19.11.2025, 15:16 ✶
Z Morpheusem na parkiecie.
Odpuściła i sobie i jemu dalsze pertraktacje na temat wzięcia za żonę panny Dołohov, choć najważniejszy argument “ona jest spokrewniona z Mulciberami” pozostał niewypowiedziany. Obosieczna broń taka argumentacja. Umilkła, bo Morpheus poruszył o wiele poważniejszy temat.
- Przykro mi z powodu strat jakie poniosłeś. Ty i twoja rodzina.- Powiedziała tak po prostu szczerze. Nie zastanawiała się nad żadnymi zapewnieniami, że będzie dobrze, bo kto wie czy będzie? Nie siliła się też na jakieś obietnice i zapewnienia pomocy - bogowie jedni wiedzieli, że skrytka Longbottomów jest na tyle zasobna, że czego jak czego ale wsparcia finansowego im nie potrzeba.- Czy wiesz kto to zrobił? Wiesz… Kto zaatakował Warownię?- Zniżyła głos do szeptu, przez co przez przebijającą muzykę było ciężko ją nawet usłyszeć.- Śmierciożecy czy niemagicznie urodzeni? Tamtej nocy było wiele przejawów klasowej nienawiści.
Nie chciała myśleć o początku września, a jednak… Nie dało się o tym nie myśleć. Spalona noc na dobre wżarła się w jej umysł, pozostawiając po sobie coś zupełnie niespodziewanego - akceptację.
Lorien Mulciber wreszcie zaakceptowała, że jej ciało i klątwa wyznaczają granice, których nie jest w stanie przekroczyć. Zwłaszcza teraz, gdy diagnoza nie pozostawiała już większych złudzeń. Do walki - nie tylko tej widocznej, którą dzień w dzień toczyło Biuo Aurorów czy BUM, ale też tej ukrytej, na korytarzach opieszałego, wykańczającego się dzień za dzień własną gnuśnością i nieporadnością Ministerstwa Magii - potrzeba było tych młodszych, zdrowszych i ambitniejszych. Pełnych zapału i chęci zmieniania świata. Na lepsze czy gorsze, to w sumie nie miało znaczenia. Najważniejsza zawsze była po prostu zmiana.
Myślała o tym wszystkim, pozwalając się okręcić. Jeden krok. Kolejny. Obrót. Zmiana ręki. Jej dłoń ostrożnie zaciśnięta na jego, żeby nie wypaść z rytmu.
- Planujesz odejść z hukiem czy się wycofać?
- Och wiesz, planowałam trochę odpuścić…- Zaczęła kiwając delikatnie głową. Zająć się rodziną. Wiesz mama Alexandra jest chora, siedzi sama w Mulciber Manor. Odpocząć. Kupić domek na wsi. Może wyjechać na trochę do rodziców do Włoch.. Nie zdążyła. Nie zdążyła mu tego wszystkiego powiedzieć, bo Morpheus ani myślał przerwać swój wywód.
- Zmieniłem ostatnią wolę.
Ścisnęła zęby tak mocno, że drżenie jej szczęki było wyraźne. Podobnie jak jego drżenie dłoni, którego z grzeczności nie skomentowała. Nie mówiło się o takich rzeczach. Nigdy. Nigdy na głos.
- Ja nie umieram.- Wycedziła. Nie próbowała być niegrzeczna, po prostu… To nie była śmierć, to było coś innego. Bardziej skomplikowanego. Nie dało się tak po prostu sporządzić testamentu. Nie było oficjalnych ram czasowych i przypadki maledictusów, które po latach wracały do swojej ludzkiej formy. Wielki prawny koszmar zaczynający się od zdefiniowania "czy umiera się przy przemianie czy jednak kiedy zdechnie ptak" po "oj pani Mulciber to pani akt zgonu".- Powinieneś pomówić o tym z Alexandrem. Spalenie jest cygańskim obyczajem. Ja… Mam od lat pomnik na cmentarzu przy Mulciber Manor. Nic ekstrawaganckiego. Nie wiem czy kiedykolwiek mnie pod nim złożą, wiesz może się okazać że mnie jakiś dachowiec upoluje i tyle z tego wszystkiego będzie, ale myślę, że smok brzmi dostojnie. Pasuje do ciebie.
Odpuściła i sobie i jemu dalsze pertraktacje na temat wzięcia za żonę panny Dołohov, choć najważniejszy argument “ona jest spokrewniona z Mulciberami” pozostał niewypowiedziany. Obosieczna broń taka argumentacja. Umilkła, bo Morpheus poruszył o wiele poważniejszy temat.
- Przykro mi z powodu strat jakie poniosłeś. Ty i twoja rodzina.- Powiedziała tak po prostu szczerze. Nie zastanawiała się nad żadnymi zapewnieniami, że będzie dobrze, bo kto wie czy będzie? Nie siliła się też na jakieś obietnice i zapewnienia pomocy - bogowie jedni wiedzieli, że skrytka Longbottomów jest na tyle zasobna, że czego jak czego ale wsparcia finansowego im nie potrzeba.- Czy wiesz kto to zrobił? Wiesz… Kto zaatakował Warownię?- Zniżyła głos do szeptu, przez co przez przebijającą muzykę było ciężko ją nawet usłyszeć.- Śmierciożecy czy niemagicznie urodzeni? Tamtej nocy było wiele przejawów klasowej nienawiści.
Nie chciała myśleć o początku września, a jednak… Nie dało się o tym nie myśleć. Spalona noc na dobre wżarła się w jej umysł, pozostawiając po sobie coś zupełnie niespodziewanego - akceptację.
Lorien Mulciber wreszcie zaakceptowała, że jej ciało i klątwa wyznaczają granice, których nie jest w stanie przekroczyć. Zwłaszcza teraz, gdy diagnoza nie pozostawiała już większych złudzeń. Do walki - nie tylko tej widocznej, którą dzień w dzień toczyło Biuo Aurorów czy BUM, ale też tej ukrytej, na korytarzach opieszałego, wykańczającego się dzień za dzień własną gnuśnością i nieporadnością Ministerstwa Magii - potrzeba było tych młodszych, zdrowszych i ambitniejszych. Pełnych zapału i chęci zmieniania świata. Na lepsze czy gorsze, to w sumie nie miało znaczenia. Najważniejsza zawsze była po prostu zmiana.
Myślała o tym wszystkim, pozwalając się okręcić. Jeden krok. Kolejny. Obrót. Zmiana ręki. Jej dłoń ostrożnie zaciśnięta na jego, żeby nie wypaść z rytmu.
- Planujesz odejść z hukiem czy się wycofać?
- Och wiesz, planowałam trochę odpuścić…- Zaczęła kiwając delikatnie głową. Zająć się rodziną. Wiesz mama Alexandra jest chora, siedzi sama w Mulciber Manor. Odpocząć. Kupić domek na wsi. Może wyjechać na trochę do rodziców do Włoch.. Nie zdążyła. Nie zdążyła mu tego wszystkiego powiedzieć, bo Morpheus ani myślał przerwać swój wywód.
- Zmieniłem ostatnią wolę.
Ścisnęła zęby tak mocno, że drżenie jej szczęki było wyraźne. Podobnie jak jego drżenie dłoni, którego z grzeczności nie skomentowała. Nie mówiło się o takich rzeczach. Nigdy. Nigdy na głos.
- Ja nie umieram.- Wycedziła. Nie próbowała być niegrzeczna, po prostu… To nie była śmierć, to było coś innego. Bardziej skomplikowanego. Nie dało się tak po prostu sporządzić testamentu. Nie było oficjalnych ram czasowych i przypadki maledictusów, które po latach wracały do swojej ludzkiej formy. Wielki prawny koszmar zaczynający się od zdefiniowania "czy umiera się przy przemianie czy jednak kiedy zdechnie ptak" po "oj pani Mulciber to pani akt zgonu".- Powinieneś pomówić o tym z Alexandrem. Spalenie jest cygańskim obyczajem. Ja… Mam od lat pomnik na cmentarzu przy Mulciber Manor. Nic ekstrawaganckiego. Nie wiem czy kiedykolwiek mnie pod nim złożą, wiesz może się okazać że mnie jakiś dachowiec upoluje i tyle z tego wszystkiego będzie, ale myślę, że smok brzmi dostojnie. Pasuje do ciebie.