19.11.2025, 01:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2025, 02:48 przez Helloise Rowle.)
Pogarda Lestrange’a dla Ziemi jako rzeczy brudnej i niższej była pomyłką. Ziemia nie bez powodu tytułowana Matką rodziła życie, wykarmiała cierpliwie swoje dzieci, tuliła kości. Wszyscy Ziemi będą oddani. Pokolenie odejdzie za pokoleniem, Ziemia będzie trwać.
Pomyłką również było przeświadczenie o tym, że Louvain Lestrange może kształtować i kierować gniewem Helloise. Tym ostrym gniewem, którym posłużyła się do wyszarpania z szeregów starego rodu, gdy malutki Louvain nie miał jeszcze nawet pierwszej różdżki.
— Myślisz, że nie wiem, co robię? — syknęła przejęta pobłażliwą wesołością czarownica, gdy zasugerował, że brak jej wprawy w wykorzystaniu tego pędu dla określonych celów. Cel był zawsze określony i zawsze jeden, zawsze do jednego wykorzystywała tę energię: aby na świecie wymusić zmianę zgodną ze swoimi życzeniami i zachciankami.
Gniew Helloise przerastał konsekwencje, które spadały na nią ze strony rodziny. Nie potrafiły zdmuchnąć go ich najdotkliwsze kary, połajanki, zawstydzenie, na które natrafiała, gdy wojowała z nimi złym buntem. Louvain zaś ofiarował jej coś nowego, czego jeszcze nie znała. Pozwolił jej na wszystko, nie stawiał oporu, nie szukał odwetu, nie zmieniał jej kierunku. Zapłonęła i dopaliła się naturalnym tempem, nie zdusił jej przedwcześnie niczyj but. Wyjątkowo na końcu nie czekało jej bolesne zderzenie z dotkliwą konsekwencją, lecz wyzwalająca satysfakcja. Widziała w zadowoleniu na twarzy Śmierciożercy, że i on wiedział, co zrobił — że dokładnie to chciał jej pokazać, udowodnić coś w ten sposób. Nie miało to znaczenia, bo ona dostała od tej niewielkiej chwili spełnienie. Nie patrzyła w przód — na to, do czego Lestrange być może będzie chciał wykorzystać wnioski z tego doświadczenia, że być może będzie to wbrew niej.
Jej widzenie ograniczyło się do krwi, która wysączyła się tam, gdzie pod jej palcem nadspodziewanie łatwo ustąpiła jego warga. W półmroku chaty Helloise potrzebowała chwili, aby upewnić się, że jest prawdziwie czarna — czyżby Black? Wiedziała, co znaczy kontakt z tą krwią.
Chłonęła jego modły zahipnotyzowana atmosferą, ciekawa biegu jego rytuału. Gęsta duchota dziwnego, religijnego misterium łatwo wsiąkała w zmęczoną, otumanioną alkoholem i opium głowę. Otulała wielką obietnicą wprowadzania w coś mistycznego. Do tego przecież tak chętnie czarownica lgnęła — do zatracenia w czymś większym, starszym, potężniejszym od siebie. We wspólnocie kultu Bogini, dostąpieniu łaski i opieki Bóstwa, rytuałach kowenowych. W szumiącym kulcie Kniei, gdzie dopuszczono ją do mądrości prastarego lasu, jego strażników i przodków jej matki, gdzie sama miała zniknąć pewnego dnia i być włączona w zastęp duchów-przewodników dla kolejnych pokoleń, odrodzona w szepcie liści.
Louvain oferował jej nowy kult i był w tamtej chwili kusząco przekonujący. Wyciągnął do niej łagodnie rękę, poczęstował ją znakiem, zimnym palcem pozostawił czerń na jej czole, na ustach. Poddała się temu biernie. Nie odwróciła wzroku, gdy próbował ją przejrzeć. Niech patrzy. Niech szuka, czego chce. Mało miała do ukrycia. Sama nie potrzebowała zaglądać głęboko w jego czarne oczy, żeby wiedzieć, jaki sztandar niesie ten kapłan. W zębach spływających czarną krwią trzymał śmierć skapującą w wypaczone odmęty, wśród których gubiła się dusza rozsmakowana w męczarni i bólu. Czarownica umiała wyczuć jego rytm, odczytać niesioną przez niego pieśń, rezonowało to i w niej — choć nie była okrutna, i w jej świecie było miejsce na przemoc oraz śmierć.
Gdy prawił swoje złowrogie błogosławieństwa, nie odrywała głodnego wzroku od jego ust zakwitłych czernią lśniącą jak rosa na płatkach kwiecia Maida Vale. Tak samo jak Helloise pożarła złośliwie czarne róże z ogrodu Lestrange’ów, tak teraz zapragnęła pożreć i jego. Wcierając palcami krew w jej wargi, podsycił jedynie to pragnienie odkrycia na własnej skórze sekretów wysączonych z jego żył. Sam wyzbył się prawa do odmowy. Uczynił z siebie ołtarz; zaprosił, aby na nim ucztowała. Dlaczego miałaby nie wychylić i zimnego kielicha jego ust. Pocałowała go, żeby skosztować więcej tego jadu. Wargami rozchyliła wargi, koniuszkiem języka delikatnie zebrała z rany czarną krew. Poczęstowała go wyrachowaną czułością, aby samej odurzyć się tą fascynującą trucizną, która zawierała w sobie potencjał każdej toksyny świata.
Gdy Helloise nasyciła się i odsunęła od Louvaina, rozkoszny halucynogenny jad spłynął po jej gardle ciemną falą. Uśmiechała się poznaczonymi czernią ustami; uśmiechała się mimo runy, którą na niej zostawił, a której mocy zuchwale nie uznawała. Mierzyła go wzrokiem leniwym i nieostrym, zmroczonym mgłą upojenia. Zdawało się, że oboje wyniosą z tej wieczoru satysfakcję, lecz…
— On to bóg, który nic nie tworzy. Sama w nim śmierć — zawyrokowała czarownica, cofając się jeszcze kilka kroków, rozwiewając nadzieję na to, że dołączy do ich orszaku tak po prostu. — Również nieprzyjaciele Pani niszczeją jako dym, lecz w prochach ich rodzi się nowe życie, prochami Pani nawozi dalsze dzieło swoje. Świat pod Czarnym Panem zaiskrzył, strawił ścierwo i strawił uczciwych, lecz nie widzę, aby on siał na zgliszczach. Nie poznałam dzieła stworzenia tego boga, jak codziennie poznaję projekt Pani. Nie mogę go wyznać.
Ziemia, którą Louvain gardził, kryła nie tylko gnijące szczątki. Ziemia obracała cykl życia i śmierci, które współistniały w niej. W oczodole pogrzebanego trupa kiełkowało nasienie, na truchłach żywiło się robactwo, które samo stawało się pożywieniem dla kolejnych ogniw. Ziemia podtrzymywała życie, Ziemia robiła użytek ze śmierci. Ziemia pozostawała w równowadze.
— On to bóg tych, którzy szczycą się szacunkiem do magicznych tradycji, a pozwalają, aby burzyć święte miejsca, wokół których budowali nasi przodkowie. Bóg tych, którzy pozapominali, że prastara i godna zachowania jest nie tylko krew, lecz i miejsca, w których drzemie moc. Ta sama czysta moc, która płynie w nas, płynie w starej krwi. — Zarzut nie był agresywny. Helloise wydawała się jedynie gorzko rozczarowana tym, jaką drogą Śmierciożercy podążali. — Trzeba obłudy, aby zasłaniać się krwią i tradycją, a bezcześcić ich źródło. Nie mogę go wyznać.
Pomyłką również było przeświadczenie o tym, że Louvain Lestrange może kształtować i kierować gniewem Helloise. Tym ostrym gniewem, którym posłużyła się do wyszarpania z szeregów starego rodu, gdy malutki Louvain nie miał jeszcze nawet pierwszej różdżki.
— Myślisz, że nie wiem, co robię? — syknęła przejęta pobłażliwą wesołością czarownica, gdy zasugerował, że brak jej wprawy w wykorzystaniu tego pędu dla określonych celów. Cel był zawsze określony i zawsze jeden, zawsze do jednego wykorzystywała tę energię: aby na świecie wymusić zmianę zgodną ze swoimi życzeniami i zachciankami.
Gniew Helloise przerastał konsekwencje, które spadały na nią ze strony rodziny. Nie potrafiły zdmuchnąć go ich najdotkliwsze kary, połajanki, zawstydzenie, na które natrafiała, gdy wojowała z nimi złym buntem. Louvain zaś ofiarował jej coś nowego, czego jeszcze nie znała. Pozwolił jej na wszystko, nie stawiał oporu, nie szukał odwetu, nie zmieniał jej kierunku. Zapłonęła i dopaliła się naturalnym tempem, nie zdusił jej przedwcześnie niczyj but. Wyjątkowo na końcu nie czekało jej bolesne zderzenie z dotkliwą konsekwencją, lecz wyzwalająca satysfakcja. Widziała w zadowoleniu na twarzy Śmierciożercy, że i on wiedział, co zrobił — że dokładnie to chciał jej pokazać, udowodnić coś w ten sposób. Nie miało to znaczenia, bo ona dostała od tej niewielkiej chwili spełnienie. Nie patrzyła w przód — na to, do czego Lestrange być może będzie chciał wykorzystać wnioski z tego doświadczenia, że być może będzie to wbrew niej.
Jej widzenie ograniczyło się do krwi, która wysączyła się tam, gdzie pod jej palcem nadspodziewanie łatwo ustąpiła jego warga. W półmroku chaty Helloise potrzebowała chwili, aby upewnić się, że jest prawdziwie czarna — czyżby Black? Wiedziała, co znaczy kontakt z tą krwią.
Chłonęła jego modły zahipnotyzowana atmosferą, ciekawa biegu jego rytuału. Gęsta duchota dziwnego, religijnego misterium łatwo wsiąkała w zmęczoną, otumanioną alkoholem i opium głowę. Otulała wielką obietnicą wprowadzania w coś mistycznego. Do tego przecież tak chętnie czarownica lgnęła — do zatracenia w czymś większym, starszym, potężniejszym od siebie. We wspólnocie kultu Bogini, dostąpieniu łaski i opieki Bóstwa, rytuałach kowenowych. W szumiącym kulcie Kniei, gdzie dopuszczono ją do mądrości prastarego lasu, jego strażników i przodków jej matki, gdzie sama miała zniknąć pewnego dnia i być włączona w zastęp duchów-przewodników dla kolejnych pokoleń, odrodzona w szepcie liści.
Louvain oferował jej nowy kult i był w tamtej chwili kusząco przekonujący. Wyciągnął do niej łagodnie rękę, poczęstował ją znakiem, zimnym palcem pozostawił czerń na jej czole, na ustach. Poddała się temu biernie. Nie odwróciła wzroku, gdy próbował ją przejrzeć. Niech patrzy. Niech szuka, czego chce. Mało miała do ukrycia. Sama nie potrzebowała zaglądać głęboko w jego czarne oczy, żeby wiedzieć, jaki sztandar niesie ten kapłan. W zębach spływających czarną krwią trzymał śmierć skapującą w wypaczone odmęty, wśród których gubiła się dusza rozsmakowana w męczarni i bólu. Czarownica umiała wyczuć jego rytm, odczytać niesioną przez niego pieśń, rezonowało to i w niej — choć nie była okrutna, i w jej świecie było miejsce na przemoc oraz śmierć.
Gdy prawił swoje złowrogie błogosławieństwa, nie odrywała głodnego wzroku od jego ust zakwitłych czernią lśniącą jak rosa na płatkach kwiecia Maida Vale. Tak samo jak Helloise pożarła złośliwie czarne róże z ogrodu Lestrange’ów, tak teraz zapragnęła pożreć i jego. Wcierając palcami krew w jej wargi, podsycił jedynie to pragnienie odkrycia na własnej skórze sekretów wysączonych z jego żył. Sam wyzbył się prawa do odmowy. Uczynił z siebie ołtarz; zaprosił, aby na nim ucztowała. Dlaczego miałaby nie wychylić i zimnego kielicha jego ust. Pocałowała go, żeby skosztować więcej tego jadu. Wargami rozchyliła wargi, koniuszkiem języka delikatnie zebrała z rany czarną krew. Poczęstowała go wyrachowaną czułością, aby samej odurzyć się tą fascynującą trucizną, która zawierała w sobie potencjał każdej toksyny świata.
Gdy Helloise nasyciła się i odsunęła od Louvaina, rozkoszny halucynogenny jad spłynął po jej gardle ciemną falą. Uśmiechała się poznaczonymi czernią ustami; uśmiechała się mimo runy, którą na niej zostawił, a której mocy zuchwale nie uznawała. Mierzyła go wzrokiem leniwym i nieostrym, zmroczonym mgłą upojenia. Zdawało się, że oboje wyniosą z tej wieczoru satysfakcję, lecz…
— On to bóg, który nic nie tworzy. Sama w nim śmierć — zawyrokowała czarownica, cofając się jeszcze kilka kroków, rozwiewając nadzieję na to, że dołączy do ich orszaku tak po prostu. — Również nieprzyjaciele Pani niszczeją jako dym, lecz w prochach ich rodzi się nowe życie, prochami Pani nawozi dalsze dzieło swoje. Świat pod Czarnym Panem zaiskrzył, strawił ścierwo i strawił uczciwych, lecz nie widzę, aby on siał na zgliszczach. Nie poznałam dzieła stworzenia tego boga, jak codziennie poznaję projekt Pani. Nie mogę go wyznać.
Ziemia, którą Louvain gardził, kryła nie tylko gnijące szczątki. Ziemia obracała cykl życia i śmierci, które współistniały w niej. W oczodole pogrzebanego trupa kiełkowało nasienie, na truchłach żywiło się robactwo, które samo stawało się pożywieniem dla kolejnych ogniw. Ziemia podtrzymywała życie, Ziemia robiła użytek ze śmierci. Ziemia pozostawała w równowadze.
— On to bóg tych, którzy szczycą się szacunkiem do magicznych tradycji, a pozwalają, aby burzyć święte miejsca, wokół których budowali nasi przodkowie. Bóg tych, którzy pozapominali, że prastara i godna zachowania jest nie tylko krew, lecz i miejsca, w których drzemie moc. Ta sama czysta moc, która płynie w nas, płynie w starej krwi. — Zarzut nie był agresywny. Helloise wydawała się jedynie gorzko rozczarowana tym, jaką drogą Śmierciożercy podążali. — Trzeba obłudy, aby zasłaniać się krwią i tradycją, a bezcześcić ich źródło. Nie mogę go wyznać.
dotknij trawy