja tesz mam swoje kompetencje. Mam odejść od tego, w czym jestem najlepszy? Od adlenaliny, któla mnie napędza? - Uniosłem brew z tą zimną, cichą szczerością, która nigdy nie przychodziła łatwo. - To niedoszeszne.
Byłem przyzwyczajony do bólu - potrafił być całkiem wiernym towarzyszem, ale monotonia? Nie byłbym w stanie tego przeżyć, musiała to wiedzieć, a i tak postanowiła mi zaproponować rozszerzanie wpływów tam, gdzie rynek na moje zajęcia był już wysycony, zablokowany przez jej własnych znajomków. To nie były Stany, Wyspy Brytyjskie miały dużo mniejszą powierzchnię i bardziej uregulowane wpływy i układy. Przeszedłem przez kałużę tak, że prysnęła na oboje. Nie przeprosiłem.
Fajka wypaliła się niemal do końca, a ja wciągnąłem ostatni oddech dymu, który wypełnił moje płuca i pozwolił mi jako tako uspokoić puls. Nie zatrzymywałem się, nie czekałem na reakcję, szedłem w dół wzgórza w stronę centrum, licząc na jakiś otwarty bar, a ona maszerowała obok - dalej, uparcie, za cholerę nie wiedziałem, po co, ale ja szedłem, nie czekając na reakcję, nie oglądając się, pozwalając deszczowi obmywać zmęczone ciało. Przekraczane przez nas kałuże wypełniały ciszę rytmicznym chlupotem pod butami, a ja próbowałem ogarnąć własny ból głowy i smak krwi w ustach, który jeszcze się utrzymywał.
A potem padło to o dbaniu o siebie - że nie jestem wyjątkowy, każdy może dostać zaklęciem na ulicy, ona potrafi, oni potrafią, nie muszę nosić świata na plecach. Zamilkłem na kilka kroków, powietrze zdążyło się zagęścić, a potem, bardzo cicho i bardzo spokojnie, wyrównałem oddech. Zatrzymałem się - nie gwałtownie, nie teatralnie, po prostu stanąłem i odwróciłem głowę w jej stronę. Deszcz spływał mi z włosów po policzku, wzdłuż szczęki, po ustach. Głos miałem spokojny, ale z tą nutą czegoś niskiego, ciemnego, co można pomylić z goryczą.
- Mówisz, sze ludzie wokół mnie potlafią o siebie zadbaś, mają się czego baś tylko ci, któszy splóbują coś im zrobiś. - Nie było we mnie ani złości, ani zaczepki, tylko spokojny, prawie ciężki ton.
- To powiedz mi jedno, Gelaldine. Skolo potlafisz o siebie zadbaś…
Opuściłem dłoń z fajką, pozwalając, żeby deszcz zgasił żar.
- Zabiłabyś Ambloise’a, gdybyś musiała?
Ruszyłem dalej, ale spowolniłem, jakby ciężar wiszący między nami zmieniał bieg powietrza.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)