19.11.2025, 13:55 ✶
Powietrze zgęstniało, kiedy słuchałem jej słów - ambitna, jasne, że była ambitna, ambicja biła z niej tak wyraźnie, jak ciepło z ognia, który płonął w kominku, i zawsze, ale to zawsze potrafiła doprowadzić mnie tą swoją ambicją do szału - wystarczyło tylko kilka słów, by rozpalić iskrę, która później w mgnieniu oka niosła się dalej, mocniej, bardziej, gwałtowniej, podpalając wszystko po drodze. A ja siedziałem i patrzyłem, jak robi dokładnie to samo teraz - bez lęku, bez wahania, bez tej swojej pozornej ostrożności, którą wymachiwała przede mną jak chorągiewką. Ostrożna - jasne - gówno prawda. Widziała zbyt dużo, czytała mnie zbyt pewnie, szczególnie w tej chwili, tu i teraz - nie zasłaniałem się tym razem żadnym żartem, unikającym spojrzeniem, jej słowa były jak powolne zdejmowanie ze mnie warstw, o których czasem sam zapominałem.
- Ambitna to za mało, Pluey. - Mruknąłem, opierając przedramię na oparciu fotela, za ciężko, zbyt wyważonym ruchem, żeby to jeszcze było neutralne. - Ty zawsze celowałaś tam, gdzie inni nawet nie wiedzieli, sze mosna. - Te słowa wyleciały mi z ust jak wyznanie, chociaż byłem świadomy, że mogła je wykorzystać, jak chciała, z pełną świadomością efektu, który wywoływała. A jednak wydawała się już wiedzieć, jak i ja, że tym razem to nie „celowanie” było problemem i jednoczesną istotą naszego małego starcia - to było trafianie, idealne. Zbyt idealne. W jej głosie było coś, co wwiercało mi się pod skórę, sprawiało, że oddech stawał się cięższy - mówiła o konsekwencjach, poświęceniu dla eksperymentów, nauki, ale podejmowała decyzje tak, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć. W mojej obecności łatwo łamała zasady, ja w jej też, popisując się często do granic rozsądku i jeszcze dalej - pamiętałem to doskonale z czasów, kiedy byliśmy bardziej niewinni, chociaż w pewnym momencie ta niewinność stała się już tylko maską, cienką jak papier. Teraz żadne z nas nie udawało, wiedzieliśmy, po co przyszliśmy, do czego dążyliśmy w tej chwili. Nie było w tym czystości, per se, była intensywność, była potrzeba, było pragnienie rozumiane aż do bólu. Los rzucił nas znów w tę samą stronę, a ja - durny, zmaltretowany, odporny na wszystko i jednocześnie podatny na nią jak nigdy - wiedziałem, że tym razem nie było w tym przypadku. Jej spojrzenie mówiło wszystko, znałem je od lat - to była ta ciekawość, która potrafiła wciągnąć człowieka tak głęboko, że zapominał, kim był. Byłem głupcem, gdy udawałem, że nie widzę, jak celowo stawiała krok za krokiem, łamiąc zasady, które trzymały ją w ryzach od lat, byłem jeszcze większym idiotą, bo każda jej kolejna decyzja sprawiała, że chciałem ją bliżej, mocniej, bardziej.
- Tak… Mhm. - Burknąłem, niby świadomie, spokojnie, chociaż w oczach miałem iskrę nieopanowanej chęci, którą dawno przestałem kontrolować. Obiecałbym jej wtedy niemal każdą tajemnicę, każde ciemniejsze miejsce, które zwykle trzymałem zamknięte. Mogła to wyciągnąć jednym skinieniem, a ja nawet nie próbowałbym udawać, że mam coś przeciwko, tylko udawałem jeszcze, że kontroluję sytuację. Tak naprawdę żadne z nas nie miało tu władzy - tak naprawdę każde z nas miało tu władzę.
- Wyoblaśnię zawsze mieliśmy świetną. - Odpowiedziałem jej rozbawionym mruknięciem. Byłem w tym tak głęboko, że napinające się mięśnie karku, mocniejsze oddechy, to wszystko przestawało być czymś, co można było ukrywać. - Czasem asz za doblą. - Nie potrafiłem zdecydować, czy to duma, czy czyste pożądanie, czy może jedno i drugie, zlane tak bardzo, że nie sposób było ich rozdzielić. Wiedziała, co robi, wiedziała, że ja wiem. Patrzyłem, jak kruchy lód pęka nam pod stopami, i zamiast panikować, byłem gotów wskoczyć pierwszy, bez najmniejszego zawahania.
To spojrzenie, które mi rzuciła spod półprzymkniętych powiek, było bardziej szczere niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć - pragnienie w czystej postaci, bez granic. Nie byłem od niej inny - rozpoznawałem tę energię, zapamiętałem ją z dawnych lat, młodszą, bardziej chaotyczną, lecz zawsze głodną intensywności. Teraz niosła ją ciszej, głębiej, w bardziej dorosłej, cięższej odsłonie. Zbyt długo trzymaliśmy się na granicy, za długo udawaliśmy, że potrafimy panować nad tym, co rozgrywało się w spojrzeniach, dotykach, niedopowiedzianych słowach. Cała ta cierpliwość, maska, którą na siebie nakładałem, samokontrola wiążąca mnie w tym miejscu - na fotelu, zamiast w innej, właściwszej części pomieszczenia, zaczęła się rwać jak przetarty sznurek.
Zatrzymałem wzrok na jej ruchach, na tej drobnym, niby nic nieznaczącym geście, gdy przechodziła obok, zbyt blisko, żeby człowiek mógł normalnie oddychać. Zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, przemknęła obok mnie, zostawiając w powietrzu swój zapach, lekko słodki, lekko drapiący w zduszone gardło, zaciśnięte do granic możliwości - taki, który od lat nosiłem gdzieś z tyłu głowy. A potem wróciła w mojej koszuli - kiedy zobaczyłem ją w tej tkaninie, zbyt dużej na niej, sięgającej ud, luźno opadającej na ramiona, nie mogłem nawet udawać, że nadal mam nad sobą kontrolę. Rozciągnąłem się wygodniej w fotelu, czekając tylko, aż przestanie zwlekać. Dawno temu to była ciekawość, teraz coś bliższego głodu, którego nie potrafiłem już ukryć, a tym bardziej udawać, że go nie ma. Kiedy przesunęła się bliżej, poczułem to w kręgosłupie.
W brzuchu.
W gardle.
- To sadyzm. - Zauważyłem z cichym śmiechem, który ugrzązł mi w ustach, kiedy usiadła na moich kolanach - w tej sekundzie wszystko się skończyło i zaczęło jednocześnie. Jej uśmiech, ten drobny, złodziejski, cwany, wyjątkowo samoświadomy, zmiotł ze mnie ostatki samokontroli. Zrzuciłem z nas koce z ruchem, którego nawet nie kontrolowałem. Uniósłem rękę, przesunąłem opuszkami po jej boku.
- Chodź tu. - Mruknąłem, trochę niżej, niż powinienem.
Pocałunek wydarzył się tak naturalnie, że nie wiedziałem nawet, kto go zaczął, smakował latami czekania, niewypowiedzianymi słowami, czymś, co miało w sobie zarówno brak rozsądku, jak i tę intensywną słodycz czegoś, co po prostu musiało się wydarzyć, było najrozsądniejszą nierozsądną rzeczą, jaką mogliśmy razem mieć. Nie było w tym delikatności, była szczerość, ciężka i gorąca, jakby cały ten czas czekała, żeby wreszcie uwolnić to, co zbierało się w nas od lat - ciekawość, pragnienie, głód. Ten sam, który we mnie szarpał, cierpliwy jak drapieżnik, wreszcie widzący otwarte drzwi do klatki. Całe moje ciało reagowało na nią z tą irracjonalną pewnością, że jeśli teraz się odsunę, jeżeli ona to zrobi, coś zostanie we mnie puste - jej dotyk był wszystkim, czym karmiły mnie fantazje, tyle że prawdziwym, ciepłym, wracającym do życia każdą cząstkę, która dawno temu zamarzła. Przesunąłem kciukiem wzdłuż jej kręgosłupa, powoli, z precyzją kogoś, kto wreszcie mógł robić to, o czym myślał zbyt długo.
Każda sekunda przybliżała nas do granic wytrzymałości, szczytu buzującego pragnienia, którego nie dało się zaspokoić bez pełnego zatracenia się w sobie nawzajem. To nie było zwykłe pożądanie - to był głód, którego nie dało się zignorować, któremu nie dało się przeciwstawić. Każdy jej gest był jak iskra, która podsycała ogień w moim wnętrzu, płomień i żar, którego nie dało się już tak po prostu zgasić. Wdech i wydech, dotyk, napięcie mięśni, skurcz i rozkurcz dłoni - bycie tak blisko niej, dotykanie jej, całowanie, poznawanie, odkrywanie, było wszystkim, czego pragnąłem, całkowitym spełnieniem fantazji, które tyle razy przewijały się w mojej głowie. Byliśmy razem, tak blisko, że granica między nami przestała istnieć - zatopieni w tej przestrzeni, w tym fotelu, całkowicie pochłonięci sobą nawzajem, a głód nieustannie rósł. Bycie tu, przy niej, całkowicie oddanym nauce, o której tak bardzo rozprawialiśmy, było jedynym, czego potrzebowałem, całym sensem chwili, którą teraz razem dzieliliśmy.
Nie mogłem powstrzymać drżenia, które przebiegało przez moje mięśnie, nie mogłem powstrzymać oddechu, który stawał się coraz cięższy i szybciej uderzał w piersi - cały byłem spragniony jej dotyku, zapachu, ciepła, które rozlewało się po mnie, wypełniało każdy zakamarek mojej świadomości. Czułem, jak bardzo całe jej ciało przywarło do mojego, nogi i uda oplotły mnie bezlitośnie, niemal w geście własności, i wiedziałem, że nie będzie już odwrotu - nie dla mnie, nie dla niej, nie dla tego, co właśnie się zaczęło. Nie tym razem, nie istniało nic poza tą chwilą, poza nami, oprócz tego, co działo się tu i teraz - każdy jej ruch, najdrobniejszy gest, najlżejsze przesunięcie palców po moim torsie sprawiało, że krew wrzała we mnie coraz mocniej. Koszula, która dzieliła nas do tej pory, teraz trzeszczała pod palcami, guziki strzelały jeden po drugim, a ja czułem, że nie mogę być bardziej napięty, bardziej twardy, a mimo to wrzało we mnie wszystko, jakby całe moje ciało gotowało się od środka. Palce sunęły po czymś, co jeszcze kilka momentów wcześniej pełniło swoją funkcję, ale stało się tylko przeszkodą, odsuwając materiał. Nie było wstydu, nie było hamulców, nie było miejsca na rozsądek. Każdy centymetr dzielący nasze ciała znikał w tempie, które wciąż wydawało się zbyt wolne. Chciałem tego dotyku, ciepła, zapachu skóry, jej całej przy sobie, wpatrując się w te brązowe oczy, które teraz patrzyły na mnie tak, jak nigdy wcześniej. Każda wizja, którą przez lata tworzyłem w głowie, teraz stała się prawie rzeczywistością - prawie, bo rzeczywistości nie dało się bardziej osłodzić, gdy już była tak słodka - i mimo że wyobraźnia nigdy nie oddała tego w pełni, ciężar Prue na moim ciele był dokładnie tym, czego pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać palców sunących po jej kręgosłupie, biodrach, po udach, przyciskając ją do siebie mocniej z każdym mruknięciem, z każdym westchnieniem. Głód był nie do zaspokojenia, pożądanie nie do okiełznania - pragnąłem jej w całości, całego jej ciała, całej jej uwagi, całej tej dzikiej intensywności, którą przynosiła, gdy była blisko. Czułem smak jej skóry, ciepło, zapach, wszystko, co sprawiało, że świat wokół nas przestał istnieć. Nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, poza tym, co działo się teraz, poza jej dotykiem, który pozostawiał ślady nie tylko na mojej szyi, ale w całym ciele, w każdej komórce, w każdym mięśniu.
- Jesteś… Niesamowita. - Powiedziałem niemal bez tchu, przesuwając dłoń wzdłuż jej kręgosłupa, pozwalając palcom wyczuć każdy mięsień, każdą krzywiznę jej ciała. Jej dotyk na mojej szyi, wargi znaczyły każdy fragment skóry, a ja chciałem, żeby nigdy się nie zatrzymała. Pochyliłem się lekko, pozwalając wargom znaleźć jej dekolt, delikatnie kąsając i ssąc skórę w miejscach, gdzie czułem, że mogłem sprawić jej przyjemność. To, jak na mnie patrzyła, z tymi błyszczącymi oczami, sprawiało, że czułem się jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie.
- Ambitna to za mało, Pluey. - Mruknąłem, opierając przedramię na oparciu fotela, za ciężko, zbyt wyważonym ruchem, żeby to jeszcze było neutralne. - Ty zawsze celowałaś tam, gdzie inni nawet nie wiedzieli, sze mosna. - Te słowa wyleciały mi z ust jak wyznanie, chociaż byłem świadomy, że mogła je wykorzystać, jak chciała, z pełną świadomością efektu, który wywoływała. A jednak wydawała się już wiedzieć, jak i ja, że tym razem to nie „celowanie” było problemem i jednoczesną istotą naszego małego starcia - to było trafianie, idealne. Zbyt idealne. W jej głosie było coś, co wwiercało mi się pod skórę, sprawiało, że oddech stawał się cięższy - mówiła o konsekwencjach, poświęceniu dla eksperymentów, nauki, ale podejmowała decyzje tak, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć. W mojej obecności łatwo łamała zasady, ja w jej też, popisując się często do granic rozsądku i jeszcze dalej - pamiętałem to doskonale z czasów, kiedy byliśmy bardziej niewinni, chociaż w pewnym momencie ta niewinność stała się już tylko maską, cienką jak papier. Teraz żadne z nas nie udawało, wiedzieliśmy, po co przyszliśmy, do czego dążyliśmy w tej chwili. Nie było w tym czystości, per se, była intensywność, była potrzeba, było pragnienie rozumiane aż do bólu. Los rzucił nas znów w tę samą stronę, a ja - durny, zmaltretowany, odporny na wszystko i jednocześnie podatny na nią jak nigdy - wiedziałem, że tym razem nie było w tym przypadku. Jej spojrzenie mówiło wszystko, znałem je od lat - to była ta ciekawość, która potrafiła wciągnąć człowieka tak głęboko, że zapominał, kim był. Byłem głupcem, gdy udawałem, że nie widzę, jak celowo stawiała krok za krokiem, łamiąc zasady, które trzymały ją w ryzach od lat, byłem jeszcze większym idiotą, bo każda jej kolejna decyzja sprawiała, że chciałem ją bliżej, mocniej, bardziej.
- Tak… Mhm. - Burknąłem, niby świadomie, spokojnie, chociaż w oczach miałem iskrę nieopanowanej chęci, którą dawno przestałem kontrolować. Obiecałbym jej wtedy niemal każdą tajemnicę, każde ciemniejsze miejsce, które zwykle trzymałem zamknięte. Mogła to wyciągnąć jednym skinieniem, a ja nawet nie próbowałbym udawać, że mam coś przeciwko, tylko udawałem jeszcze, że kontroluję sytuację. Tak naprawdę żadne z nas nie miało tu władzy - tak naprawdę każde z nas miało tu władzę.
- Wyoblaśnię zawsze mieliśmy świetną. - Odpowiedziałem jej rozbawionym mruknięciem. Byłem w tym tak głęboko, że napinające się mięśnie karku, mocniejsze oddechy, to wszystko przestawało być czymś, co można było ukrywać. - Czasem asz za doblą. - Nie potrafiłem zdecydować, czy to duma, czy czyste pożądanie, czy może jedno i drugie, zlane tak bardzo, że nie sposób było ich rozdzielić. Wiedziała, co robi, wiedziała, że ja wiem. Patrzyłem, jak kruchy lód pęka nam pod stopami, i zamiast panikować, byłem gotów wskoczyć pierwszy, bez najmniejszego zawahania.
To spojrzenie, które mi rzuciła spod półprzymkniętych powiek, było bardziej szczere niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć - pragnienie w czystej postaci, bez granic. Nie byłem od niej inny - rozpoznawałem tę energię, zapamiętałem ją z dawnych lat, młodszą, bardziej chaotyczną, lecz zawsze głodną intensywności. Teraz niosła ją ciszej, głębiej, w bardziej dorosłej, cięższej odsłonie. Zbyt długo trzymaliśmy się na granicy, za długo udawaliśmy, że potrafimy panować nad tym, co rozgrywało się w spojrzeniach, dotykach, niedopowiedzianych słowach. Cała ta cierpliwość, maska, którą na siebie nakładałem, samokontrola wiążąca mnie w tym miejscu - na fotelu, zamiast w innej, właściwszej części pomieszczenia, zaczęła się rwać jak przetarty sznurek.
Zatrzymałem wzrok na jej ruchach, na tej drobnym, niby nic nieznaczącym geście, gdy przechodziła obok, zbyt blisko, żeby człowiek mógł normalnie oddychać. Zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, przemknęła obok mnie, zostawiając w powietrzu swój zapach, lekko słodki, lekko drapiący w zduszone gardło, zaciśnięte do granic możliwości - taki, który od lat nosiłem gdzieś z tyłu głowy. A potem wróciła w mojej koszuli - kiedy zobaczyłem ją w tej tkaninie, zbyt dużej na niej, sięgającej ud, luźno opadającej na ramiona, nie mogłem nawet udawać, że nadal mam nad sobą kontrolę. Rozciągnąłem się wygodniej w fotelu, czekając tylko, aż przestanie zwlekać. Dawno temu to była ciekawość, teraz coś bliższego głodu, którego nie potrafiłem już ukryć, a tym bardziej udawać, że go nie ma. Kiedy przesunęła się bliżej, poczułem to w kręgosłupie.
W brzuchu.
W gardle.
- To sadyzm. - Zauważyłem z cichym śmiechem, który ugrzązł mi w ustach, kiedy usiadła na moich kolanach - w tej sekundzie wszystko się skończyło i zaczęło jednocześnie. Jej uśmiech, ten drobny, złodziejski, cwany, wyjątkowo samoświadomy, zmiotł ze mnie ostatki samokontroli. Zrzuciłem z nas koce z ruchem, którego nawet nie kontrolowałem. Uniósłem rękę, przesunąłem opuszkami po jej boku.
- Chodź tu. - Mruknąłem, trochę niżej, niż powinienem.
Pocałunek wydarzył się tak naturalnie, że nie wiedziałem nawet, kto go zaczął, smakował latami czekania, niewypowiedzianymi słowami, czymś, co miało w sobie zarówno brak rozsądku, jak i tę intensywną słodycz czegoś, co po prostu musiało się wydarzyć, było najrozsądniejszą nierozsądną rzeczą, jaką mogliśmy razem mieć. Nie było w tym delikatności, była szczerość, ciężka i gorąca, jakby cały ten czas czekała, żeby wreszcie uwolnić to, co zbierało się w nas od lat - ciekawość, pragnienie, głód. Ten sam, który we mnie szarpał, cierpliwy jak drapieżnik, wreszcie widzący otwarte drzwi do klatki. Całe moje ciało reagowało na nią z tą irracjonalną pewnością, że jeśli teraz się odsunę, jeżeli ona to zrobi, coś zostanie we mnie puste - jej dotyk był wszystkim, czym karmiły mnie fantazje, tyle że prawdziwym, ciepłym, wracającym do życia każdą cząstkę, która dawno temu zamarzła. Przesunąłem kciukiem wzdłuż jej kręgosłupa, powoli, z precyzją kogoś, kto wreszcie mógł robić to, o czym myślał zbyt długo.
Każda sekunda przybliżała nas do granic wytrzymałości, szczytu buzującego pragnienia, którego nie dało się zaspokoić bez pełnego zatracenia się w sobie nawzajem. To nie było zwykłe pożądanie - to był głód, którego nie dało się zignorować, któremu nie dało się przeciwstawić. Każdy jej gest był jak iskra, która podsycała ogień w moim wnętrzu, płomień i żar, którego nie dało się już tak po prostu zgasić. Wdech i wydech, dotyk, napięcie mięśni, skurcz i rozkurcz dłoni - bycie tak blisko niej, dotykanie jej, całowanie, poznawanie, odkrywanie, było wszystkim, czego pragnąłem, całkowitym spełnieniem fantazji, które tyle razy przewijały się w mojej głowie. Byliśmy razem, tak blisko, że granica między nami przestała istnieć - zatopieni w tej przestrzeni, w tym fotelu, całkowicie pochłonięci sobą nawzajem, a głód nieustannie rósł. Bycie tu, przy niej, całkowicie oddanym nauce, o której tak bardzo rozprawialiśmy, było jedynym, czego potrzebowałem, całym sensem chwili, którą teraz razem dzieliliśmy.
Nie mogłem powstrzymać drżenia, które przebiegało przez moje mięśnie, nie mogłem powstrzymać oddechu, który stawał się coraz cięższy i szybciej uderzał w piersi - cały byłem spragniony jej dotyku, zapachu, ciepła, które rozlewało się po mnie, wypełniało każdy zakamarek mojej świadomości. Czułem, jak bardzo całe jej ciało przywarło do mojego, nogi i uda oplotły mnie bezlitośnie, niemal w geście własności, i wiedziałem, że nie będzie już odwrotu - nie dla mnie, nie dla niej, nie dla tego, co właśnie się zaczęło. Nie tym razem, nie istniało nic poza tą chwilą, poza nami, oprócz tego, co działo się tu i teraz - każdy jej ruch, najdrobniejszy gest, najlżejsze przesunięcie palców po moim torsie sprawiało, że krew wrzała we mnie coraz mocniej. Koszula, która dzieliła nas do tej pory, teraz trzeszczała pod palcami, guziki strzelały jeden po drugim, a ja czułem, że nie mogę być bardziej napięty, bardziej twardy, a mimo to wrzało we mnie wszystko, jakby całe moje ciało gotowało się od środka. Palce sunęły po czymś, co jeszcze kilka momentów wcześniej pełniło swoją funkcję, ale stało się tylko przeszkodą, odsuwając materiał. Nie było wstydu, nie było hamulców, nie było miejsca na rozsądek. Każdy centymetr dzielący nasze ciała znikał w tempie, które wciąż wydawało się zbyt wolne. Chciałem tego dotyku, ciepła, zapachu skóry, jej całej przy sobie, wpatrując się w te brązowe oczy, które teraz patrzyły na mnie tak, jak nigdy wcześniej. Każda wizja, którą przez lata tworzyłem w głowie, teraz stała się prawie rzeczywistością - prawie, bo rzeczywistości nie dało się bardziej osłodzić, gdy już była tak słodka - i mimo że wyobraźnia nigdy nie oddała tego w pełni, ciężar Prue na moim ciele był dokładnie tym, czego pragnąłem. Nie mogłem powstrzymać palców sunących po jej kręgosłupie, biodrach, po udach, przyciskając ją do siebie mocniej z każdym mruknięciem, z każdym westchnieniem. Głód był nie do zaspokojenia, pożądanie nie do okiełznania - pragnąłem jej w całości, całego jej ciała, całej jej uwagi, całej tej dzikiej intensywności, którą przynosiła, gdy była blisko. Czułem smak jej skóry, ciepło, zapach, wszystko, co sprawiało, że świat wokół nas przestał istnieć. Nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, poza tym, co działo się teraz, poza jej dotykiem, który pozostawiał ślady nie tylko na mojej szyi, ale w całym ciele, w każdej komórce, w każdym mięśniu.
- Jesteś… Niesamowita. - Powiedziałem niemal bez tchu, przesuwając dłoń wzdłuż jej kręgosłupa, pozwalając palcom wyczuć każdy mięsień, każdą krzywiznę jej ciała. Jej dotyk na mojej szyi, wargi znaczyły każdy fragment skóry, a ja chciałem, żeby nigdy się nie zatrzymała. Pochyliłem się lekko, pozwalając wargom znaleźć jej dekolt, delikatnie kąsając i ssąc skórę w miejscach, gdzie czułem, że mogłem sprawić jej przyjemność. To, jak na mnie patrzyła, z tymi błyszczącymi oczami, sprawiało, że czułem się jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)