19.11.2025, 23:03 ✶
Wszedł do posiadłości jako ostatni z racji tego, że Brenna weszła do środka jako pierwsza, a on sam wpuścił przed siebie rudowłosą Heather.
— Również rozumiem ich frustrację, zwłaszcza teraz — skomentował, dość sugestywnie zerkając na budynek Warowni. — Chociaż muszę przyznać, że martwi mnie myśl, że moglibyśmy utracić wyższość moralną nad Śmierciożercami tylko po to, aby dopiąć swego. Zazwyczaj to jest jeden z aspektów, który decyduje o tym, która grupa w konflikcie jest tą dobrą. Orientacyjnie mówiąc. Nie mówiąc już o tym, że nagięcie pewnych... standardów w tej kwestii mogłoby złamać co poniektóre osoby.
Zwłaszcza, gdyby nagle zbiegło się to w czasie z wycieknięciem na zewnątrz informacji o tym, że Zakon w ogóle funkcjonuje, pomyślał markotnie Longbottom. Jak by zareagowali, gdyby gazety podkoloryzowałyby rzeczyiwstość i zaczęły pisać, że w gruncie rzeczy nie różnią tak mocno od zwolenników Czarnego Pana? Pokręcił gwałtownie głową, odsuwając od siebie tę myśl. Nie no, do aż takiej eskalacji to raczej w szeregach Zakonu nie dojdzie. Na pewno nie dojdzie.
— Ech, a myślałem, że mówię dość konkretnie — mruknął do Heather z miną zbitego wilkołaka psa. — Jak zwykle, próbujesz coś przekazać coś własnymi słowami, a koniec końców wychodzi jak... wychodzi.
Źle mu było z tym, że jego monolog został zinterpretowany tak negatywnie. Czy naprawdę aż tak dziwne było to, że chciałby nie dopuścić do strat w ludziach, jeśli można było ich jakoś uniknąć? Z drugiej strony, może faktycznie myślał zbyt idealistycznie. Ostatnie wydarzenia już pokazały, że miał zbyt pozytywne podejście co do przyszłości Zakonu czy nawet kwestii bezpieczeństwa rodziny. Mimowolnie zerknął na Brennę. Przejęcie od niej nadmiaru czarnych myśli mogłoby mu w tym wypadku nawet wyjść na dobre.
— Nie sądzę, żeby chodziło o kwestie korzystania z czarnej magii czy sięgania po zakazane przez Ministerstwo Magii zaklęcia. Przynajmniej nie stricte. Bardziej o to jak daleko powinniśmy być w stanie się posunąć, żeby osiągnąć własne cele, chociażby pod względem moralnym. Bądź co bądź, człowiek nie potrzebuje różdżki, żeby kogoś zabić — zauważył, wzdychając ciężko na własne słowa. — Mam złe przeczucia co do tego. Póki temat pozostaje w świecie teorii to jakoś przez to przebrniemy, ale jeśli wyjdzie z tego jakiś... burdel... to podejrzewam, że każdy będzie miał opinię na ten temat.
Uśmiechnął się niewesoło. Co prawda to prawda, wystarczyło parę spokojniejszy miesięcy od jego wywiadu dotyczącego Beltane, a teraz zbierali tego plony w formie zrujnowanej Warowni. Czy żałował, że wówczas tak bezpośrednio uderzył w Śmierrciożerców? Nieszczególnie. Ktoś musiał wówczas skierować uwagę społeczności czarodziejów na to, jak śmiało poczynią sobie to zgrupowanie czarnoksiężników. A skoro już był świadkiem tych zdarzeń i brał bezpośredni udział w obronie Polany Ognisk, to równie dobrze mógł to wykorzystać na swoją korzyść. Wiedział, że w pewnym momencie go to dogoni. Po prostu nie spodziewał się, że odwet dotknie jego rodzinnego domu.
— Zależy z jakich środków planuje skorzystać — rzucił, gdy przeszli do tematu wojny medialnej ze zwolennikami konserwatywnych idei. — Nie musi od razu obwołać się z różnicy naczelnym przeciwnikiem Śmierciożerców. Jeśli uda mu się nakierować co bardziej kluczowe osoby z mediów czy polityki w odpowiednim kierunku, to jego własna twarz może zniknąć w zgiełku. Zwłaszcza jeśli wywiążę się z tego jakaś faktyczna dyskusja, gdzie każdy domorosły celebryta czy działacz polityczny będzie chciał dorzucić parę knutów od siebie. — Wzruszył lekko ramionami. — Najgłośniejsze i najbardziej kontrowersyjne głosy siłą rzeczy wybiją się przed szereg. Nie będzie miało większego znaczenia, kto zaczął. Lub kto ich do tego namówił.
— Również rozumiem ich frustrację, zwłaszcza teraz — skomentował, dość sugestywnie zerkając na budynek Warowni. — Chociaż muszę przyznać, że martwi mnie myśl, że moglibyśmy utracić wyższość moralną nad Śmierciożercami tylko po to, aby dopiąć swego. Zazwyczaj to jest jeden z aspektów, który decyduje o tym, która grupa w konflikcie jest tą dobrą. Orientacyjnie mówiąc. Nie mówiąc już o tym, że nagięcie pewnych... standardów w tej kwestii mogłoby złamać co poniektóre osoby.
Zwłaszcza, gdyby nagle zbiegło się to w czasie z wycieknięciem na zewnątrz informacji o tym, że Zakon w ogóle funkcjonuje, pomyślał markotnie Longbottom. Jak by zareagowali, gdyby gazety podkoloryzowałyby rzeczyiwstość i zaczęły pisać, że w gruncie rzeczy nie różnią tak mocno od zwolenników Czarnego Pana? Pokręcił gwałtownie głową, odsuwając od siebie tę myśl. Nie no, do aż takiej eskalacji to raczej w szeregach Zakonu nie dojdzie. Na pewno nie dojdzie.
— Ech, a myślałem, że mówię dość konkretnie — mruknął do Heather z miną zbitego wilkołaka psa. — Jak zwykle, próbujesz coś przekazać coś własnymi słowami, a koniec końców wychodzi jak... wychodzi.
Źle mu było z tym, że jego monolog został zinterpretowany tak negatywnie. Czy naprawdę aż tak dziwne było to, że chciałby nie dopuścić do strat w ludziach, jeśli można było ich jakoś uniknąć? Z drugiej strony, może faktycznie myślał zbyt idealistycznie. Ostatnie wydarzenia już pokazały, że miał zbyt pozytywne podejście co do przyszłości Zakonu czy nawet kwestii bezpieczeństwa rodziny. Mimowolnie zerknął na Brennę. Przejęcie od niej nadmiaru czarnych myśli mogłoby mu w tym wypadku nawet wyjść na dobre.
— Nie sądzę, żeby chodziło o kwestie korzystania z czarnej magii czy sięgania po zakazane przez Ministerstwo Magii zaklęcia. Przynajmniej nie stricte. Bardziej o to jak daleko powinniśmy być w stanie się posunąć, żeby osiągnąć własne cele, chociażby pod względem moralnym. Bądź co bądź, człowiek nie potrzebuje różdżki, żeby kogoś zabić — zauważył, wzdychając ciężko na własne słowa. — Mam złe przeczucia co do tego. Póki temat pozostaje w świecie teorii to jakoś przez to przebrniemy, ale jeśli wyjdzie z tego jakiś... burdel... to podejrzewam, że każdy będzie miał opinię na ten temat.
Uśmiechnął się niewesoło. Co prawda to prawda, wystarczyło parę spokojniejszy miesięcy od jego wywiadu dotyczącego Beltane, a teraz zbierali tego plony w formie zrujnowanej Warowni. Czy żałował, że wówczas tak bezpośrednio uderzył w Śmierrciożerców? Nieszczególnie. Ktoś musiał wówczas skierować uwagę społeczności czarodziejów na to, jak śmiało poczynią sobie to zgrupowanie czarnoksiężników. A skoro już był świadkiem tych zdarzeń i brał bezpośredni udział w obronie Polany Ognisk, to równie dobrze mógł to wykorzystać na swoją korzyść. Wiedział, że w pewnym momencie go to dogoni. Po prostu nie spodziewał się, że odwet dotknie jego rodzinnego domu.
— Zależy z jakich środków planuje skorzystać — rzucił, gdy przeszli do tematu wojny medialnej ze zwolennikami konserwatywnych idei. — Nie musi od razu obwołać się z różnicy naczelnym przeciwnikiem Śmierciożerców. Jeśli uda mu się nakierować co bardziej kluczowe osoby z mediów czy polityki w odpowiednim kierunku, to jego własna twarz może zniknąć w zgiełku. Zwłaszcza jeśli wywiążę się z tego jakaś faktyczna dyskusja, gdzie każdy domorosły celebryta czy działacz polityczny będzie chciał dorzucić parę knutów od siebie. — Wzruszył lekko ramionami. — Najgłośniejsze i najbardziej kontrowersyjne głosy siłą rzeczy wybiją się przed szereg. Nie będzie miało większego znaczenia, kto zaczął. Lub kto ich do tego namówił.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞