19.11.2025, 03:36 ✶
Oparła policzek o zgięte ramię. Z tego kąta mogła obserwować każdy szczegół - sposób, w jaki jego brew uniosła się odrobinę zbyt dumnie, jak kącik ust drgnął w tym aroganckim, chłopięcym uśmiechu, który zawsze wyglądał, jakby mówił: i tak wygram. Był Ślizgonem. Nie byle jakim - szukającym, który zawsze miał oczy szeroko otwarte, instynkt w gotowości, barki ustawione tak, by nic nie zaskoczyło go zbyt łatwo. Zwykle czujny, szybki, reagujący w ułamku sekundy, a jednak jej poduszka trafiła celnie. Ta świadomość wywołała w niej coś w rodzaju słodkiej satysfakcji. Nie triumfu, nie wyższości - a cichego, delikatnego, dziewczęcego ach. Jakby coś w niej zaszeleściło, rozwinęło skrzydła. Bo jeśli przy niej pozwalał sobie na rozluźnienie, na obniżenie czujności... to może naprawdę dobrze się przy niej czuł. Może z nią było inaczej? Myśl była tak subtelna, że niemal ulotna, a jednak natychmiast rozlała się po niej miękkim ciepłem. Nawet nie próbowała jej odgonić.
Uniosła brew na jego teatralną reakcję o rycerzu. Smok. Oczywiście, że wolał być smokiem. Jakżeby inaczej? Astoria uniosła wzrok, a jej rzęsy drgnęły jak skrzydełka ćmy przyciągniętej do płomienia. Coś w jego odpowiedzi poruszyło ją bardziej, niż powinna była pozwolić - może dlatego, że pasowało do niego aż zbyt dobrze. Smoki nie prosiły o pozwolenie. Uśmiech pojawił się na jej ustach powoli, jakby musiał przejść przez filtr ostrożności, nim ujawnił się światu - trochę nieśmiały, trochę zaczepny.
- Tym, który więzi księżniczki w samotnych wieżach - dorzuciła półgłosem, bardziej oddechem niż szeptem, jakby nie chciała, by jej wątpliwości naprawdę dotarły do jego uszu. Potrafiła docenić jego siłę; tę szorstką determinację, w której było coś zachwycającego, coś pierwotnie pociągającego. Odrzucał rycerskie zasady jak zbędną zbroję, a ona lubiła to w nim bardziej, niż powinna. Ale to, co jednocześnie fascynowało, potrafiło też ukłuć. Jeśli bierze, co zapragnie i pali wszystko na swojej drodze, czy na końcu tej przygody cokolwiek z niej zostanie?
Bo tak, była swojego rodzaju gwiazdą i nie chciała boleśnie spaść na ziemię.
Poczuła, że musi odwrócić wzrok, choć nie potrafiła. Czuła się złapana - nie ręką, nie gestem, lecz spojrzeniem, które mówiło za dużo. Zbyt głośno. Zbyt prawdziwie. Lekko zwilżyła usta, próbując zebrać myśli, które rozsypały się jak iskry.
- Kto wie, może pozwolę ci ogrzać się w moim blasku - odparła tonem pozbawionym wyniosłości, była w nim raczej szczera bezbronność. A potem ujął jej dłoń i świat zwolnił na ułamek chwili. Jakby naprawdę bał się, że może ją skrzywdzić jednym fałszywym ruchem. Gdy jego usta musnęły skórę dłoni, jej serce drgnęło jak u ptaka, który nie potrafi zdecydować, czy uciec, czy zostać. Z trudem przywróciła twarz do ładu, choć policzki paliły ją tak subtelnym, zdradliwym rumieńcem, że musiała odwrócić lekko głowę, by ukryć, ile emocji właśnie ją zalało.
- Ufam ci - słowa rzucone szeptem między nimi, miały w sobie cały jej lęk, całą młodość, całą delikatną, niepewną odwagę dziewczyny, która po raz pierwszy pozwala komuś wejść zbyt blisko.
Na krótką chwilę między nimi zapadła cisza - ale nie była to cisza niezręczna, ani ciężka, ani taka, którą trzeba czymś wypełnić. Patrzyła mu w oczy niczym w obraz. W jego źrenicach odbijał się ogień z paleniska, ale ona czuła, że patrzy głębiej, niż tylko przez płomienie.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się lekko, jakby na moment zabrakło jej powietrza, gdy zobaczyła pudełko prezentowe. Wyciągnęła dłonie, choć nieco niepewnie. Przyjrzała się drobnej konstelacji na pieczęci, a duchu rosło jej podekscytowanie. Dotknęła opakowania tak delikatnie, jakby bała się uszkodzić coś cennego - albo chwilę, która właśnie się wydarzała. Tkanina opadła na jej kolana, gdy palce uniosły wieczko.
Zatrzymała oddech.
Astoria patrzyła na kryształ jak na coś, czego nie powinna dotykać - nie dlatego, że był delikatny, ale dlatego, że wydawał się zbyt wyjątkowy, zbyt intymny, zbyt… jakby powstał specjalnie dla niej. Był jasny, ale nie w sposób zwyczajny; jego luminancja była subtelna, pulsowała tak, jak pulsuje oddech śpiącej osoby. Gdy tylko jej palce zbliżyły się do powierzchni, kamień rozjarzył się mocniej. Wstrzymała oddech, czując, jak coś prześlizguje się przez jej żołądek - lekkie, ulotne, a jednocześnie całkowicie miażdżące. Zachwyt. Strach. Ekscytacja. To wszystko wymieszane w jedno, aż trudno było rozpoznać, gdzie kończy się jedno uczucie, a zaczyna drugie.
- Przepiękny - wyszeptała. Jej dłonie drżały bardziej niż wcześniej, a oczy zalśniły ze wzruszenia. To nie był prezent, to była deklaracja. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, każda reakcja wydawała się niedostateczna. Zamiast tego przesunęła kciukiem po powierzchni kryształu, delikatnie, z czułością, której nie miała odwagi okazać wprost jemu. Światło rozbłysło cieplej, a może tylko jej się wydawało. Jego kolejne słowa w pierwszej chwili odbiły się od niej jak echo, jakby nie mogła przyswoić na raz tyle szczęścia. Dopiero potem, po uderzeniu serca, po wdechu, który ugrzązł jej w piersi, sens tych słów dotarł z całą mocą. Zimowy bal. Razem? - Lou... - Poczuła, jak coś gorącego i jednocześnie lodowatego spływa jej po plecach. Czy naprawdę zapraszał ją na bal? Jego gest mówił więcej niż słowa, a jednak to pierwsze takie doświadczenie w życiu młodej dziewczyny i nie chciała paść ofiarą nieporozumienia. Potrzebowała słów równie mocno, co czynów. Ze wstrzymanym oddechem i najwyższą ostrożnością odłożyła pudełko na poduszkę obok. A potem, zanim zdążyła pomyśleć, zanim mogła ocenzurować odruch - po prostu sięgnęła do niego. Jej palce dotknęły jego policzków, delikatnie, tak miękko, jakby bała się, że jeśli użyje choć odrobinę siły, to wszystko okaże się snem. Ujęła go obiema dłońmi, przyciągając jego twarz do swojej. Pochyliła się, czując, jak serce przyspiesza, a oddech staje się krótszy, choć starała się zachować spokój. Najpierw musnęła jego prawy policzek ustami, lekko, niemal niepostrzeżenie, i wyszeptała: - Zadaj. - Potem przesunęła się na lewą stronę, powtarzając gest z równą subtelnością. - Mi. - Jej oczy błysnęły w półmroku, gdy oderwała się minimalnie, ale wciąż utrzymując kontakt wzrokowy. I w końcu, z maleńkim uśmiechem, który mieszał w sobie prowokację i nieśmiałość, wyszeptała prosto w jego spojrzenie. - Pytanie.
Widziała odbicie ognia w jego oczach, gdy te trzy słowa, wypowiedziane w rytmie pocałunków, niosły ze sobą całe spektrum emocji, które dotąd próbowała ukrywać.
Uniosła brew na jego teatralną reakcję o rycerzu. Smok. Oczywiście, że wolał być smokiem. Jakżeby inaczej? Astoria uniosła wzrok, a jej rzęsy drgnęły jak skrzydełka ćmy przyciągniętej do płomienia. Coś w jego odpowiedzi poruszyło ją bardziej, niż powinna była pozwolić - może dlatego, że pasowało do niego aż zbyt dobrze. Smoki nie prosiły o pozwolenie. Uśmiech pojawił się na jej ustach powoli, jakby musiał przejść przez filtr ostrożności, nim ujawnił się światu - trochę nieśmiały, trochę zaczepny.
- Tym, który więzi księżniczki w samotnych wieżach - dorzuciła półgłosem, bardziej oddechem niż szeptem, jakby nie chciała, by jej wątpliwości naprawdę dotarły do jego uszu. Potrafiła docenić jego siłę; tę szorstką determinację, w której było coś zachwycającego, coś pierwotnie pociągającego. Odrzucał rycerskie zasady jak zbędną zbroję, a ona lubiła to w nim bardziej, niż powinna. Ale to, co jednocześnie fascynowało, potrafiło też ukłuć. Jeśli bierze, co zapragnie i pali wszystko na swojej drodze, czy na końcu tej przygody cokolwiek z niej zostanie?
Bo tak, była swojego rodzaju gwiazdą i nie chciała boleśnie spaść na ziemię.
Poczuła, że musi odwrócić wzrok, choć nie potrafiła. Czuła się złapana - nie ręką, nie gestem, lecz spojrzeniem, które mówiło za dużo. Zbyt głośno. Zbyt prawdziwie. Lekko zwilżyła usta, próbując zebrać myśli, które rozsypały się jak iskry.
- Kto wie, może pozwolę ci ogrzać się w moim blasku - odparła tonem pozbawionym wyniosłości, była w nim raczej szczera bezbronność. A potem ujął jej dłoń i świat zwolnił na ułamek chwili. Jakby naprawdę bał się, że może ją skrzywdzić jednym fałszywym ruchem. Gdy jego usta musnęły skórę dłoni, jej serce drgnęło jak u ptaka, który nie potrafi zdecydować, czy uciec, czy zostać. Z trudem przywróciła twarz do ładu, choć policzki paliły ją tak subtelnym, zdradliwym rumieńcem, że musiała odwrócić lekko głowę, by ukryć, ile emocji właśnie ją zalało.
- Ufam ci - słowa rzucone szeptem między nimi, miały w sobie cały jej lęk, całą młodość, całą delikatną, niepewną odwagę dziewczyny, która po raz pierwszy pozwala komuś wejść zbyt blisko.
Na krótką chwilę między nimi zapadła cisza - ale nie była to cisza niezręczna, ani ciężka, ani taka, którą trzeba czymś wypełnić. Patrzyła mu w oczy niczym w obraz. W jego źrenicach odbijał się ogień z paleniska, ale ona czuła, że patrzy głębiej, niż tylko przez płomienie.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się lekko, jakby na moment zabrakło jej powietrza, gdy zobaczyła pudełko prezentowe. Wyciągnęła dłonie, choć nieco niepewnie. Przyjrzała się drobnej konstelacji na pieczęci, a duchu rosło jej podekscytowanie. Dotknęła opakowania tak delikatnie, jakby bała się uszkodzić coś cennego - albo chwilę, która właśnie się wydarzała. Tkanina opadła na jej kolana, gdy palce uniosły wieczko.
Zatrzymała oddech.
Astoria patrzyła na kryształ jak na coś, czego nie powinna dotykać - nie dlatego, że był delikatny, ale dlatego, że wydawał się zbyt wyjątkowy, zbyt intymny, zbyt… jakby powstał specjalnie dla niej. Był jasny, ale nie w sposób zwyczajny; jego luminancja była subtelna, pulsowała tak, jak pulsuje oddech śpiącej osoby. Gdy tylko jej palce zbliżyły się do powierzchni, kamień rozjarzył się mocniej. Wstrzymała oddech, czując, jak coś prześlizguje się przez jej żołądek - lekkie, ulotne, a jednocześnie całkowicie miażdżące. Zachwyt. Strach. Ekscytacja. To wszystko wymieszane w jedno, aż trudno było rozpoznać, gdzie kończy się jedno uczucie, a zaczyna drugie.
- Przepiękny - wyszeptała. Jej dłonie drżały bardziej niż wcześniej, a oczy zalśniły ze wzruszenia. To nie był prezent, to była deklaracja. Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, każda reakcja wydawała się niedostateczna. Zamiast tego przesunęła kciukiem po powierzchni kryształu, delikatnie, z czułością, której nie miała odwagi okazać wprost jemu. Światło rozbłysło cieplej, a może tylko jej się wydawało. Jego kolejne słowa w pierwszej chwili odbiły się od niej jak echo, jakby nie mogła przyswoić na raz tyle szczęścia. Dopiero potem, po uderzeniu serca, po wdechu, który ugrzązł jej w piersi, sens tych słów dotarł z całą mocą. Zimowy bal. Razem? - Lou... - Poczuła, jak coś gorącego i jednocześnie lodowatego spływa jej po plecach. Czy naprawdę zapraszał ją na bal? Jego gest mówił więcej niż słowa, a jednak to pierwsze takie doświadczenie w życiu młodej dziewczyny i nie chciała paść ofiarą nieporozumienia. Potrzebowała słów równie mocno, co czynów. Ze wstrzymanym oddechem i najwyższą ostrożnością odłożyła pudełko na poduszkę obok. A potem, zanim zdążyła pomyśleć, zanim mogła ocenzurować odruch - po prostu sięgnęła do niego. Jej palce dotknęły jego policzków, delikatnie, tak miękko, jakby bała się, że jeśli użyje choć odrobinę siły, to wszystko okaże się snem. Ujęła go obiema dłońmi, przyciągając jego twarz do swojej. Pochyliła się, czując, jak serce przyspiesza, a oddech staje się krótszy, choć starała się zachować spokój. Najpierw musnęła jego prawy policzek ustami, lekko, niemal niepostrzeżenie, i wyszeptała: - Zadaj. - Potem przesunęła się na lewą stronę, powtarzając gest z równą subtelnością. - Mi. - Jej oczy błysnęły w półmroku, gdy oderwała się minimalnie, ale wciąż utrzymując kontakt wzrokowy. I w końcu, z maleńkim uśmiechem, który mieszał w sobie prowokację i nieśmiałość, wyszeptała prosto w jego spojrzenie. - Pytanie.
Widziała odbicie ognia w jego oczach, gdy te trzy słowa, wypowiedziane w rytmie pocałunków, niosły ze sobą całe spektrum emocji, które dotąd próbowała ukrywać.